czwartek, 17 grudnia 2015

17.12.15

Przeglądając małą objętościowo książeczkę Władysława Tatarkiewicza pt. Parerga, na którą składają się, jak mówi autor, "studia z ogólnej estetyki i teorii sztuki pochodzące z lat 1974-76", natrafiam na szkic Tworzenie i odkrywanie. W nim jeden z podrozdziałów stanowi analiza poglądów polskiego rzeźbiarza i teoretyka sztuki, Augusta Zamoyskiego. Tatarkiewicz przytacza w nim fragmenty swojej z nim korespondencji , częstą nie podając nawet daty rocznej. Ja sobie tutaj wypisuję fragmenty tych listów, podając je tak, jak przepisane zostały w książce. Wszystkie słowa poniższe wyszły spod pióra rzeźbiarza, a podkreślenia moje.
Tak - autentyczny artysta - wypadek niezmiernie rzadki - nie troszczy się o rozwiązanie tragizmu istnienia (cette peine d'être), nie do pojęcia dla naszych umysłów skończonych, lecz poprzez dokonanie swego dzieła uwalnia się z tych stanów dręczących opresji (catharsis), wnika w tajemnicę bytu, współżyje z Nią w sposób tak intymny (face à face), iż przestaje Ona nią być dla niego, bo jest przejęty spokojem, jaki daje ufność swego mistycznego współżycia [...] ze Stworzeniem.

Pastuch zna po imieniu każdą owcę czy krowę swego stada, choćby ich było sto czy kilkaset sztuk, a dla człowieka z miasta każda owca czy krowa jedna w drugą ta sama. Trzeba umieć zobaczyć, to znaczy mieć oko i umieć wykonać, nie przypadkowymi uproszczeniami, ale tak jak się widzi; na to potrzebne władztwo ręki. Do ćwiczenia kultury mego oka ustawiałem kilka kurzych jaj i rysowałem lub strugałem w drzewie każde z osobna jak portret; każde przecież jest inne, o innej sferyczności, a tylko symbol jajka jest ogólny. Podobnie każdy akt, czy kolano, usta czy ręka.
Założeń w szkicu omawianych przytaczał nie będę, ani biografii Zamoyskiego tym bardziej, nie od tego jestem. Ja sobie tylko lubię coś wypisać czasem, tutaj, na moim wirtualnym kolanie. Np. Dantego, Boskiej komedii fragment z Piekła, a dokładniej z Pieśni XXIV (w przekładzie Porębowicza w. 43-61)
Kiedy stawałem na granitów kępie,
Płuca mi wyschły, krok niosłem ołowi
I zaraz usieść musiałem na wstępie.
„Teraz się z lichej gnuśności rozpowij –
Mistrz do mnie rzecze – bowiem pod pierzyną
I w puchach łoża sławy się nie złowi!
            A komu bez niej dni na ziemi płyną,
Po takim ślad się padolny rozpyli
Dymem na wietrze i wód szumowiną.
            Więc wstań i niemoc niechaj w tobie zmyli
Duch, co zwycięzcą jest w każdej rozprawie,
Chyba go brzemię ciała ubezsili.
            Na wyższych schodach ciebie ja postawię;
Nie dość, że ciemne rzucimy katownie:
Wyczerp naukę z tego, co ci prawię.”
            Wstałem, udając sobą, że cudownie
W członki me siła wstąpiła ognistsza;
„Pójdź – rzekłem – krzepki jestem niewymownie.”
            Po skalnym łęku ruszyłem w ślad Mistrza;

poniedziałek, 23 listopada 2015

23.11.15

Może w końcu coś od siebie? 
No ale co? Jest jesień. Miasto jest szare, spowija je mgła. Tak, jest mokro, deszcz pada tu często, a w nocy szczypie przymrozek. Mam nowe książki, stary płaszcz, gustowny szalik i rękawice narciarskie. Drzewa są już łyse, moja głowa zaczyna iść w ich ślady.
Na rozłożystym, (przyjmijmy) dębowym biurku leżą rozbebeszone i rozsypane poematy, zakurzone dzieła - skończona Odyseja, zaczęta Eneida, Boska komedia, jest Iliada, Antologia tragedii greckiej, Liryka starożytnej Grecji i Wojna galijska Gajusza Juliusza, Wyprawa Aleksandra Wielkiego Flawiusza Arriana, jest też Biblia Brytyjskiego i zagranicznego Towarzystwa Biblijnego, Warszawa 1975.
W tle leci koncert skrzypcowy Telemanna (g major), Labirynt Babel, soundtrack z Twin Peaks, Curtis Harding.
O lepsze walczy rozjaśniająca myśli herbata czarna z pomarańczą, kardamonem i cynamonem (skończył się imbir) z pobudzająca zieloną i, powiedzmy, leczniczą czerwoną, obok nich kawa zbożowa.

Koncept się posypał, kiedy zaczął sypać śnieg.
Pierwszy raz od lat nie mam przy sobie Księgi niepokoju, ale ile Pessoi może znieść człowiek?
Więc powracam do Konwickiego, sięgam po Pamflet na siebie.

Chciałbym jeszcze raz złożyć hołd banałowi. Tak sponiewieranemu i ośmieszonemu przez banalnych intelektualistów. Temu uniwersalnemu językowi, filozoficznemu esperanto, który jednoczy nasz skłócony świat, wielką, globalną wieżę Babel.
Banał jest chyba jedyną wartością, co ją rozumie każdy: aborygen australijski i Jakut z Syberii, nomada afrykański i polski literat, laureat Nobla i mafioso z Odessy. Dzięki banałowi możemy się porozumieć w sferze intelektualnej i artystycznej. Banał jest najłatwiej przetłumaczalny, w każdym narzeczu ma doskonałe i przystające odpowiedniki.
Banał, jak dawniej pieniądz, rządzi światem. Na banale można robić biznes i wielu ludzi robi. Powstają całe fortuny z tej złotej żyły. Literaci, filmowcy, muzykanci, politycy, dziennikarze, kaznodzieje, plastycy, aktorzy, filozofowie, nawiedzeni – to wszystko gorliwi producenci banału, który jak coca-cola (napój gazowany) podbił wszystkie kontynenty i wyspy na oceanach.
Mnie sprawia rozkosz widok namarszczonego osobnika, z ogniem w oczach, z patetycznym gestem, prawiącego podniosłe i uroczyste banały w przekonaniu, że wytycza nowe szlaki ludzkości na bezdrożach mozolnej ewolucji gatunku.
Czy nie należałoby wprowadzić do szkół podstawowych banału jako przedmiotu i uczyć go tak, jak się uczy religii.

Ja także, jak wielu przede mną, ulegam pokusie, żeby zapisać prawdę o moich współczesnych. Oczywiście moją prawdę, choć korygowaną moimi dobrymi obyczajami i moją dumą. Ta moja prawda byłaby może bliska prawdzie i pozwoliłaby następnym pokoleniom spojrzeć wnikliwiej na nasz skomplikowany czas. Ale ja przecież tego nie napiszę. Nie pozwoli na to mój honor i moja pobłażliwa pogarda wobec tych stworzeń, śród których żyję, tych osobników gnanych animalnymi odruchami. Przede wszystkim nie dopuści do tego moje lenistwo, ta dziwna potęga kierująca od dawna moimi postępkami.

Wszystko poszło inaczej. Inaczej chciałem wyglądać, inaczej chciałem pisać, inaczej mocować się z życiem.
Ale mogło być gorzej. To jest nasza odwieczna pociecha, z której zbyt rzadko korzystamy.
Może w ogóle na tę krótką wizytę nie warto uruchamiać całego luksusu egzystencji i stroić się w niebotyczne doskonałości

Obudzę się o czwartej. W straszny czas przed świtem. Czarne myśli wypełzają z czarnej nocy. Jazgotliwy zgiełk pragnień, starań, ambicji, nienawiści, rozpaczy, żądz, klęsk i strachów w cieniutkiej jak papier biosferze, w której pełga życie, i wielka pustka pełna tajemnic nad nami.  

niedziela, 8 listopada 2015

08.11.15

Ostatnio w Znaku premiera "Pieśni trubadura", tomu wierszy wybranych Edwarda Hirscha w przyjemnej, czerwonej okładce. Nic tu nie relacjonuję, nie recenzuję, nie komentuję, przepisuję sobie tylko kilka fragmentów. Nie chcę zbliżać się do życia, nie chcę podchodzić do życia zbyt blisko. Dryfuję wśród tych słów, niekonsekwentnie, niedbale. Na początek Oscar Ginsburg:
(...)Pewnej kobiecie udało się otworzyć mnie jak książkę
i odczytać wspak jak hebrajski poemat.(...)
Listopadowy fragment pochodzący z wiersza Świadectwa:
(...)Zima uderza nożami, długimi lodowymi płachtami
Rozsnutymi na niebie,
Zacinającymi sylabami czarnego deszczu.
Na skroniach zaciskają mi się kleszcze,
Gdzieś głęboko w głowie słyszę
Tępe uderzenia młota. Nie mogę spać,(...)
Co tam dalej? O północy, które przywołuje we mnie echa Gary'ego Snydera:
(...)Jeszcze raz ulegam pokusie, żeby myśleć o tobie,
jak nie śpisz w nocy, po śmierci
tak jak za życia, kiedy leżałeś na podłodze

całymi godzinami, pijąc kawę,
słuchając The Supremes, ślęcząc
nad presokratykami, neoplatonikami,

patrząc w górę, w niebo. Kto mógłby
zapomnieć o twoim pierwszym, budzącym dreszcz spotkaniu
z bezkresną gwiezdną przestrzenią,

z wątpieniem Kartezjusza, z niepodważalnymi dowodami
na istnienie Boga? Kto mógłby zapomnieć,
jak gorliwie terminowałeś u nicości?

Twoja siostra opisała mi twoje mieszkanie:
jego ściany dygotały od muzyki
The Vandellas i The Miracles,

cień lampy padał na podłogę, a zasłony
otwierały się przed ćmami, 
co przez całą długą noc uderzały w okno.(...)

Twoja praca w fabryce Rouge na ośmiogodzinnej zmianie
przy maszynie produkującej błotniki.
Twoja lista lektur: Notatnik Wittgensteina,

Przewodnik dla zagubionych, Czekając na Boga.
Twój ostatni song O północy.(...)
Na koniec zostawiłem końcówkę wiersza pt. Colette. A oto i ona:
(...)Warto dokładnie opisać swoją pierwszą pasję,
więć zwracaj uwagę na wszystko, cokolwiek ci się przydarza.
Przyglądaj się uważnie: miłość jest zachłanna, ale roztargniona.
Na wszelkie sposoby rzucaj się dziko w życie
(chociaż czasami będziesz odrzucana przez życie),
uważaj, byś z biegiem czasu nie stała się roztargniona,
i reaguj na wszystko, cokolwiek się przydarza.
Twórcze z nas stworzenia, gdy płonie w nas pasja

Jeszcze ostatnia myśl o naturze miłości.
Wolność powinna być pierwszym warunkiem miłości,
a praca tę wolność przynosi (powieści o miłości
wszak nie napiszesz podczas uprawiania miłości). 
Nigdy nie lekceważ tajemnic miłości
i elegancji milczenia na temat miłości.
Żarliwa uwaga jest modlitwą, modlitwa jest formą miłości.
Delektuj się światem. Żyj świętem miłości.

sobota, 26 września 2015

26.09.15



„Przepraszam, że tak długo nie pisałem. Popadłem w jakąś straszliwą melancholię i nie byłem przez miesiąc zdolny do niczego. Nie pisałem, nie czytałem, nie robiłem zupełnie nic. Teraz pracuję dla pewnej szwajcarskiej gazety, co mnie także wyczerpuje i uniemożliwia pisanie dla siebie." [Zurych, ok. VI 1965r., list pisany do matki]
[VII 1962r. do Giedroycia] (...) przekonałem się, na zasadzie własnego szczeniackiego doświadczenia, że życie bez przestrzegania pewnych form zamienia się najpierw w piekło, a potem po prostu w gówno. 

To fragmenty listów napisanych przez Hłaskę. Niżej znowu on, a na koniec jeszcze raz część jednego z listów. Ja tymczasem jeszcze nic od siebie. I nie twierdzę już, że wracam. Następnym razem odezwę się Kapuścińskim i Konwickim.

"Niedługo kupię dużo książek i będę je czytać. Wieczorami pójdę sobie do kina, a nocami będę słuchał deszczu spadającego na miasto. I tak będzie aż do wiosny. I aż do wiosny nie będę do nikogo mówił o miłości."

„Potrzeba mi szczebiotu kobiet w kacu; ja leżę na łóżku i mam kaca. Wchodzi Soszana, robi mi scenę, że zmarnowałem Esther. Ja milczę; wyciągam tylko rękę i jem owoc popołudniowy. Soszana wychodzi. Esther wchodzi i zalewa się łzami. Ja – milczę; konsumuję następny owoc. Esther wychodzi zapłakana. Jak furie wpadają Dina i Rachel: robią mi straszliwą scenę, ja – owoc. Poczem jadę i upijam się znowu.”