środa, 5 listopada 2014

05.11.14

Zanim wyjaśnię swoją awersję do publicznego transportu rzucę jakiegoś Bukowskiego, bo cóż poza Pessoą bardziej odpowiedniego na nostalgiczne kolory melancholijnego zmierzchu roku, kiedy zapadający zmrok powoduje ogólnoustrojową acedię i transcendentalny weltschmerz?
Kartkuję więc Kobiety, Faktotum, Z szynką raz!, inne powieści, kolejne opowiadania, lecz na dłużej zatrzymuję się dopiero przy wyborze wierszy z lat 1951-1993, zatytułowanym, jakże odpowiednio, The Pleasures of the Damned.
I gdzież podziały się moje przyjemności? Jakże, przeklętym będąc, takowe czerpać, z czego zaczerpnąć? Ano, nic prostszego jak pojechać piramidą Maslowa, wziąć się i spocić, ułamek tlenu zaczerpnąć przy kolejnym papierosie, morze alkoholu utopić w kilku kroplach wody, odespać bezsenne noce nadchodzącej starości, posiłek przerwać kolejnym posiłkiem, krzyknąć i patrzeć jak w przepaść leci lawina nienaglących potrzeb. Wyżej nie ma się już co wspinać. Koniec końców niczym innym jest każda piramida jak, ni mniej, ni więcej, grobowcem.

the pleasures of the damned
the pleasures of the damned
are limited to brief moments
of happiness:
like the eyes in the look of a dog,
like a square of wax,
like a fire taking the city hall,

the county,
the continent,
like fire taking the hair
of maidens and monsters;
and hawks buzzing in peach trees,
the sea running between their claws,
Time
drunk and damp,
everything burning,
everything wet,
everything fine.

owych brief moments o tej porze nijak uświadczyć, a nawet gdy, wciąż wyczekiwane, przyjdą, jak powieki wytrenować, by niewczas nie mrugnąć? 
nieważne; przecież i tak są one limited, jak i wszystko: czas, przestrzeń, my, cóż dopiero owe pleasures.

A teraz przejście do drugiej części dzisiejszej trylogii, następuje przekazanie głosu Miłoszowi:

Tendresse. Wolę to słowo niż polskie czułość. Kiedy ściska w gardle, dlatego że istota, na którą patrzę, jest tak bardzo krucha, ranliwa, śmiertelna, wtedy tendresse.
Esse

Przyglądałem się tej twarzy w osłupieniu. Przebiegały światła stacji metra, nie zauważałem ich. Co można zrobić, jeżeli wzrok nie ma siły absolutnej, tak żeby wciągał przedmioty z zachłyśnięciem się szybkości, zostawiając za sobą już tylko pustkę formy idealnej, znak, niby hieroglif, który uproszczono z rysunku zwierzęcia czy ptaka? Lekko zadarty nos, wysokie czoło z gładko zaczesanymi włosami, linia podbródka - ale dlaczego wzrok nie ma siły absolutnej? - i w różowawej bieli wycięte otwory, w których ciemna błyszcząca lawa. Wchłonąć tę twarz, ale równocześnie mieć ją na tle wszystkich gałęzi wiosennych, murów, fal, w płaczu, w śmiechu, w cofnięciu jej o piętnaście lat, w posunięciu naprzód o trzydzieści lat. Mieć. To nawet nie pożądanie. Jak motyl, ryba, łodyga rośliny, tylko rzecz bardziej tajemnicza. Na to mi przyszło, że po tylu próbach nazywania świata umiem już tylko powtarzać w kółko najwyższe, jedyne wyznanie, poza które żadna moc nie może sięgnąć: ja jestem - ona jest. Krzyczcie, dmijcie w trąby, utwórzcie tysiączne pochody, skaczcie, rozdzierajcie sobie ubrania, powtarzając to jedno: jest! I po co zapisano stronice, tony, katedry stronic, jeżeli bełkocę, jakbym był pierwszym, który wyłonił się z iłu na brzegach oceanu? Na co zdały się cywilizacje Słońca, czerwony pył rozpadających się miast, zbroje i motory w pyle pustyń, jeżeli nie dodały nic do tego dźwięku: jest?
Wysiadłem na Raspail. Zostałem z ogromem rzeczy istniejących. Gąbka, która cierpi, bo nie może napełnić się wodą, rzeka, która cierpi, bo odbicia obłoków i drzew nie są obłokami i drzewami.

Brie-Comte-Robert, 1954