Więc idę ulicą. Nie jest to ryta w skale czy pisana po ścianie ulica, nie jest to w zimnych murach przepisywana czy w niebo wzbijająca się ulica, nie jest to ulica-manifest uliczności, nie jest to ulica czująca swój rychły koniec ani ulica pełna latarni, nie jest to nadulica przeznaczona dla lepszych podeszw oraz kół niż moje czy jakichkolwiek innych śmiertelników, nie jest to ulica-symbol, nie jest też rozmazana ani rozmyta ani ze snu ani nie jest wizją, nie składa się z nieprzystających do siebie elementów, choć brak jej harmonii i nieobecny jest w jej mikroświecie dialog wszystkich ulic i uliczek świata, i przede wszystkim nie jest to zwykła ulica, która mogłaby znajdować się w każdym zwykłym mieście w każdym zwykłym miejscu każdego, nie tylko zwykłego, świata.
Jest ona pusta, choć kątem oka dostrzegam mrowie niewyraźnych twarzy za szybami sklepów i restauracji, jest ona pusta, choć nieomal taranuje ludzi nieświadomie przecinających linie mego kroku. Oni nie są ważni, ważna jest ulica. Jest ona tylko dla mnie, czuje mnie, choć ja jej nie czuję. Brak jej rytmu i tętna, i nie tyle rażą odrapane, nieodnowione mury, co w ruinę popadające zgliszcza niewczas zaczętych inwestycji.
Lecz jest to moja ulica. Krok mój lekki, nie pierwszy już dokonany w chmury, umysł mój przejrzysty. Wchodzę do ulubionej kawiarni, jeszcze bez dachu i szyb w oknach, zasiadam na ulubionym krześle i zamawiam w lustrze ulubioną kawę. Niosę ją sobie, podaje do rąk własnych, gdyż brak jeszcze stołu i odchodzę za zakurzony kontuar. Zbliżam gorący, świeżo zmielony przeze mnie napar do ust, lecz go nie piję. Przez nos głęboko wciągam powietrze, w którym wirują drobinki pyłu, kurzu, trocin i innych substancji, których, krótkowidz, dostrzec jeszcze nie potrafię lub których, niewtajemniczony, jeszcze nie znam. Lecz jest to powietrze na wskroś prześwietlone Słońcem. Lecz najbardziej wyraźnie i wyraziście czuję przenikający mnie do głębi pobudzający zapach kawy.
Wciąż trzymam w ręku filiżankę, rozkoszując się chwilą. Pora w końcu ją przechylić i wychylić dostojnym łykiem, lecz dopada mnie wątpliwość, czy esencją tego napoju nie jest przypadkiem zapach, a nie smak pozostawiający na zębach zabijający biel nalot.
Ulica jest jeszcze senna, orzeźwiająca nuta ginie w nieprzezroczystym powietrzu, a może zostaje bezpowrotnie i bezowocnie wchłonięta przez moje nozdrza.
Sieć ulic tego miasta, tego świata bez jednej jedynej, tej czy innej, pojedynczej nitki istnieć może, lecz istnieć nie ma sensu. Tłusta mucha, za którą w pogoni pająk przędzie nitka za nitką sieć swoją, przeleci przez twór nieszczelny, niegotowy na jej przyjęcie, powodując upadek pająka na ziemię i jego śmierć wskutek uderzenia, ran lub głodu.