Słabe, pomyślałem na początku. O, ale zdarzają się ładne sformułowania. Obniżenie tonu. I grom zdań, sekwencji całych, co za fraza! Poniżej to, co żem zdołał wynotować. Końcówki i przedkońcówki książki już nie pamiętam, niosła mnie ta fraza. Co za fraza!
Tył głowy Manuela przypominał futro czarnego kota zgolone zardzewiałym nożem rzeźnickim. Odrosty były jak urwiska, ot domowe strzyżenie. Na siedzeniu jego ogrodniczek widniała łata z białego płótna. Była kiepsko przyszyta, jakby użył do tego szpilki do włosów i kawałka sznurka. Obcasy miał starte aż do samej mokrej podłogi, a podeszwy naprawione włóknem przybitym dużymi gwoździami. Wyglądał tak biednie, że doprowadzało mnie to do szału. Znałem wielu biednych ludzi, ale Manuel nie musiał być aż tak ubogi.
- Powiedz - odezwałem się. - Ile zarabiasz, na litość boską?
Tyle co ja. Dwadzieścia pięć centów na godzinę.
Dni przychodziły wraz z mgłą. Noce były nocami i niczym więcej. Dni nie zmieniały się z jednego w drugi, złote słońce raziło ogniem, a potem umierało. Byłem zawsze sam. Nie przypominałem sobie podobnej monotonii. Dni się nie poruszały. Stały jak szare głazy. Czas mijał wolno. Przepełzły dwa miesiące.
Ano, jak zawsze trochę mnie nie było i znów wracam celebrując powrót.
Rok ogólnie był słaby, mój dzienniczku. Nie celebrujmy nic tym razem.
Ubogie to roku zamknięcie. Ale czy na pewno?