Gdzie to ja byłem? O czym ze sobą nie rozmawiałem przez ostatnie dni?
Zapisuję sobie tutaj myśl Hemingwaya, uważając ją za niezwykle trafną jako drogowskaz, punkt orientacyjny na makiecie życia. Na makiecie. W rzeczywistości, gdyby maksymę tę uznać za jedyne prawo władające światem, ludzkość uległaby zagładzie. Apokalipsa byłaby nieunikniona. Może, tak jak w wielu wizjach będących oparciem fabuł książek, filmów czy gier zniszczeniu nie uległyby drobne enklawy, lecz wyjątki nie uczyniłyby apokalipsy mniej apokaliptyczną, wręcz przeciwnie - wzmocniłoby, ugruntowało ją samą, dając jej rację bytu poprzez niezerwanie ciągłości historii.
Robię rzeczy, które nie dają mi przyjemności, i - dlaczego? Właściwie nie do końca je robię, zakładam sobie ich zrobienie, by wciąż i wciąż odkładać je na później, i - dlaczego? Dlaczego sam czynię perspektywę własnej przyszłości niekomfortową, niezachęcającą, niechcianą?
Nie mam wystarczająco wiele zaufania do jednej karty. Wciąż przetasowuję całą talię, brudząc i wycierając ją, wiedząc, że nie znajdzie się gracz, który zechciałby rozegrać nią choć pojedynczą partię.
sobota, 29 września 2012
piątek, 21 września 2012
Wyznanie
Wyznanie
Wiele szkaradnie
pięknych lat cię kochałem,
Nie znając
twojego na świecie statusu:
Że nie
istniejesz.
Nie dotknąłem
cię, nawet cię nie widziałem,
Czemu nie
rzekłaś sama lub z przymusu:
Że nie
istniejesz?
Wątroba umiera;
dlaczego w startą
Tę prawdę wierzyłem
w wódce zawartą:
Że ty istniejesz!
Życie za mną w
iluzji, w ułudzie,
Żałosne z sensem
zamkniętym w cudzie:
Że jednak
istniejesz.
Wyrazista tak
była fatamorgana,
Ach, gdybym choć
raz zapytał się z rana:
Czy ty
istniejesz?
Nie umiem bez wódki,
bez złudzeń, bez ciebie.
Więc pije; chcę
wierzyć choćby i w niebie:
Że ty istniejesz!
poniedziałek, 17 września 2012
17.09.12
Felieton wokół w nim zawartej myśli Andrzeja Kijowskiego, nawiązujący także do wczorajszego pytania: "Kim jestem: żeglarzem czy farmerem?"
Encore, encore jeszcze raz!
Jakiś czas temu byłem na koncercie.
Nie rozbrzmiały jeszcze ostatnie akordy, a ja już wiedziałem, że mógłbym
przeżywać go codziennie, wciąż od nowa. „Chce się zawsze widzieć to, co się już
widziało” – tę myśl Andrzeja Kijowskiego poczułem wtedy całym sobą, przeniknęła
mnie ona do głębi. Wiedziałem, że to pragnienie ogarnia mnie i pochłania, a ja
nie jestem w stanie nic zrobić, by mu się przeciwstawić. Później, kiedy na
chłodno zacząłem się zastanawiać nad tym, bądź co bądź, fenomenem, mój
entuzjazm dotyczący tej myśli opadł. W pierwszej kolejności dostrzegłem jej
nieścisłość. Nie neguję tu przesłania, mocy czy znaczenia, jedynie pojawiające
się w niej słowo „zawsze”. W końcu nie chcemy ponownie przeżywać sytuacji
takich jak porażki czy tragedie, doświadczeń, które wywołują smutek, złość,
wstyd czy zażenowanie. Czasami jednak, dotknięci nieszczęściami, zamykamy się w
sobie i nie chcemy znać innego świata, niż ten, który stworzyliśmy wokół siebie
w rozpaczy. W ogóle życie wspomnieniami, radosnymi czy też nie, unieruchamia
nas, sprawia, że nie czynimy nawet kroku naprzód – a wręcz powoduje regres.
Nie
można zakwestionować jednak naturalnej siły pragnienia zawartego w myśli
Andrzeja Kijowskiego, czy raczej, powiedziałbym, zwykłej, diabelnie silnej i
ograniczającej pokusy. Mam tu na myśli obstawanie przy rzeczach nam znanych i
przez nas „oswojonych”, co równa się niechęci i lękowi przed zmianami, przed
„nowym” i „nieznanym”. Z drugiej strony popularny jest pogląd o ludzkiej
ciekawości, dążeniu do odkryć, które są przyczyną wszelkiego postępu. Sądzę, że
opinia zawarta w myśli Andrzeja Kijowskiego jest bliższa prawdy: siła
przyzwyczajenia i chęć stabilności jest silniejsza niż zapał do poszerzania
horyzontów i głód wrażeń. Potwierdzenie? Stanowią je choćby obawy przed
wejściem do Unii Europejskiej, strefy euro czy nawet zwykłą przeprowadzką. Nie
chcemy zmian, nawet jeśli nie czujemy się dobrze w rzeczywistości, w której
przyszło nam egzystować. Niewątpliwie jest to jedna z najbardziej żałosnych
ludzkich wad. Panicznie lękamy się opuścić jaskinię, w której pozornie czujemy
się bezpiecznie i nawet wówczas, jeśli zapach unoszący się w powietrzu jest
obrzydliwy , boimy się wyjść choćby po odświeżacz powietrza, nie mówiąc o opuszczeniu
śmierdzącej nory, w której gnijemy. Dopiero przykład przełamania bariery przez
kogoś innego jest impulsem sprawiającym, że naprawdę zaczynamy zastanawiać się
nad sobą i tym, co jest wokół nas, a nawet wręcz przestajemy myśleć, a
zaczynamy robić to, co w głębi duszy wiemy, że powinniśmy zrobić już dawno
temu. Samospalenie Mohameda Bouaziziego spowodowało najpierw rewolucję w
Tunezji, a następnie lawinę buntów, nazywanych „arabską wiosną ludów”, przeciw
autorytarnej (oraz uważanej powszechnie za demokratyczną, lecz przez
buntujących się za nielegalną) władzy w innych państwach.
Problemy
z wyjściem ze wspomnianej przeze mnie wyżej „nory, w której gnijemy”, ma
tytułowy bohater jednego z najpopularniejszych obecnie seriali pt. „Dr House”.
Uzależniony od opioidowych leków przeciwbólowych w stopniu wpływającym na jego
postrzeganie świata, nie chce poddać się odwykowi i dopiero wstrząsające
przeżycie nawiedzających go halucynacji powoduje, że udaje się do szpitala
psychiatrycznego. Gdy z niego wychodzi, zrywa z całym wcześniejszym życiem,
bojąc się wrócić do nałogu, zawsze jednak chce
widzieć to, co już widział – ostatecznie wraca do wcześniejszej pracy, a po
pewnym czasie także do nałogu. Pragnienie zawarte w myśli Andrzeja Kijowskiego
ciągnie go na dno, okazuje się pragnieniem złym, destrukcyjnym,. Nie mam tu na
uwadze jedynie skrajnego przypadku panicznego lęku przed wszystkim, co nowe,
tzn. neofobii, ale także zwykłe pożądanie spokoju i stabilności, które jest
zawarte w znanym przysłowiu: „Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”. Lubimy
oglądać ściany, które widzimy codziennie, w których czujemy się bezpiecznie.
Wyściubienie nosa poza nasz własny, sprawdzony świat wiele nas kosztuje.
Pragnienie widzenia tego, co się już
widziało, jest domeną ludzi małych i, jak każda pokusa, jest niezwykle
silne i ciężkie do przezwyciężenia. Cenę jego pokonania potrafią zapłacić tylko
najwięksi oraz (nie zawsze jednak) ci, którzy nie mają nic do stracenia. To oni
zmieniali, zmieniają i zmieniać będą świat – tworzenie historii należy do tych,
którzy odważyli się opuścić bezpieczną przystań stabilności, przewidywalności i
monotonii w celu wypłynięcia na morze chwiejności, niepewności i nadziei na
lepsze jutro.
niedziela, 16 września 2012
16.09.12
Jak wiele zamierzam tu powiedzieć, odsłonić, pokazać? Już tak pięknie wykreowałem się na pewnego siebie bohatera, że cokolwiek, mniej lub bardziej intymnego, mogłoby zniszczyć tę legendę, obalić ten mit. Wejść w strefę fałszu się nie godzi, tym bardziej fałszu najgorszego, bo skierowanego przeciw samemu sobie we własnym dzienniku. Nawet takiemu, który leży w otwartej szufladzie.
Moje życie duchowe nie jest tak ubogie, by już, tutaj, zakończyć wpis. Chciałem w tym miejscu dodać "na szczęście", lecz coś mnie powstrzymało. Co? Lepiej wyraził to Charles Bukowski w wierszu pt. "co ja poradzę?"
Gdyby świat był tak prosty, ból plus honoraria lub szczęście bez nich. Tymczasem można wylosować pieniądze bez cierpienia lub udrękę bez funduszy. Więcej do wygrania, ale i więcej do przegrania. Czy lepsze od loterii byłoby stabilne do bólu bezpieczeństwo? Kim jestem: żeglarzem czy farmerem?
Wraz z nazwiskiem Bukowskiego pojawiło się nawiązanie do tzw. Beat Generation, nawiązanie całkiem na miejscu w związku z wczorajszą premierą filmu "W drodze" na podstawie kultowej (bez tego przymiotnika wspominanie o tej książce to jak wspominanie o Piśmie bez epitetu "Święty") powieści Jacka Kerouaca. Powieści, którą wchłonąłem na początku miesiąca. Filmu dotychczas nie widziałem, to chyba dobrze, oczekiwania ogromne i żaden, choćby najlepszy obraz nie byłby w stanie im podołać. Z drugiej strony ciekawość pcha coraz mocniej. Pcha...
Moje życie duchowe nie jest tak ubogie, by już, tutaj, zakończyć wpis. Chciałem w tym miejscu dodać "na szczęście", lecz coś mnie powstrzymało. Co? Lepiej wyraził to Charles Bukowski w wierszu pt. "co ja poradzę?"
to prawda:ból i cierpieniesprzyjatak zwanejtwórczości artystycznej.gdybym mógł decydowaćnigdy bym sobienie wybrałtego cholernegobólui cierpieniaale one jakoś samemnie znajdują.a honorariawciążwpływają.
Gdyby świat był tak prosty, ból plus honoraria lub szczęście bez nich. Tymczasem można wylosować pieniądze bez cierpienia lub udrękę bez funduszy. Więcej do wygrania, ale i więcej do przegrania. Czy lepsze od loterii byłoby stabilne do bólu bezpieczeństwo? Kim jestem: żeglarzem czy farmerem?
Wraz z nazwiskiem Bukowskiego pojawiło się nawiązanie do tzw. Beat Generation, nawiązanie całkiem na miejscu w związku z wczorajszą premierą filmu "W drodze" na podstawie kultowej (bez tego przymiotnika wspominanie o tej książce to jak wspominanie o Piśmie bez epitetu "Święty") powieści Jacka Kerouaca. Powieści, którą wchłonąłem na początku miesiąca. Filmu dotychczas nie widziałem, to chyba dobrze, oczekiwania ogromne i żaden, choćby najlepszy obraz nie byłby w stanie im podołać. Z drugiej strony ciekawość pcha coraz mocniej. Pcha...
środa, 12 września 2012
Bieg
Deszcz, deszcz, deszcz... Jak wielką rolę odegrał w historii? Interesujący temat do badań na każdym polu, od pola zasianego żytem do poletka kultury. Pomijąc aspekt globalny, skupię się na skali mikro, tj. sobie. Pierwszy i najlepszy wiersz, jaki napisałem, najliczniej publikowany, zainspirowany został właśnie przez deszcz. Goniony widmem autora jednego utworu wciąż próbuje zbliżyć się do tego poziomu, wciąż bezskutecznie, lecz - wciąż.
Tymczasem...
Bieg
Trzask błysk runął deszcz
równomierny krok równomierny oddech
noga za nogą metr za metrem
wytrwać przetrwać dojść do celu
ignorując nieistniejący świat
nieistniejącą pustkę w nieistniejącej głowie
nieistniejące błyskawice rozświetlające nieistniejący mrok
nic-czujący nic-myślący nic-człowiek
celem oślepiony wyprany z emocji
ludzkie istnienia jak echo powtarzane tysiąckroć
diametralnie identyczne jak czerń i biel
będące ucieczką donikąd i dalej w nicość
przed samotnością w świecie milionów niepodobnych kopii
zostaje bezcelowy bieg do celu
nic-czujący nic-myślący nic-człowiek
celem oślepiony wyprany z emocji
leżący na posłaniu z gwoździ różami przykrytym
Tymczasem...
Bieg
Trzask błysk runął deszcz
równomierny krok równomierny oddech
noga za nogą metr za metrem
wytrwać przetrwać dojść do celu
ignorując nieistniejący świat
nieistniejącą pustkę w nieistniejącej głowie
nieistniejące błyskawice rozświetlające nieistniejący mrok
nic-czujący nic-myślący nic-człowiek
celem oślepiony wyprany z emocji
ludzkie istnienia jak echo powtarzane tysiąckroć
diametralnie identyczne jak czerń i biel
będące ucieczką donikąd i dalej w nicość
przed samotnością w świecie milionów niepodobnych kopii
zostaje bezcelowy bieg do celu
nic-czujący nic-myślący nic-człowiek
celem oślepiony wyprany z emocji
leżący na posłaniu z gwoździ różami przykrytym
wtorek, 11 września 2012
Stolarz swego losu
stolarz swego losu
codzienność
delikatnie tworzysz
pilnikiem
rzadko ale
jednak
decydujesz się
uderzyć
dłutem
lękasz się
ciężkich narzędzi
żaden tam z
ciebie kowal
gdy dłoń się
omsknie
zostaje
dziesięciokilowy
młot przeciwko
wspomnieniu
błędu
świadkom porażki
klej nie klei
znak by od nowa
zacząć
codzienność
delikatniej tworzyć
Subskrybuj:
Posty (Atom)