środa, 31 października 2012

31.10.12

Długi czas czekałem na powiew, stęchłe powietrze dookoła obrażało moje nozdrza. Teraz wystarczy skupić się jedynie na uważnym rozkładaniu żagli, a powiew, czując się potrzebny z całą pewnością zacznie wiać coraz mocniej, i dmąc w czekające na niego z utęsknieniem żagle wprawi łódź w ruch. Niech łódź nie straci pędu. Niech niosą ją falę, niech oświetla ją Słońce. Łódź jest krucha, a port daleko.

wtorek, 30 października 2012

Granat odc. 3



Nie jestem lekomanem. Nie jestem ćpunem. Czy to powód do radości, kiedy, eliminując tę alternatywę, zyskuję pewność, że zostałem przestępcą? Jak? Dlaczego? Czy dowiem się tego kiedykolwiek?
            O co jednak chodzi z żółtym sklepem? Z owocem granatu? Zawsze nienawidziłem owoców egzotycznych. Co takiego, i gdzie, mogłem kupić za 69,99? W Biedronce? Lewiatanie? Kolporter mogę chyba wyeliminować, zakup był jeden, a reklamówka dosyć lekka, nabycie gazety za 69,99 wydaje się raczej wątpliwe. Spacer po galerii czy rekonesans w Internecie nie wchodzi w grę, boję się, że nagle znów znajdę się w innym wymiarze. Każde wyjście z próżni to chwila strachu i narastającego obłędu, jednak wybierając pomiędzy szaleństwem i pustką, wybieram szaleństwo.
            Jestem przestępcą. Gangsterem. Co zrobić? Jak dalej żyć z tą wiedzą?
            Nagle spokój. Uczucie odprężenia. Nieważne. Przecież prawie nie żyje. To nic nie zmienia. Wciąż zakręcony kran i gleba wciąż jałowa.


*      

            „Newsweek”. Okładka. Przed chwilą na nią patrzyłem. Była inna. Rozmazana. Gdzie podziały się moje oczy? Skąd nagle pojawił się na niej detektyw Rutkowski? Przecież… Wtem myśl. Oczywiście. Minął kolejny tydzień! Który?
            Obłęd. Coraz większy obłęd. Koniec z tym. Tylko śmierć może mnie ocalić. Wrzucam gazetę do kosza i podnoszę się  z ławki. Koniec. Definitywnie.

*      

            Czerń. Wszędzie dookoła czerń. Tak więc wygląda koniec. Ja i mrok? To zbyt banalne. Przecież tylko podjąłem decyzję. Co z tego, skoro na nic nie mam wpływu, wszystko dzieje się samo, drzwi do pokoju, w którym toczy się moje życie są zamknięte, pozostaje zerkanie przed dziurkę od klucza. Ziemia pamięci wciąż pozbawiona deszczu. Czy już na zawsze? Tak skończę? W pokoju bez klamek, odziany w kaftan? To zbyt banalne. Podobnie jak mrok dookoła.
            Nagle gdzieś z nieba światło, manna. Coś na mnie upada. Coś śmierdzącego. Próbuję się poruszyć. Jestem przyklejony. Znienacka ból i więcej swobody ruchu. Leżę w zaschniętej kałuży krwi. Znowu ciemność.

*      

            A jednak, nie umarłem. Siedzę oparty plecami o zielony kontener na śmieci. Mam na sobie czerwoną koszulę. Koszulę!? Dlaczego noszę koszulę, skoro ich nienawidzę? Czerwoną?! No tak. To zaschnięta krew.
            Gdzie ja w ogóle jestem? Co robiłem w kontenerze? Jak z niego wyszedłem? Co to za zaułek? Kim jestem? No tak. Gangsterem. Pewnie jakieś porachunki.
            Chwila. Coś nie tak. Ta krew bynajmniej nie jest zaschnięta. Świeża wciąż wypływa. I to w jakiej ilości! Ubrania przesiąknięte, dookoła wielka kałuża. Wykrwawiam się. Dlaczego? Skąd?

*     

            Ciemność. Noc. Światła latarni oświetlają mokry chodnik. Pada deszcz, a ja dokądś idę. Dokąd? Nie wiem. Idę dalej, wciąż przed siebie, póki nie muszę skręcić. Lewo? Prawo? Co za różnica.
             Nagle potykam się o szczerbę w chodniku. Nóż wypada mi z rękawa i z pluskiem wpada do studzienki ściekowej. Staję. Nasłuchuję. Pusto. Cicho.

*     

Próba podniesienia się z ziemi, oddalenia się od zakrwawionego placu wokół kontenera. Wtem ogłuszający ból. Piętno pulsuje. Cierpienie otępia zmysły, których jeszcze nie straciłem. Chwila zaćmienia. O dziwo, stoję na nogach i idę przed siebie. Pulsowanie się wzmaga.

*      

            Mrok i deszcz. Zamroczony stoję w deszczu. Rozglądam się. Ciemność. Ani jednego źródła światła w zasięgu wzroku. Nagle dreszcz. Zimno przenika ciało. Huk. Coś upadło.
            Łopata, którą trzymałem w ręku. W drugiej mam jakąś szmatę, a na głowie kominiarkę. Robię krok, chcąc podnieść narzędzie, które upuściłem. Tracę równowagę. Upadam. Wpadam do dołu. Na jego dnie coś… włochatego?!

poniedziałek, 29 października 2012

29.10.12

W głowie tak dawno niewypowiadane, niepomyślane, a tak upragnione słowa Wieszcza:

Lekko mi! rzeźwo! lubo! wiem, co to być ptakiem!

Czy jak Faust zgodziłbym się oddać duszę po wypowiedzeniu słów: "trwaj piękna chwilo"? Czy postrzegam życie jako nieustanny pęd faustyczny? Wierzę, że poszukiwanie ważniejsze jest od znalezienia, że droga jest szczęściem, nie przystań. Błądzę więc i uśmiecham się do kamieni zwątpienia znajdujących się na mojej ścieżce, rzek zniechęcenia ją przecinających. I podążam przed siebie, czasami padam jak długi łapiąc oddech i po prostu spoglądam w niebo, wiedząc, że tylko w ten sposób mogę podarować sobie odrobinę szczęścia i doświadczyć błogości, i gdyby w tym miejscu droga moja się skończyła, nie byłbym przegrany. Bo jedna tylko jest potęga zdolna porażkę stworzyć i usankcjonować, a potęgą tą jest jej podmiot.

środa, 24 października 2012

24.10.12

Chwilowo porzucając Pessoę, na kim mógłbym skupić wzrok?

Charles Bukowski. Niezwykle trzeźwy alkoholik. Przedstawiciel Beat Generation. Naprawdę? Jaki tam przedstawiciel, ruch ruchem, nihil novi sub solo, kolejne stracone pokolenie, jak każde, nie ma "wygranych" , bo i cóż by to mogło oznaczać? Powrót do raju?
Genialny poeta, powieściopisarz. Cóż więcej? Chciałoby się cytować, cytować, cytować, przepisywać i zagłębiać się wciąż od nowa w owoce jego pracy, smakować je i przetrawiać gruntownie, gruntownie, niewiele jest do wydalenia. Ograniczę się jednak do dwóch wyjątków z powieści. Zacznę od tego pochodzącego z "Kobiet":

Pociągają mnie nie te rzeczy, co trzeba: lubię pić, jestem leniwy, nie mam boga, polityki, idei ani zasad. Jestem mocno osadzony w nicości, w swego rodzaju niebycie, i akceptuję to w pełni. Nie czyni to ze mnie osoby zbyt interesującej. Nie chcę być interesujący, to zbyt trudne. Pragnę jedynie miękkiej, mglistej przestrzeni, w której mogę żyć, i jeszcze żeby zostawiono mnie w spokoju.


i skończę na poniższym, pochodzącym z powieści "Ham on rye". Wciąż odnosi się on do mnie.
[ Po namyśle dopisuję w kwadratowym, a co mi tam, nawiasie, że przecież wszystko, co tutaj zamieszczam, odnosi się do mnie lub mojego kreatora. Wiem, że jestem tworzycielem (nieustannym, nieprzerwanym; nie stworzycielem raz na zawsze) siebie samego. Wierzę także wciąż (więcej: wiem, że on istnieje) w istnienie innego kreatora, lecz pytam go: dlaczego stworzył mnie takim, jakim jestem? Czy jestem jego odbiciem? Dlaczego nie wyidealizowanym obrazem, tylko szkicem lęków i obaw ukrytych i jawnych? Czy jego to wina, czy moja? Czy wspólna? ]
Kolejny raz mój manuskrypt został odrzucony. Rozpacz szarpie me serce, życie stoi w miejscu. Jak zaczerpnąć powietrza, gdy ciało przykrył szczelny klosz porażek? Dzienniczku mój, uściśnij moją dłoń i przeprowadź mnie przez zły świat, ku kolejnej dacie na twych stronicach.
Wracając do głównego wątku dzisiejszego wpisu, oto wspomniany fragment z "Ham on rye":

Na samą myśl, że muszę kimś zostać, ogarniał mnie nie tylko strach, ale wręcz mdłości. Nie mogłem znieść myśli, że zostanę prawnikiem, radnym, inżynierem czy czymś takim. Ożenię się, będę miał dzieci, dam się złapać w strukturę rodzinną. Codziennie będę chodził do pracy i wracał. Niemożliwa sprawa. 

Jak trudno skomentować, jak trudno stawić czoła, jak chciałoby się uciec od tych czy innych słów Bukowskiego. Naga, okrutnie naturalistyczna, bezlitosna prawda budząca głębokie lęki, szarpiąca z trudem zasklepione blizny powstałe przy nieuważnym zadraśnięciu się ostrzejszą niż codzienną, stępiałą myślą.

niedziela, 21 października 2012

Prosty wiersz-korkociąg



Prosty wiersz-korkociąg


Prosta nieskomplikowana prostota
chleb powszedni kiełbasa zwyczajna
nic nowego strata czasu
niewymagające wersy nieambitne strofy
kolejne déjà vu

po prostu ominąć ten cały początek
i zacząć wszystko od końca
do szczęścia prosto i w lewo

wydeptywać wciąż te same ścieżki
wjechać na rondo i wciąż krążyć w kółko
kulturze masowej podać świat na tacy
zamiast porzucić windę i wejść schodami
nie każdy zje wisienkę z elitarnego tortu

po prostu ominąć ten cały początek
i zacząć wszystko od końca
do szczęścia prosto i w lewo

sobota, 20 października 2012

20.10.12

Pessoa? Pochylać nad nim można się w nieskończoność, nigdy nie długo, nigdy nie kończąc, nie zbliżając się nawet do końca początku obcowania z nim. Cóż więc czynić z "piętą", "stagnacją", kolejnym "slow day moving into a slow night"? 

Niespodziewanie dla siebie odpowiadam sobie - zasadzić drzewo. Nie tylko wykopać trochę ziemi i włożyć tam kawałek patyka z niemym okrzykiem: "Niech rośnie!" Nie. Najpierw - ściąć jedno, może dwa smutne już wiekiem i owocowaniem drzewa. Później uprzątnąć teren, nie do końca jednak, nieważne, co uczynimy, korzenie zostaną. Jest jesień. Trzeba więc chłonąć nozdrzami zapach jabłek i orzechów, słońca i  liści, ziemi i powietrza, tego tak różnego nie składem, lecz właściwościami od samego siebie. Trzeba zgrabić liście. Przyciąć to i tamto. I, na koniec już, to, co najważniejsze, to, co ukoronowaniem, by zamknąć łańcuch niepozytywny "ściąć - przyciąć" ogniwem pozytywnym "stworzyć". By nie zachwiać żadnej równowagi, by nie być skrajnym, by nie przechylać szali na stronę destrukcji, by nasze destrukcyjne działanie nie dosięgło swoją destrukcyjną mocą nas samych. Palenie mostów z rozwagą, jedynie tych przerzuconych opodal brodu. 

Zapach słońca, tego, które przez cały rok jedynie świeci, nie wiadomo dlaczego tylko o tej porze, jesienią, pachnie! Pozostaje rozkoszować się zapachem, patrząc na wątły kształt młodego drzewka, wierząc, że w przyszłości potężny trzon będzie kosturem dającym oparcie, rozłożysta korona kapeluszem chroniącym przed zbyt nachalnymi promieniami, owoce wspomnieniami kładącymi się na języku słodkim posmakiem. Patrzę więc i pracowicie wentyluje płuca, pochłaniam ciepło złotego blasku, w ręku trzymam co jakiś czas podnoszony do ust świeży sok, owoc wysiłku całego roku, w głowie mam jedynie trwająca chwilę i wersy autorstwa Lucille Clifton:

come celebrate
with me that everyday
something has tried to kill me
and has failed.

Odczytuje sam sobie własną metaforę, próbuje ją przeniknąć, zrozumieć. Jak blisko są rozwiązania, jak nieukryte!

czwartek, 18 października 2012

Granat odc. 2



„Newsweek”. Pięć złotych. Wciąż jestem na tej ławce. To chyba wciąż ten poniedziałek. Strzępy miejsc, które przemknęły przez moją głowę, to były wspomnienia. To muszą być wspomnienia, muszą mieć wspólny mianownik, muszę ułożyć te puzzle i sprawić, by rzeka mojej świadomości popłynęła znów jednostajnym strumieniem. Znaleźć jej źródło.
Zawsze uwielbiałem oglądać okładki czasopism. Studiowałem dokładnie każdy szczegół ludzkich twarzy, miejsc czy przedmiotów, które się na nich pojawiały. Być może dlatego zdziwiła mnie niewyraźność okładki najnowszego wydania gazety, którą trzymałem w ręku. Wciąż jednak nie mogę uwierzyć, że naprawdę była na niej twarz. Nie byle jaka twarz. Ta twarz.
 Ten facet. Jego oczy. Moje oczy.

*      

Kuchnia. Kawa. Chyba. Równie dobrze może to być coca-cola czy czernina, bez różnicy, i tak straciłem węch oraz smak. To już dwa zmysły. Który będzie następny? Dotyk? Wzrok? Słuch? Szóstego zmysłu nigdy nie miałem. Czy gdy następnym razem stanę twarzą w twarz z rzeczywistością, będę widział otaczający mnie świat, słyszał jego odgłosy? Jaką rzeczywistością? Czy istnieje jakakolwiek rzeczywistość? Jestem taki zagubiony. Nie mam nawet pewności, czy istnieję, czy śnię, czy egzystuję w przeszłości oglądając własne wspomnienia, czy tkwię w tu i teraz? Czy świat i życie nie jest tylko złudą?
Uśmiechnąłem się na myśl, jak wielu filozofów roztrząsało to zagadnienie i wysnuwało niezwykle zawiłe twierdzenia, mające udowodnić realność istnienia fizycznego świata. Te abstrakcyjne wywody jajogłowych zawsze wydawały mi się niezwykle bezsensowe, bezcelowe, wręcz absurdalne. Teraz najchętniej przekopałbym wszystkie biblioteki świata próbując porównać i zrozumieć te bzdurne rozmyślania. Może pomogłyby mi się odnaleźć. W czym? Nie wiem. Po prostu odnaleźć. Odnaleźć coś, w czym mógłbym się odnaleźć.
Strach przyćmił mój umysł, już i tak wystarczająco przyćmiony, niemal zgaszony, przez coś nieokreślonego, nieznanego, tajemniczego i przerażającego. Przez coś.
Łyk chyba-kawy. Wzrok pada na jakąś kartkę. Moje pismo. Coś pisałem. Ciekawe, jak długo tak tu siedzę nad tą chyba-kawą. Jaki dzisiaj dzień? Ma to jakieś znaczenie? Czas już dawno przestał dla mnie istnieć. Nie tylko on. Ja sam przestałem istnieć dla siebie.

Sherlocku Holmesie, Herculesie Poirocie, Adrianie Monku, szanowny panie Krzysztofie Rutkowski, posłuchajcie:
Zaniki pamięci. Owoc granatu. Kominiarka. Zmywacz. Utrata węchu. Pies tańczący z kotem wyrysowany nożem na klatce piersiowej. Zakupy w żółtym sklepie. Sklep z bronią. Supermarket, noże w wózku. Apteka, dwie torby leków.
1.      Uporządkuj chronologicznie. 
2. Znajdź wspólny mianownik. Klej do sklejenia odłamków. Chędożony punkt odniesienia.

Absurdalność notatki sprawiła, że wybuchnąłem śmiechem. Przestraszone i spięte ciało, skłębione, splątane myśli ustąpiły miejsca uczuciu odprężenia i rozładowania. Śmiech neutralizujący toksyny nagromadzone w głowie i ciele czy narkotyk w chyba-kawie?
 Notatka do detektywów. „Chędożony”. Szkolne polecenia. Naprawdę mi odbiło. Popadłem w obłęd.

*      

Zapach cynamonu, moczu i curry. Nagle uczucie, że coś jest nie tak. Bardzo nie tak. Przecież straciłem węch. I smak. Więc śniłem zapachy. Jakaś dziwna mieszanka. Już nic nie jest normalne, żadnego oparcia, żadnej pewności, normalności, stałości, oczywistości. Sen, jawa, przeszłość, teraźniejszość, wszystko się pomieszało, zlało w jedno i… zniknęło. Drzwi się zamknęły. Czasami tylko, w przebłysku świadomości, spoglądam przez dziurkę od klucza.
Otwieram oczy. Wciąż potrafię widzieć! Leżę z policzkiem przytulonym do podłogi. Spałem. Zemdlałem. Nie wiem. Nie mam zębów, mam guza. Ale to pamiątka po upadku pod prysznicem. Teraz coś innego. Nie wiem. Jestem w kuchni. Tak, jestem w kuchni. Chyba wciąż. Szybko, szybko, ostatnie wspomnienie, jaki to był dzień, co się stało?
Podnoszę się z parteru i mętnym wzrokiem ogarniam pomieszczenie. Wzrok zatrzymuje się na stole. Kubek z resztką chyba-kawy i kartka papieru. Komiczna notatka.
Cóż, sam spróbuję rozwiązać śmieszne polecenia swojego autorstwa.
            Dodam kominiarkę, noże i broń, otrzymam napad, rozbój, przestępczy epizod. Nawet wyjaśnia to genezę piętna na korpusie – więzienny tatuaż, symbol przynależności do jakiejś grupy, podpis, nowa, gangsterska tożsamość? Utrata węchu i zaniki pamięci mogłyby być efektem jakiejś bójki. Trochę naciągane.
            Dodam zmywacz, utratę węchu i leki, otrzymam lekomanię. Widocznie zmywacz mi nie wystarczał, sięgnąłem po leki, coraz mocniejsze, stąd utrata węchu, smaku, zaniki pamięci. Znamię nie pasuje. Cóż. Nadprzyrodzone moce? Może okaleczyłem się sam? Brzmi prawdopodobnie.
            Jak ma się jednak do tego wszystkiego owoc granatu?
            Więzienie czy nałóg? Przestępczy incydent? Śmiem powątpiewać. Uzależnienie? Nigdy nie byłem silnym człowiekiem. Całkiem możliwe, że coś prawiło, że pękłem. Absurdalne, ale będę się tego trzymał. Czegoś muszę. Spróbować walki z obłędem. Z niczym. Z pustką, która rozciąga się dookoła.
            Łyk niby-kawy. Nagłe uczucie sprzeczności. Żółty sklep. Granat. „Newsweek”.

*      
           
            Ławka. Okładka „Newsweeka”. Rozmazane, niewyraźne, przybliżone zdjęcie faceta w kominiarce. Jego oczy. Moje oczy.