niedziela, 25 stycznia 2015

25.01.15

Słucham Soyki. Dziś przepisuję coś trochę innego i chyba całkiem nowego. Młody polski poeta, Szczepan Kopyt i fragment z pierwszego tomu [yass], a dokładniej wiersz przepisany niecały, ucięty:

wierszyk dla janickiego

znów nieznośny ból pleców. egzaminowa dygawa.
rzucanie palenia. nie ma jej w kraju. rękopis
wiersza - ostatnio dużo akrylu: pustostan.
lubię - ściany blisko, i żeby było biało. na koniec:

im więcej yerby, tym przestrzeń rozleglejsza. rano
biegam w deszczu. wciągam wiatr hen w nozdrza.
jest zimno jak w dupie. i wtedy płynę sam sobie.
śpię intensywniej, tylko układy tętnią w głowie.

czubeczki adidasów. więc próbowałem kiedyś
zamykać oczy i pod wiatr, jak tybetańscy mnisi.
wtedy chce mi się rzygać przez złogi w porach. czuję
zapachy z domu. pleśń kwitnie mi za łóżkiem.

różne zielone wychodzą z szafy. szyje stopą.
zjadłem za dużo słonecznika, podobno pomaga
w tej początkowej fazie. ryją to sobie na grobach
ci od raka płuc. jest szpital nieopodal. ulica dalej.
(...)

I jeszcze z tomu następnego, możesz_czuć_się_bezpiecznie, utwór tym razem w całości. I ostatni już. Przepisywanie jest bardziej wymagające od pisania, niedokładnego kładzenie słów, i to bynajmniej nie z uwagi na rzekomą refleksyjność czy choćby śladowy wysiłek umysłowy. Nie, nic takiego nie ma, obie czynności równie automatyczne dla zapełnienia białego nic, białej nicości, na nice wywróconej białości, białości nicości, strony startowej w przeglądarce, papieru, pustej lodówki, śniegu, szpitala. Po prostu trzeba oczyma strzelać od ekranu do książki, tj. małej książeczki, która się łacno zamyka, i trzeba ją trzymać (żeby chociaż przytrzymywać kulturalnie, a tu trzeba trzymać obiema rękami, i czymże przepisywać? nogą? głosem?), więc najlepiej przystawić, przybić starannie wyszukanymi w pokoju ciężkimi przedmiotami, z dwóch stron oczywiście.

tak nie należy pisać wierszy:

znowu chodzę po pokoju, nerwowo, łapię się za głowę i mantruję po polsku
raz jeszcze myślę o kobiecie, o której nie powinienem myśleć, o egzaminie,
na który nie mogę się nauczyć, gdyż chodzę po pokoju, myślać jednocześnie o kobiecie
i mantruję po polsku: pokój z głową, egzamin z jednoczesności, o z powinności
i duszę się, duszę się na serio, mam kłopoty z płucami i rozjebane zatoki

(o jak kurwa źle!) jeszcze sok tarczyn pomaga mi przez jakąś minutę wprzód
(glug!) i go nie ma, kiedy chodzę po pokoju podłoga trzeszczy sąsiadowi
kiedy myślę o kobiecie, niewykluczone, że on także o kobiecie, niewykluczone, że
opalanie lufki wyniosłem z brzegu, spiros wróciwszy z ju kej także pisze na gie gie
ha, przyjechałem pobratać się z miejską patologią, niewykluczone że przyśpieszam

w tym chodzeniu, niewykluczone, że za szeroko, że przegadane, że na siłę trzymam te
trzy noże w plecach (zobacz także => mam maksymalnie rozdęty umwelt...), i chuj -
chwytam przedmioty, namacalne rośliny pokojowe w kształcie prawdziwych książek
półprzezroczystych szklanek po herbacie, stałego łącza z formą odwzorowania
pokój nie jest pusty, bo komuś tu odpierdala z tego radosnego namnażania się absurdu

półprzezroczystych szklanek po herbacie, stałego łącza z formą odwzorowania
teraz mogą przydać się szpitale, ba! nawet grupy native-tropicieli, zawodowa armia
półprzezroczystych szklanek po herbacie, stałego łącza z formą odwzorowania
nieistniejących stanów rzeczy (jest faktem, że nie ma mnie teraz u niej), straszne
chodzenie! straszne fusy! straszne epoché !  straszna straszna miłość!

A tak przy okazji - to już setny post.

wtorek, 20 stycznia 2015

20.01.15

I miałem pomysł, ideę i temat, opracowany zarys, dopasowane szpanerskie cytaty, światowe konteksty, dopełnienia w formie wierszy na kolejne dni, a biorąc pod uwagę częstotliwość tych tu wypowiedzi, miesiące nawet. Miałem i wciąż mam, lecz tyle razy już przewałkowałem temat na sucho, że niechęć, obrzydzenie wręcz budzi urzeczywistnienie szkicu układanego uprzednio po wielokroć. Niech pooddycha. Fermentuje.

Otóż. Otóż. Wszystkie wcześniejsze zamysł podporządkowałem owej sekwencji, a nowych przemyśleń i notatek, a jakże, brak mi. Więc wracam. Do najlepszych. Do Miłosza. Na przekór rzeczywistości, w której niedostatek snu.

Dużo śpię

Dużo śpię i czytam Tomasza z Akwinu
albo Śmierć Boga (takie protestanckie dzieło).
Na prawo zatoka jak odlana z cyny,
za tą zatoką miasto, za miastem ocean,
za oceanem ocean, aż do Japonii.
Na lewo suche pagórki z białą trawą,
za pagórkami nawodniona dolina, gdzie uprawia się ryż,
za doliną góry i sosny ponderosa,
za górami pustynia i owce.
Kiedy nie mogłem bez alkoholu, jechałem na alkoholu.
Kiedy nie mogłem bez papierosów i kawy, jechałem na papierosach i kawie.
Byłem odważny. Pracowity. Prawie wzór cnoty.
Ale to nie przydaje się na nic.

Panie doktorze, boli mnie.
Nie tu. Nie, nie tu. Sam już nie wiem.
Może to nadmiar wysp i kontynentów,
niepowiedzianych słów, bazarów i drewnianych fletów
albo picia do lustra, bez urody,
choć miało się być czymś w rodzaju archanioła
albo świętego Jerzego na Świętojerskim Prospekcie.

Panie znachorze, boli mnie.
Zawsze wierzyłem w gusła i zabobony.
Naturalnie że kobiety mają tylko jedną, katolicką, duszę,
ale my mamy dwie. Kiedy zatańczysz,
we śnie odwiedzasz odległe pueblos
i nawet ziemie nigdy nie widziane.
Włóż, proszę ciebie, amulety z piór,
poratować trzeba swojego.
Ja czytałem dużo książek ale im nie wierzę.

Kiedy boli, powracamy nad jakieś rzeki,
pamiętam tamte krzyże ze znakami słońca i księżyca
i czarowników, jak pracowali, kiedy była epidemia tyfusu.
Wyślij swoją drugą duszę za góry, za czas.
Powiedz, będę czekać, co widziałeś.

Berkeley, 1962

niedziela, 11 stycznia 2015

11.01.15

O ile dobrze pamiętam, jednym z moich początkowych założeń było odlepienie się od życia i przejawów jego codziennej monotonii przy pomocy pewnej abstrakcji postaci i formy. Własne wiersze przeplatałem znakomitymi cytatami i wypiskami, poezją wielkich i mniej znanych autorów, czasem dodając skromny komentarz czy drobną refleksję.
Nieregularność notatek nieplanowanych i dokonywanych zawsze tuż przed publikacją (oczywiście nie licząc utworów z moleskinów i knajpianych serwetek poplamionych kawą i popiołem) powodowała pewne poczucie winy, czy może raczej, bo czemu się przecież miałbym obwiniać, nie ma za co, po co jeszcze bardziej się męczyć ze sobą?
Więc, kontynuując, raczej było tak, że z powodu nieregularności wpisów myśl moja ogniskowała się wokół częstotliwości notatek, bierności ich autora czy dziennikowego autotematyzmu. Szturchanie kijem wątków tak strasznie poobijanych, szczególnie w ostatnim stuleciu, zakrawać może na samobójstwo, którego w planach nie miałem i nie mam – żeby poważniej rozważyć taką możliwość musiałbym mieć już za sobą pewnego rodzaju opus magnum, przynajmniej we własnym mniemaniu – czy to osiągnięcie wyżyn umysłowych, sercowych czy mięśniowych (tak, wiem, że serce to też mięsień, ale tu jest figurą stylistyczną, ot co!).
Żem daleki od tego, nietrudno zgadnąć. Nie jest jednak tak, że rzucam się z mostu mając związane kończyny – teoretyczna podbudowa moich czynów jest solidna, nieustannie ubezpieczana i korygowana, zmierzająca w stronę kruchego i na pokaz, ale jednak monumentalizmu. W końcu konstrukcje umysłowe mają do siebie to, że może je budować każdy szaleniec.
Jest wiele drogich mi cytatów, maksym, dialogów, zdań etc., na których pomysł napisania wpadłbym może sam pod koniec własnej nieśmiertelności, gdyby z jakichś absurdalnych powodów była mi dana. Pierwszym i podstawowym mottem jest ten oto cytat z francuskiego pisarza, który zwie się Gide, i brzmi (cytat) w oryginale: Toutes choses sont dites déja; mais comme personne n’écoute, il faut toujours recommencer; w języku angielskim zaś: Everything has been said before, but since nobody listens we have to keep going back and beginning all over again; a po naszemu będzie to: Wszystko zostało już powiedziane, ponieważ jednak nikt nie słucha, trzeba wciąż zaczynać od nowa.
Tedy, zamiast na słabe czytelnictwo utyskiwać, ręce nad głupotą ludzką łamać, o upadku wartości wszelkich krzyczeć, ja wołam: chodźcie do mnie, ja tu takie fragmenciki z grubych tomów wynajdę, takie wiersze odkopię, takie klasyki odświeżająco zaprezentuję, że wam w pięty pójdą, serca bić przyspieszą, umysły zakwaszenia dostaną, że was uleczą, obudzą, pocieszą czy zgnębią – to już nie moja broszka, ja tu tylko milczę.
Czasem pewnie napiszę też coś od siebie, ale co? Trudno mi określić: może będzie to przyjemne wspomnienie, bolesna retrospekcja, obserwacja z ulicy lub dyskontu, myśl złapana pod prysznicem czy przy zmywaniu naczyń, anegdota rodzinna bądź knajpiana, historia prawdziwa, przywłaszczona albo wymyślona, przyjemne wspomnienie, pobieżna recenzja, wstydliwy wiersz, bezładne opowiadanie, refleksja o śniadaniu, względnie o śmierci? A może za temat obiorę kino, muzykę, sztukę, kulinaria, modę, pielęgnację włosów? Nie mówię nie. Na wszystko przyjdzie czas, a czym się znudzę, na bok odłożę, radośnie porzucę.
Banał! Absurd! Patos! Antyczna archaiczność! Renesans neopostmodernizmu! Ręce urobione po łokcie! Łeb nieobciążony gramem myśli! Do bólu! Do deprywacji sensorycznej! Do porzygu! Do śmierci głodowej! Do starcia w pył! Do wypiętrzenia gór!
Robi mi się z tego jakaś deklaracja programowa, confiteor mimowolny, a przecież zacząłem zupełnie inaczej i miałem o czymś innym pisać, poruszyć temat odmienny, który pchnął mnie do pisania notki w pierwszej kolejności. Ta tymczasem już tak się rozrosła, że dalej pisać ani chce się, ani sensu nie ma.
Wkrótce będzie o miastach, lasach, rozpaczach i nadziejach. O błahych wydarzeniach i przełomowych incydentach, czasem nawet bardziej prawdziwych. Na pełnokrwisty skandal bym nie liczył, ale możliwe, że przynajmniej ktoś poczuje się obrażony? Obracanie się na obrzeżach świata osoby arealnej, na co dzień niemal niezauważalne, może stać się zarzewiem wojny podjazdowej – pomiędzy rzeczywistością a fikcją, kamieniem a mgłą, źrenicą a powieką, złudnością chwili a trwaniem w wieczności.