Gdzie to ja byłem? O czym ze sobą nie rozmawiałem przez ostatnie dni?
Zapisuję sobie tutaj myśl Hemingwaya, uważając ją za niezwykle trafną jako drogowskaz, punkt orientacyjny na makiecie życia. Na makiecie. W rzeczywistości, gdyby maksymę tę uznać za jedyne prawo władające światem, ludzkość uległaby zagładzie. Apokalipsa byłaby nieunikniona. Może, tak jak w wielu wizjach będących oparciem fabuł książek, filmów czy gier zniszczeniu nie uległyby drobne enklawy, lecz wyjątki nie uczyniłyby apokalipsy mniej apokaliptyczną, wręcz przeciwnie - wzmocniłoby, ugruntowało ją samą, dając jej rację bytu poprzez niezerwanie ciągłości historii.
Robię rzeczy, które nie dają mi przyjemności, i - dlaczego? Właściwie nie do końca je robię, zakładam sobie ich zrobienie, by wciąż i wciąż odkładać je na później, i - dlaczego? Dlaczego sam czynię perspektywę własnej przyszłości niekomfortową, niezachęcającą, niechcianą?
Nie mam wystarczająco wiele zaufania do jednej karty. Wciąż przetasowuję całą talię, brudząc i wycierając ją, wiedząc, że nie znajdzie się gracz, który zechciałby rozegrać nią choć pojedynczą partię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz