środa, 31 października 2012
31.10.12
Długi czas czekałem na powiew, stęchłe powietrze dookoła obrażało moje nozdrza. Teraz wystarczy skupić się jedynie na uważnym rozkładaniu żagli, a powiew, czując się potrzebny z całą pewnością zacznie wiać coraz mocniej, i dmąc w czekające na niego z utęsknieniem żagle wprawi łódź w ruch. Niech łódź nie straci pędu. Niech niosą ją falę, niech oświetla ją Słońce. Łódź jest krucha, a port daleko.
wtorek, 30 października 2012
Granat odc. 3
Nie jestem lekomanem. Nie jestem
ćpunem. Czy to powód do radości, kiedy, eliminując tę alternatywę, zyskuję
pewność, że zostałem przestępcą? Jak? Dlaczego? Czy dowiem się tego
kiedykolwiek?
O
co jednak chodzi z żółtym sklepem? Z owocem granatu? Zawsze nienawidziłem
owoców egzotycznych. Co takiego, i gdzie, mogłem kupić za 69,99? W Biedronce?
Lewiatanie? Kolporter mogę chyba wyeliminować, zakup był jeden, a reklamówka
dosyć lekka, nabycie gazety za 69,99 wydaje się raczej wątpliwe. Spacer po
galerii czy rekonesans w Internecie nie wchodzi w grę, boję się, że nagle znów
znajdę się w innym wymiarze. Każde wyjście z próżni to chwila strachu i
narastającego obłędu, jednak wybierając pomiędzy szaleństwem i pustką, wybieram
szaleństwo.
Jestem
przestępcą. Gangsterem. Co zrobić? Jak dalej żyć z tą wiedzą?
Nagle
spokój. Uczucie odprężenia. Nieważne. Przecież prawie nie żyje. To nic nie
zmienia. Wciąż zakręcony kran i gleba wciąż jałowa.
*
„Newsweek”.
Okładka. Przed chwilą na nią patrzyłem. Była inna. Rozmazana. Gdzie podziały
się moje oczy? Skąd nagle pojawił się na niej detektyw Rutkowski? Przecież…
Wtem myśl. Oczywiście. Minął kolejny tydzień! Który?
Obłęd.
Coraz większy obłęd. Koniec z tym. Tylko śmierć może mnie ocalić. Wrzucam
gazetę do kosza i podnoszę się z ławki.
Koniec. Definitywnie.
*
Czerń.
Wszędzie dookoła czerń. Tak więc wygląda koniec. Ja i mrok? To zbyt banalne. Przecież
tylko podjąłem decyzję. Co z tego, skoro na nic nie mam wpływu, wszystko dzieje
się samo, drzwi do pokoju, w którym toczy się moje życie są zamknięte,
pozostaje zerkanie przed dziurkę od klucza. Ziemia pamięci wciąż pozbawiona
deszczu. Czy już na zawsze? Tak skończę? W pokoju bez klamek, odziany w kaftan?
To zbyt banalne. Podobnie jak mrok dookoła.
Nagle
gdzieś z nieba światło, manna. Coś na mnie upada. Coś śmierdzącego. Próbuję się
poruszyć. Jestem przyklejony. Znienacka ból i więcej swobody ruchu. Leżę w
zaschniętej kałuży krwi. Znowu ciemność.
*
A
jednak, nie umarłem. Siedzę oparty plecami o zielony kontener na śmieci. Mam na
sobie czerwoną koszulę. Koszulę!? Dlaczego noszę koszulę, skoro ich nienawidzę?
Czerwoną?! No tak. To zaschnięta krew.
Gdzie
ja w ogóle jestem? Co robiłem w kontenerze? Jak z niego wyszedłem? Co to za
zaułek? Kim jestem? No tak. Gangsterem. Pewnie jakieś porachunki.
Chwila.
Coś nie tak. Ta krew bynajmniej nie jest zaschnięta. Świeża wciąż wypływa. I to
w jakiej ilości! Ubrania przesiąknięte, dookoła wielka kałuża. Wykrwawiam się.
Dlaczego? Skąd?
*
Ciemność.
Noc. Światła latarni oświetlają mokry chodnik. Pada deszcz, a ja dokądś idę.
Dokąd? Nie wiem. Idę dalej, wciąż przed siebie, póki nie muszę skręcić. Lewo?
Prawo? Co za różnica.
Nagle potykam się o szczerbę w chodniku. Nóż
wypada mi z rękawa i z pluskiem wpada do studzienki ściekowej. Staję.
Nasłuchuję. Pusto. Cicho.
*
Próba podniesienia się z ziemi,
oddalenia się od zakrwawionego placu wokół kontenera. Wtem ogłuszający ból. Piętno
pulsuje. Cierpienie otępia zmysły, których jeszcze nie straciłem. Chwila
zaćmienia. O dziwo, stoję na nogach i idę przed siebie. Pulsowanie się wzmaga.
*
Mrok
i deszcz. Zamroczony stoję w deszczu. Rozglądam się. Ciemność. Ani jednego
źródła światła w zasięgu wzroku. Nagle dreszcz. Zimno przenika ciało. Huk. Coś
upadło.
Łopata,
którą trzymałem w ręku. W drugiej mam jakąś szmatę, a na głowie kominiarkę. Robię
krok, chcąc podnieść narzędzie, które upuściłem. Tracę równowagę. Upadam.
Wpadam do dołu. Na jego dnie coś… włochatego?!
poniedziałek, 29 października 2012
29.10.12
W głowie tak dawno niewypowiadane, niepomyślane, a tak upragnione słowa Wieszcza:
Czy jak Faust zgodziłbym się oddać duszę po wypowiedzeniu słów: "trwaj piękna chwilo"? Czy postrzegam życie jako nieustanny pęd faustyczny? Wierzę, że poszukiwanie ważniejsze jest od znalezienia, że droga jest szczęściem, nie przystań. Błądzę więc i uśmiecham się do kamieni zwątpienia znajdujących się na mojej ścieżce, rzek zniechęcenia ją przecinających. I podążam przed siebie, czasami padam jak długi łapiąc oddech i po prostu spoglądam w niebo, wiedząc, że tylko w ten sposób mogę podarować sobie odrobinę szczęścia i doświadczyć błogości, i gdyby w tym miejscu droga moja się skończyła, nie byłbym przegrany. Bo jedna tylko jest potęga zdolna porażkę stworzyć i usankcjonować, a potęgą tą jest jej podmiot.
Lekko mi! rzeźwo! lubo! wiem, co to być ptakiem!
Czy jak Faust zgodziłbym się oddać duszę po wypowiedzeniu słów: "trwaj piękna chwilo"? Czy postrzegam życie jako nieustanny pęd faustyczny? Wierzę, że poszukiwanie ważniejsze jest od znalezienia, że droga jest szczęściem, nie przystań. Błądzę więc i uśmiecham się do kamieni zwątpienia znajdujących się na mojej ścieżce, rzek zniechęcenia ją przecinających. I podążam przed siebie, czasami padam jak długi łapiąc oddech i po prostu spoglądam w niebo, wiedząc, że tylko w ten sposób mogę podarować sobie odrobinę szczęścia i doświadczyć błogości, i gdyby w tym miejscu droga moja się skończyła, nie byłbym przegrany. Bo jedna tylko jest potęga zdolna porażkę stworzyć i usankcjonować, a potęgą tą jest jej podmiot.
środa, 24 października 2012
24.10.12
Chwilowo porzucając Pessoę, na kim mógłbym skupić wzrok?
Charles Bukowski. Niezwykle trzeźwy alkoholik. Przedstawiciel Beat Generation. Naprawdę? Jaki tam przedstawiciel, ruch ruchem, nihil novi sub solo, kolejne stracone pokolenie, jak każde, nie ma "wygranych" , bo i cóż by to mogło oznaczać? Powrót do raju?
Genialny poeta, powieściopisarz. Cóż więcej? Chciałoby się cytować, cytować, cytować, przepisywać i zagłębiać się wciąż od nowa w owoce jego pracy, smakować je i przetrawiać gruntownie, gruntownie, niewiele jest do wydalenia. Ograniczę się jednak do dwóch wyjątków z powieści. Zacznę od tego pochodzącego z "Kobiet":
i skończę na poniższym, pochodzącym z powieści "Ham on rye". Wciąż odnosi się on do mnie.
[ Po namyśle dopisuję w kwadratowym, a co mi tam, nawiasie, że przecież wszystko, co tutaj zamieszczam, odnosi się do mnie lub mojego kreatora. Wiem, że jestem tworzycielem (nieustannym, nieprzerwanym; nie stworzycielem raz na zawsze) siebie samego. Wierzę także wciąż (więcej: wiem, że on istnieje) w istnienie innego kreatora, lecz pytam go: dlaczego stworzył mnie takim, jakim jestem? Czy jestem jego odbiciem? Dlaczego nie wyidealizowanym obrazem, tylko szkicem lęków i obaw ukrytych i jawnych? Czy jego to wina, czy moja? Czy wspólna? ]
Kolejny raz mój manuskrypt został odrzucony. Rozpacz szarpie me serce, życie stoi w miejscu. Jak zaczerpnąć powietrza, gdy ciało przykrył szczelny klosz porażek? Dzienniczku mój, uściśnij moją dłoń i przeprowadź mnie przez zły świat, ku kolejnej dacie na twych stronicach.
Wracając do głównego wątku dzisiejszego wpisu, oto wspomniany fragment z "Ham on rye":
Jak trudno skomentować, jak trudno stawić czoła, jak chciałoby się uciec od tych czy innych słów Bukowskiego. Naga, okrutnie naturalistyczna, bezlitosna prawda budząca głębokie lęki, szarpiąca z trudem zasklepione blizny powstałe przy nieuważnym zadraśnięciu się ostrzejszą niż codzienną, stępiałą myślą.
Charles Bukowski. Niezwykle trzeźwy alkoholik. Przedstawiciel Beat Generation. Naprawdę? Jaki tam przedstawiciel, ruch ruchem, nihil novi sub solo, kolejne stracone pokolenie, jak każde, nie ma "wygranych" , bo i cóż by to mogło oznaczać? Powrót do raju?
Genialny poeta, powieściopisarz. Cóż więcej? Chciałoby się cytować, cytować, cytować, przepisywać i zagłębiać się wciąż od nowa w owoce jego pracy, smakować je i przetrawiać gruntownie, gruntownie, niewiele jest do wydalenia. Ograniczę się jednak do dwóch wyjątków z powieści. Zacznę od tego pochodzącego z "Kobiet":
Pociągają mnie nie te rzeczy, co trzeba: lubię pić, jestem leniwy, nie mam boga, polityki, idei ani zasad. Jestem mocno osadzony w nicości, w swego rodzaju niebycie, i akceptuję to w pełni. Nie czyni to ze mnie osoby zbyt interesującej. Nie chcę być interesujący, to zbyt trudne. Pragnę jedynie miękkiej, mglistej przestrzeni, w której mogę żyć, i jeszcze żeby zostawiono mnie w spokoju.
i skończę na poniższym, pochodzącym z powieści "Ham on rye". Wciąż odnosi się on do mnie.
[ Po namyśle dopisuję w kwadratowym, a co mi tam, nawiasie, że przecież wszystko, co tutaj zamieszczam, odnosi się do mnie lub mojego kreatora. Wiem, że jestem tworzycielem (nieustannym, nieprzerwanym; nie stworzycielem raz na zawsze) siebie samego. Wierzę także wciąż (więcej: wiem, że on istnieje) w istnienie innego kreatora, lecz pytam go: dlaczego stworzył mnie takim, jakim jestem? Czy jestem jego odbiciem? Dlaczego nie wyidealizowanym obrazem, tylko szkicem lęków i obaw ukrytych i jawnych? Czy jego to wina, czy moja? Czy wspólna? ]
Kolejny raz mój manuskrypt został odrzucony. Rozpacz szarpie me serce, życie stoi w miejscu. Jak zaczerpnąć powietrza, gdy ciało przykrył szczelny klosz porażek? Dzienniczku mój, uściśnij moją dłoń i przeprowadź mnie przez zły świat, ku kolejnej dacie na twych stronicach.
Wracając do głównego wątku dzisiejszego wpisu, oto wspomniany fragment z "Ham on rye":
Na samą myśl, że muszę kimś zostać, ogarniał mnie nie tylko strach, ale wręcz mdłości. Nie mogłem znieść myśli, że zostanę prawnikiem, radnym, inżynierem czy czymś takim. Ożenię się, będę miał dzieci, dam się złapać w strukturę rodzinną. Codziennie będę chodził do pracy i wracał. Niemożliwa sprawa.
Jak trudno skomentować, jak trudno stawić czoła, jak chciałoby się uciec od tych czy innych słów Bukowskiego. Naga, okrutnie naturalistyczna, bezlitosna prawda budząca głębokie lęki, szarpiąca z trudem zasklepione blizny powstałe przy nieuważnym zadraśnięciu się ostrzejszą niż codzienną, stępiałą myślą.
niedziela, 21 października 2012
Prosty wiersz-korkociąg
Prosty
wiersz-korkociąg
Prosta
nieskomplikowana prostota
chleb powszedni
kiełbasa zwyczajna
nic nowego
strata czasu
niewymagające
wersy nieambitne strofy
kolejne déjà vu
po prostu ominąć
ten cały początek
i zacząć
wszystko od końca
do szczęścia
prosto i w lewo
wydeptywać wciąż
te same ścieżki
wjechać na rondo
i wciąż krążyć w kółko
kulturze masowej
podać świat na tacy
zamiast porzucić
windę i wejść schodami
nie każdy zje
wisienkę z elitarnego tortu
po prostu ominąć
ten cały początek
i zacząć wszystko
od końca
do szczęścia
prosto i w lewo
sobota, 20 października 2012
20.10.12
Pessoa? Pochylać nad nim można się w nieskończoność, nigdy nie długo, nigdy nie kończąc, nie zbliżając się nawet do końca początku obcowania z nim. Cóż więc czynić z "piętą", "stagnacją", kolejnym "slow day moving into a slow night"?
Niespodziewanie dla siebie odpowiadam sobie - zasadzić drzewo. Nie tylko wykopać trochę ziemi i włożyć tam kawałek patyka z niemym okrzykiem: "Niech rośnie!" Nie. Najpierw - ściąć jedno, może dwa smutne już wiekiem i owocowaniem drzewa. Później uprzątnąć teren, nie do końca jednak, nieważne, co uczynimy, korzenie zostaną. Jest jesień. Trzeba więc chłonąć nozdrzami zapach jabłek i orzechów, słońca i liści, ziemi i powietrza, tego tak różnego nie składem, lecz właściwościami od samego siebie. Trzeba zgrabić liście. Przyciąć to i tamto. I, na koniec już, to, co najważniejsze, to, co ukoronowaniem, by zamknąć łańcuch niepozytywny "ściąć - przyciąć" ogniwem pozytywnym "stworzyć". By nie zachwiać żadnej równowagi, by nie być skrajnym, by nie przechylać szali na stronę destrukcji, by nasze destrukcyjne działanie nie dosięgło swoją destrukcyjną mocą nas samych. Palenie mostów z rozwagą, jedynie tych przerzuconych opodal brodu.
Zapach słońca, tego, które przez cały rok jedynie świeci, nie wiadomo dlaczego tylko o tej porze, jesienią, pachnie! Pozostaje rozkoszować się zapachem, patrząc na wątły kształt młodego drzewka, wierząc, że w przyszłości potężny trzon będzie kosturem dającym oparcie, rozłożysta korona kapeluszem chroniącym przed zbyt nachalnymi promieniami, owoce wspomnieniami kładącymi się na języku słodkim posmakiem. Patrzę więc i pracowicie wentyluje płuca, pochłaniam ciepło złotego blasku, w ręku trzymam co jakiś czas podnoszony do ust świeży sok, owoc wysiłku całego roku, w głowie mam jedynie trwająca chwilę i wersy autorstwa Lucille Clifton:
Odczytuje sam sobie własną metaforę, próbuje ją przeniknąć, zrozumieć. Jak blisko są rozwiązania, jak nieukryte!
Niespodziewanie dla siebie odpowiadam sobie - zasadzić drzewo. Nie tylko wykopać trochę ziemi i włożyć tam kawałek patyka z niemym okrzykiem: "Niech rośnie!" Nie. Najpierw - ściąć jedno, może dwa smutne już wiekiem i owocowaniem drzewa. Później uprzątnąć teren, nie do końca jednak, nieważne, co uczynimy, korzenie zostaną. Jest jesień. Trzeba więc chłonąć nozdrzami zapach jabłek i orzechów, słońca i liści, ziemi i powietrza, tego tak różnego nie składem, lecz właściwościami od samego siebie. Trzeba zgrabić liście. Przyciąć to i tamto. I, na koniec już, to, co najważniejsze, to, co ukoronowaniem, by zamknąć łańcuch niepozytywny "ściąć - przyciąć" ogniwem pozytywnym "stworzyć". By nie zachwiać żadnej równowagi, by nie być skrajnym, by nie przechylać szali na stronę destrukcji, by nasze destrukcyjne działanie nie dosięgło swoją destrukcyjną mocą nas samych. Palenie mostów z rozwagą, jedynie tych przerzuconych opodal brodu.
Zapach słońca, tego, które przez cały rok jedynie świeci, nie wiadomo dlaczego tylko o tej porze, jesienią, pachnie! Pozostaje rozkoszować się zapachem, patrząc na wątły kształt młodego drzewka, wierząc, że w przyszłości potężny trzon będzie kosturem dającym oparcie, rozłożysta korona kapeluszem chroniącym przed zbyt nachalnymi promieniami, owoce wspomnieniami kładącymi się na języku słodkim posmakiem. Patrzę więc i pracowicie wentyluje płuca, pochłaniam ciepło złotego blasku, w ręku trzymam co jakiś czas podnoszony do ust świeży sok, owoc wysiłku całego roku, w głowie mam jedynie trwająca chwilę i wersy autorstwa Lucille Clifton:
come celebrate
with me that everyday
something has tried to kill me
and has failed.
Odczytuje sam sobie własną metaforę, próbuje ją przeniknąć, zrozumieć. Jak blisko są rozwiązania, jak nieukryte!
czwartek, 18 października 2012
Granat odc. 2
„Newsweek”. Pięć
złotych. Wciąż jestem na tej ławce. To chyba wciąż ten poniedziałek. Strzępy
miejsc, które przemknęły przez moją głowę, to były wspomnienia. To muszą być
wspomnienia, muszą mieć wspólny mianownik, muszę ułożyć te puzzle i sprawić, by
rzeka mojej świadomości popłynęła znów jednostajnym strumieniem. Znaleźć jej
źródło.
Zawsze
uwielbiałem oglądać okładki czasopism. Studiowałem dokładnie każdy szczegół ludzkich
twarzy, miejsc czy przedmiotów, które się na nich pojawiały. Być może dlatego
zdziwiła mnie niewyraźność okładki najnowszego wydania gazety, którą trzymałem
w ręku. Wciąż jednak nie mogę uwierzyć, że naprawdę była na niej twarz. Nie
byle jaka twarz. Ta twarz.
Ten facet. Jego oczy. Moje oczy.
*
Kuchnia. Kawa.
Chyba. Równie dobrze może to być coca-cola czy czernina, bez różnicy, i tak
straciłem węch oraz smak. To już dwa zmysły. Który będzie następny? Dotyk?
Wzrok? Słuch? Szóstego zmysłu nigdy nie miałem. Czy gdy następnym razem stanę
twarzą w twarz z rzeczywistością, będę widział otaczający mnie świat, słyszał
jego odgłosy? Jaką rzeczywistością? Czy istnieje jakakolwiek rzeczywistość?
Jestem taki zagubiony. Nie mam nawet pewności, czy istnieję, czy śnię, czy
egzystuję w przeszłości oglądając własne wspomnienia, czy tkwię w tu i teraz?
Czy świat i życie nie jest tylko złudą?
Uśmiechnąłem się
na myśl, jak wielu filozofów roztrząsało to zagadnienie i wysnuwało niezwykle
zawiłe twierdzenia, mające udowodnić realność istnienia fizycznego świata. Te
abstrakcyjne wywody jajogłowych zawsze wydawały mi się niezwykle bezsensowe,
bezcelowe, wręcz absurdalne. Teraz najchętniej przekopałbym wszystkie
biblioteki świata próbując porównać i zrozumieć te bzdurne rozmyślania. Może
pomogłyby mi się odnaleźć. W czym? Nie wiem. Po prostu odnaleźć. Odnaleźć coś,
w czym mógłbym się odnaleźć.
Strach przyćmił
mój umysł, już i tak wystarczająco przyćmiony, niemal zgaszony, przez coś
nieokreślonego, nieznanego, tajemniczego i przerażającego. Przez coś.
Łyk chyba-kawy.
Wzrok pada na jakąś kartkę. Moje pismo. Coś pisałem. Ciekawe, jak długo tak tu
siedzę nad tą chyba-kawą. Jaki dzisiaj dzień? Ma to jakieś znaczenie? Czas już
dawno przestał dla mnie istnieć. Nie tylko on. Ja sam przestałem istnieć dla
siebie.
Sherlocku Holmesie, Herculesie Poirocie, Adrianie
Monku, szanowny panie Krzysztofie Rutkowski, posłuchajcie:
Zaniki pamięci. Owoc granatu. Kominiarka. Zmywacz. Utrata
węchu. Pies tańczący z kotem wyrysowany nożem na klatce piersiowej. Zakupy w żółtym
sklepie. Sklep z bronią. Supermarket, noże w wózku. Apteka, dwie torby leków.
1.
Uporządkuj chronologicznie.
2. Znajdź wspólny mianownik. Klej do sklejenia
odłamków. Chędożony punkt odniesienia.
Absurdalność
notatki sprawiła, że wybuchnąłem śmiechem. Przestraszone i spięte ciało, skłębione,
splątane myśli ustąpiły miejsca uczuciu odprężenia i rozładowania. Śmiech neutralizujący
toksyny nagromadzone w głowie i ciele czy narkotyk w chyba-kawie?
Notatka do detektywów. „Chędożony”. Szkolne
polecenia. Naprawdę mi odbiło. Popadłem w obłęd.
*
Zapach cynamonu,
moczu i curry. Nagle uczucie, że coś jest nie tak. Bardzo nie tak. Przecież straciłem
węch. I smak. Więc śniłem zapachy. Jakaś dziwna mieszanka. Już nic nie jest
normalne, żadnego oparcia, żadnej pewności, normalności, stałości,
oczywistości. Sen, jawa, przeszłość, teraźniejszość, wszystko się pomieszało,
zlało w jedno i… zniknęło. Drzwi się zamknęły. Czasami tylko, w przebłysku
świadomości, spoglądam przez dziurkę od klucza.
Otwieram oczy.
Wciąż potrafię widzieć! Leżę z policzkiem przytulonym do podłogi. Spałem.
Zemdlałem. Nie wiem. Nie mam zębów, mam guza. Ale to pamiątka po upadku pod
prysznicem. Teraz coś innego. Nie wiem. Jestem w kuchni. Tak, jestem w kuchni.
Chyba wciąż. Szybko, szybko, ostatnie wspomnienie, jaki to był dzień, co się
stało?
Podnoszę się z
parteru i mętnym wzrokiem ogarniam pomieszczenie. Wzrok zatrzymuje się na
stole. Kubek z resztką chyba-kawy i kartka papieru. Komiczna notatka.
Cóż, sam spróbuję rozwiązać śmieszne polecenia
swojego autorstwa.
Dodam
kominiarkę, noże i broń, otrzymam napad, rozbój, przestępczy epizod. Nawet
wyjaśnia to genezę piętna na korpusie – więzienny tatuaż, symbol przynależności
do jakiejś grupy, podpis, nowa, gangsterska tożsamość? Utrata węchu i zaniki
pamięci mogłyby być efektem jakiejś bójki. Trochę naciągane.
Dodam
zmywacz, utratę węchu i leki, otrzymam lekomanię. Widocznie zmywacz mi nie
wystarczał, sięgnąłem po leki, coraz mocniejsze, stąd utrata węchu, smaku,
zaniki pamięci. Znamię nie pasuje. Cóż. Nadprzyrodzone moce? Może okaleczyłem
się sam? Brzmi prawdopodobnie.
Jak
ma się jednak do tego wszystkiego owoc granatu?
Więzienie
czy nałóg? Przestępczy incydent? Śmiem powątpiewać. Uzależnienie? Nigdy nie
byłem silnym człowiekiem. Całkiem możliwe, że coś prawiło, że pękłem. Absurdalne,
ale będę się tego trzymał. Czegoś muszę. Spróbować walki z obłędem. Z niczym. Z
pustką, która rozciąga się dookoła.
Łyk
niby-kawy. Nagłe uczucie sprzeczności. Żółty sklep. Granat. „Newsweek”.
*
Ławka.
Okładka „Newsweeka”. Rozmazane, niewyraźne, przybliżone zdjęcie faceta w
kominiarce. Jego oczy. Moje oczy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)