Przeglądając małą objętościowo książeczkę Władysława Tatarkiewicza pt. Parerga, na którą składają się, jak mówi autor, "studia z ogólnej estetyki i teorii sztuki pochodzące z lat 1974-76", natrafiam na szkic Tworzenie i odkrywanie. W nim jeden z podrozdziałów stanowi analiza poglądów polskiego rzeźbiarza i teoretyka sztuki, Augusta Zamoyskiego. Tatarkiewicz przytacza w nim fragmenty swojej z nim korespondencji , częstą nie podając nawet daty rocznej. Ja sobie tutaj wypisuję fragmenty tych listów, podając je tak, jak przepisane zostały w książce. Wszystkie słowa poniższe wyszły spod pióra rzeźbiarza, a podkreślenia moje.
Tak - autentyczny artysta - wypadek niezmiernie rzadki - nie troszczy się o rozwiązanie tragizmu istnienia (cette peine d'être), nie do pojęcia dla naszych umysłów skończonych, lecz poprzez dokonanie swego dzieła uwalnia się z tych stanów dręczących opresji (catharsis), wnika w tajemnicę bytu, współżyje z Nią w sposób tak intymny (face à face), iż przestaje Ona nią być dla niego, bo jest przejęty spokojem, jaki daje ufność swego mistycznego współżycia [...] ze Stworzeniem.
Pastuch zna po imieniu każdą owcę czy krowę swego stada, choćby ich było sto czy kilkaset sztuk, a dla człowieka z miasta każda owca czy krowa jedna w drugą ta sama. Trzeba umieć zobaczyć, to znaczy mieć oko i umieć wykonać, nie przypadkowymi uproszczeniami, ale tak jak się widzi; na to potrzebne władztwo ręki. Do ćwiczenia kultury mego oka ustawiałem kilka kurzych jaj i rysowałem lub strugałem w drzewie każde z osobna jak portret; każde przecież jest inne, o innej sferyczności, a tylko symbol jajka jest ogólny. Podobnie każdy akt, czy kolano, usta czy ręka.
Założeń w szkicu omawianych przytaczał nie będę, ani biografii Zamoyskiego tym bardziej, nie od tego jestem. Ja sobie tylko lubię coś wypisać czasem, tutaj, na moim wirtualnym kolanie. Np. Dantego, Boskiej komedii fragment z Piekła, a dokładniej z Pieśni XXIV (w przekładzie Porębowicza w. 43-61)
Kiedy stawałem na granitów kępie,Płuca mi wyschły, krok niosłem ołowiI zaraz usieść musiałem na wstępie.„Teraz się z lichej gnuśności rozpowij –Mistrz do mnie rzecze – bowiem pod pierzynąI w puchach łoża sławy się nie złowi!A komu bez niej dni na ziemi płyną,Po takim ślad się padolny rozpyliDymem na wietrze i wód szumowiną.Więc wstań i niemoc niechaj w tobie zmyliDuch, co zwycięzcą jest w każdej rozprawie,Chyba go brzemię ciała ubezsili.Na wyższych schodach ciebie ja postawię;Nie dość, że ciemne rzucimy katownie:Wyczerp naukę z tego, co ci prawię.”Wstałem, udając sobą, że cudownieW członki me siła wstąpiła ognistsza;„Pójdź – rzekłem – krzepki jestem niewymownie.”Po skalnym łęku ruszyłem w ślad Mistrza;