sobota, 29 września 2012

29.09.12

Gdzie to ja byłem? O czym ze sobą nie rozmawiałem przez ostatnie dni?

Zapisuję sobie tutaj myśl Hemingwaya, uważając ją za niezwykle trafną jako drogowskaz, punkt orientacyjny na makiecie życia. Na makiecie. W rzeczywistości, gdyby maksymę tę uznać za jedyne prawo władające światem, ludzkość uległaby zagładzie. Apokalipsa byłaby nieunikniona. Może, tak jak w wielu wizjach będących oparciem fabuł książek, filmów czy gier zniszczeniu nie uległyby drobne enklawy, lecz wyjątki nie uczyniłyby apokalipsy mniej apokaliptyczną, wręcz przeciwnie - wzmocniłoby, ugruntowało ją samą, dając jej rację bytu poprzez niezerwanie ciągłości historii.

Robię rzeczy, które nie dają mi przyjemności, i - dlaczego? Właściwie nie do końca je robię, zakładam sobie ich zrobienie, by wciąż i wciąż odkładać je na później, i - dlaczego? Dlaczego sam czynię perspektywę własnej przyszłości niekomfortową, niezachęcającą, niechcianą?

Nie mam wystarczająco wiele zaufania do jednej karty. Wciąż przetasowuję całą talię, brudząc i wycierając ją, wiedząc, że nie znajdzie się gracz, który zechciałby rozegrać nią choć pojedynczą partię.

piątek, 21 września 2012

Wyznanie


Wyznanie


Wiele szkaradnie pięknych lat cię kochałem,
Nie znając twojego na świecie statusu:
Że nie istniejesz.
Nie dotknąłem cię, nawet cię nie widziałem,
Czemu nie rzekłaś sama lub z przymusu:
Że nie istniejesz?
Wątroba umiera; dlaczego w startą
Tę prawdę wierzyłem w wódce zawartą:
Że ty istniejesz!

Życie za mną w iluzji, w ułudzie,
Żałosne z sensem zamkniętym w cudzie:
Że jednak istniejesz.
Wyrazista tak była fatamorgana,
Ach, gdybym choć raz zapytał się z rana:
Czy ty istniejesz?
Nie umiem bez wódki, bez złudzeń, bez ciebie.
Więc pije; chcę wierzyć choćby i w niebie:
Że ty istniejesz!

poniedziałek, 17 września 2012

17.09.12

Felieton wokół w nim zawartej myśli Andrzeja Kijowskiego, nawiązujący także do wczorajszego pytania: "Kim jestem: żeglarzem czy farmerem?"



Encore, encore jeszcze raz!

Jakiś czas temu byłem na koncercie. Nie rozbrzmiały jeszcze ostatnie akordy, a ja już wiedziałem, że mógłbym przeżywać go codziennie, wciąż od nowa. „Chce się zawsze widzieć to, co się już widziało” – tę myśl Andrzeja Kijowskiego poczułem wtedy całym sobą, przeniknęła mnie ona do głębi. Wiedziałem, że to pragnienie ogarnia mnie i pochłania, a ja nie jestem w stanie nic zrobić, by mu się przeciwstawić. Później, kiedy na chłodno zacząłem się zastanawiać nad tym, bądź co bądź, fenomenem, mój entuzjazm dotyczący tej myśli opadł. W pierwszej kolejności dostrzegłem jej nieścisłość. Nie neguję tu przesłania, mocy czy znaczenia, jedynie pojawiające się w niej słowo „zawsze”. W końcu nie chcemy ponownie przeżywać sytuacji takich jak porażki czy tragedie, doświadczeń, które wywołują smutek, złość, wstyd czy zażenowanie. Czasami jednak, dotknięci nieszczęściami, zamykamy się w sobie i nie chcemy znać innego świata, niż ten, który stworzyliśmy wokół siebie w rozpaczy. W ogóle życie wspomnieniami, radosnymi czy też nie, unieruchamia nas, sprawia, że nie czynimy nawet kroku naprzód – a wręcz powoduje regres.
            Nie można zakwestionować jednak naturalnej siły pragnienia zawartego w myśli Andrzeja Kijowskiego, czy raczej, powiedziałbym, zwykłej, diabelnie silnej i ograniczającej pokusy. Mam tu na myśli obstawanie przy rzeczach nam znanych i przez nas „oswojonych”, co równa się niechęci i lękowi przed zmianami, przed „nowym” i „nieznanym”. Z drugiej strony popularny jest pogląd o ludzkiej ciekawości, dążeniu do odkryć, które są przyczyną wszelkiego postępu. Sądzę, że opinia zawarta w myśli Andrzeja Kijowskiego jest bliższa prawdy: siła przyzwyczajenia i chęć stabilności jest silniejsza niż zapał do poszerzania horyzontów i głód wrażeń. Potwierdzenie? Stanowią je choćby obawy przed wejściem do Unii Europejskiej, strefy euro czy nawet zwykłą przeprowadzką. Nie chcemy zmian, nawet jeśli nie czujemy się dobrze w rzeczywistości, w której przyszło nam egzystować. Niewątpliwie jest to jedna z najbardziej żałosnych ludzkich wad. Panicznie lękamy się opuścić jaskinię, w której pozornie czujemy się bezpiecznie i nawet wówczas, jeśli zapach unoszący się w powietrzu jest obrzydliwy , boimy się wyjść choćby po odświeżacz powietrza, nie mówiąc o opuszczeniu śmierdzącej nory, w której gnijemy. Dopiero przykład przełamania bariery przez kogoś innego jest impulsem sprawiającym, że naprawdę zaczynamy zastanawiać się nad sobą i tym, co jest wokół nas, a nawet wręcz przestajemy myśleć, a zaczynamy robić to, co w głębi duszy wiemy, że powinniśmy zrobić już dawno temu. Samospalenie Mohameda Bouaziziego spowodowało najpierw rewolucję w Tunezji, a następnie lawinę buntów, nazywanych „arabską wiosną ludów”, przeciw autorytarnej (oraz uważanej powszechnie za demokratyczną, lecz przez buntujących się za nielegalną) władzy w innych państwach.
            Problemy z wyjściem ze wspomnianej przeze mnie wyżej „nory, w której gnijemy”, ma tytułowy bohater jednego z najpopularniejszych obecnie seriali pt. „Dr House”. Uzależniony od opioidowych leków przeciwbólowych w stopniu wpływającym na jego postrzeganie świata, nie chce poddać się odwykowi i dopiero wstrząsające przeżycie nawiedzających go halucynacji powoduje, że udaje się do szpitala psychiatrycznego. Gdy z niego wychodzi, zrywa z całym wcześniejszym życiem, bojąc się wrócić do nałogu, zawsze jednak chce widzieć to, co już widział – ostatecznie wraca do wcześniejszej pracy, a po pewnym czasie także do nałogu. Pragnienie zawarte w myśli Andrzeja Kijowskiego ciągnie go na dno, okazuje się pragnieniem złym, destrukcyjnym,. Nie mam tu na uwadze jedynie skrajnego przypadku panicznego lęku przed wszystkim, co nowe, tzn. neofobii, ale także zwykłe pożądanie spokoju i stabilności, które jest zawarte w znanym przysłowiu: „Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”. Lubimy oglądać ściany, które widzimy codziennie, w których czujemy się bezpiecznie. Wyściubienie nosa poza nasz własny, sprawdzony świat wiele nas kosztuje. Pragnienie widzenia tego, co się już widziało, jest domeną ludzi małych i, jak każda pokusa, jest niezwykle silne i ciężkie do przezwyciężenia. Cenę jego pokonania potrafią zapłacić tylko najwięksi oraz (nie zawsze jednak) ci, którzy nie mają nic do stracenia. To oni zmieniali, zmieniają i zmieniać będą świat – tworzenie historii należy do tych, którzy odważyli się opuścić bezpieczną przystań stabilności, przewidywalności i monotonii w celu wypłynięcia na morze chwiejności, niepewności i nadziei na lepsze jutro.

niedziela, 16 września 2012

16.09.12

Jak wiele zamierzam tu powiedzieć, odsłonić, pokazać? Już tak pięknie wykreowałem się na pewnego siebie bohatera, że cokolwiek, mniej lub bardziej intymnego, mogłoby zniszczyć tę legendę, obalić ten mit. Wejść w strefę fałszu się nie godzi, tym bardziej fałszu najgorszego, bo skierowanego przeciw samemu sobie we własnym dzienniku. Nawet takiemu, który leży w otwartej szufladzie.

Moje życie duchowe nie jest tak ubogie, by już, tutaj, zakończyć wpis. Chciałem w tym miejscu dodać "na szczęście", lecz coś mnie powstrzymało. Co? Lepiej wyraził to Charles Bukowski w wierszu pt. "co ja poradzę?"

to prawda:
ból i cierpienie
sprzyja
tak zwanej
twórczości artystycznej.
 

gdybym mógł decydować
nigdy bym sobie
nie wybrał
tego cholernego
bólu
i cierpienia
ale one jakoś same
mnie znajdują.
 

a honoraria
wciąż
wpływają.

Gdyby świat był tak prosty, ból plus honoraria lub szczęście bez nich. Tymczasem można wylosować pieniądze bez cierpienia lub udrękę bez funduszy. Więcej do wygrania, ale i więcej do przegrania. Czy lepsze od loterii byłoby stabilne do bólu bezpieczeństwo? Kim jestem: żeglarzem czy farmerem?

Wraz z nazwiskiem Bukowskiego pojawiło się nawiązanie do tzw. Beat Generation, nawiązanie całkiem na miejscu w związku z wczorajszą premierą filmu "W drodze" na podstawie kultowej (bez tego przymiotnika wspominanie o tej książce to jak wspominanie o Piśmie bez epitetu "Święty") powieści Jacka Kerouaca. Powieści, którą wchłonąłem na początku miesiąca. Filmu dotychczas nie widziałem, to chyba dobrze, oczekiwania ogromne i żaden, choćby najlepszy obraz nie byłby w stanie im podołać. Z drugiej strony ciekawość pcha coraz mocniej. Pcha...

środa, 12 września 2012

Bieg

Deszcz, deszcz, deszcz... Jak wielką rolę odegrał w historii? Interesujący temat do badań na każdym polu, od pola zasianego żytem do poletka kultury. Pomijąc aspekt globalny, skupię się na skali mikro, tj. sobie. Pierwszy i najlepszy wiersz, jaki napisałem, najliczniej publikowany, zainspirowany został właśnie przez deszcz. Goniony widmem autora jednego utworu wciąż próbuje zbliżyć się do tego poziomu, wciąż bezskutecznie, lecz - wciąż.
Tymczasem...


Bieg


Trzask błysk runął deszcz
równomierny krok równomierny oddech   
noga za nogą metr za metrem
wytrwać przetrwać dojść do celu
ignorując nieistniejący świat
nieistniejącą pustkę w nieistniejącej głowie
nieistniejące błyskawice rozświetlające nieistniejący mrok

nic-czujący nic-myślący nic-człowiek
celem oślepiony wyprany z emocji

ludzkie istnienia jak echo powtarzane tysiąckroć
diametralnie identyczne jak czerń i biel
będące ucieczką donikąd i dalej w nicość
przed samotnością w świecie milionów niepodobnych kopii
zostaje bezcelowy bieg do celu

nic-czujący nic-myślący nic-człowiek
celem oślepiony wyprany z emocji
leżący na posłaniu z gwoździ różami przykrytym

wtorek, 11 września 2012

Stolarz swego losu



stolarz swego losu

codzienność delikatnie tworzysz
pilnikiem
rzadko ale jednak
decydujesz się uderzyć
dłutem

lękasz się ciężkich narzędzi
żaden tam z ciebie kowal
gdy dłoń się omsknie
zostaje dziesięciokilowy
młot przeciwko
wspomnieniu błędu
świadkom porażki

klej nie klei
znak by od nowa zacząć
codzienność delikatniej tworzyć