wierszyk dla janickiego
znów nieznośny ból pleców. egzaminowa dygawa.
rzucanie palenia. nie ma jej w kraju. rękopis
wiersza - ostatnio dużo akrylu: pustostan.
lubię - ściany blisko, i żeby było biało. na koniec:
im więcej yerby, tym przestrzeń rozleglejsza. rano
biegam w deszczu. wciągam wiatr hen w nozdrza.
jest zimno jak w dupie. i wtedy płynę sam sobie.
śpię intensywniej, tylko układy tętnią w głowie.
czubeczki adidasów. więc próbowałem kiedyś
zamykać oczy i pod wiatr, jak tybetańscy mnisi.
wtedy chce mi się rzygać przez złogi w porach. czuję
zapachy z domu. pleśń kwitnie mi za łóżkiem.
różne zielone wychodzą z szafy. szyje stopą.
zjadłem za dużo słonecznika, podobno pomaga
w tej początkowej fazie. ryją to sobie na grobach
ci od raka płuc. jest szpital nieopodal. ulica dalej.
(...)
I jeszcze z tomu następnego, możesz_czuć_się_bezpiecznie, utwór tym razem w całości. I ostatni już. Przepisywanie jest bardziej wymagające od pisania, niedokładnego kładzenie słów, i to bynajmniej nie z uwagi na rzekomą refleksyjność czy choćby śladowy wysiłek umysłowy. Nie, nic takiego nie ma, obie czynności równie automatyczne dla zapełnienia białego nic, białej nicości, na nice wywróconej białości, białości nicości, strony startowej w przeglądarce, papieru, pustej lodówki, śniegu, szpitala. Po prostu trzeba oczyma strzelać od ekranu do książki, tj. małej książeczki, która się łacno zamyka, i trzeba ją trzymać (żeby chociaż przytrzymywać kulturalnie, a tu trzeba trzymać obiema rękami, i czymże przepisywać? nogą? głosem?), więc najlepiej przystawić, przybić starannie wyszukanymi w pokoju ciężkimi przedmiotami, z dwóch stron oczywiście.
tak nie należy pisać wierszy:
znowu chodzę po pokoju, nerwowo, łapię się za głowę i mantruję po polsku
raz jeszcze myślę o kobiecie, o której nie powinienem myśleć, o egzaminie,
na który nie mogę się nauczyć, gdyż chodzę po pokoju, myślać jednocześnie o kobiecie
i mantruję po polsku: pokój z głową, egzamin z jednoczesności, o z powinności
i duszę się, duszę się na serio, mam kłopoty z płucami i rozjebane zatoki
(o jak kurwa źle!) jeszcze sok tarczyn pomaga mi przez jakąś minutę wprzód
(glug!) i go nie ma, kiedy chodzę po pokoju podłoga trzeszczy sąsiadowi
kiedy myślę o kobiecie, niewykluczone, że on także o kobiecie, niewykluczone, że
opalanie lufki wyniosłem z brzegu, spiros wróciwszy z ju kej także pisze na gie gie
ha, przyjechałem pobratać się z miejską patologią, niewykluczone że przyśpieszam
w tym chodzeniu, niewykluczone, że za szeroko, że przegadane, że na siłę trzymam te
trzy noże w plecach (zobacz także => mam maksymalnie rozdęty umwelt...), i chuj -
chwytam przedmioty, namacalne rośliny pokojowe w kształcie prawdziwych książek
półprzezroczystych szklanek po herbacie, stałego łącza z formą odwzorowania
pokój nie jest pusty, bo komuś tu odpierdala z tego radosnego namnażania się absurdu
półprzezroczystych szklanek po herbacie, stałego łącza z formą odwzorowania
teraz mogą przydać się szpitale, ba! nawet grupy native-tropicieli, zawodowa armia
półprzezroczystych szklanek po herbacie, stałego łącza z formą odwzorowania
nieistniejących stanów rzeczy (jest faktem, że nie ma mnie teraz u niej), straszne
chodzenie! straszne fusy! straszne epoché ! straszna straszna miłość!
A tak przy okazji - to już setny post.