czwartek, 28 lutego 2013

28.02.13

Więc idę ulicą. Nie jest to ryta w skale czy pisana po ścianie ulica, nie jest to w zimnych murach przepisywana czy w niebo wzbijająca się ulica, nie jest to ulica-manifest uliczności, nie jest to ulica czująca swój rychły koniec ani ulica pełna latarni, nie jest to nadulica przeznaczona dla lepszych podeszw oraz kół niż moje czy jakichkolwiek innych śmiertelników, nie jest to ulica-symbol, nie jest też rozmazana ani rozmyta ani ze snu ani nie jest wizją, nie składa się z nieprzystających do siebie elementów, choć brak jej harmonii i nieobecny jest w jej mikroświecie dialog wszystkich ulic i uliczek świata, i przede wszystkim nie jest to zwykła ulica, która mogłaby znajdować się w każdym zwykłym mieście w każdym zwykłym miejscu każdego, nie tylko zwykłego, świata.
Jest ona pusta, choć kątem oka dostrzegam mrowie niewyraźnych twarzy za szybami sklepów i restauracji, jest ona pusta, choć nieomal taranuje ludzi nieświadomie przecinających linie mego kroku. Oni nie są ważni, ważna jest ulica. Jest ona tylko dla mnie, czuje mnie, choć ja jej nie czuję. Brak jej rytmu i tętna, i nie tyle rażą odrapane, nieodnowione mury, co w ruinę popadające zgliszcza niewczas zaczętych inwestycji.
Lecz jest to moja ulica. Krok mój lekki, nie pierwszy już dokonany w chmury, umysł mój przejrzysty. Wchodzę do ulubionej kawiarni, jeszcze bez dachu i szyb w oknach, zasiadam na ulubionym krześle i zamawiam w lustrze ulubioną kawę. Niosę ją sobie, podaje do rąk własnych, gdyż brak jeszcze stołu i odchodzę za zakurzony kontuar. Zbliżam gorący, świeżo zmielony przeze mnie napar do ust, lecz go nie piję. Przez nos głęboko wciągam powietrze, w którym wirują drobinki pyłu, kurzu, trocin i innych  substancji, których, krótkowidz, dostrzec jeszcze nie potrafię lub których, niewtajemniczony, jeszcze nie znam. Lecz jest to powietrze na wskroś prześwietlone Słońcem. Lecz najbardziej wyraźnie i wyraziście czuję przenikający mnie do głębi pobudzający zapach kawy. 
Wciąż trzymam w ręku filiżankę, rozkoszując się chwilą. Pora w końcu ją przechylić i wychylić dostojnym łykiem, lecz dopada mnie wątpliwość, czy esencją tego napoju nie jest przypadkiem zapach, a nie smak pozostawiający na zębach zabijający biel nalot. 
Ulica jest jeszcze senna, orzeźwiająca nuta ginie w nieprzezroczystym powietrzu, a może zostaje bezpowrotnie i bezowocnie wchłonięta przez moje nozdrza.

Sieć ulic tego miasta, tego świata bez jednej jedynej, tej czy innej, pojedynczej nitki istnieć może, lecz istnieć nie ma sensu. Tłusta mucha, za którą w pogoni pająk przędzie nitka za nitką sieć swoją, przeleci przez twór nieszczelny, niegotowy na jej przyjęcie, powodując upadek pająka na ziemię i jego śmierć wskutek uderzenia, ran lub głodu.

wtorek, 26 lutego 2013

Moja mała iluminacja



Moja mała iluminacja


pewnego kolejnego szarego dnia
chciałem klarownie wiedzieć kto ja
po co ja
chciałem by tamten dzień był dniem
mojej małej iluminacji

więc w końcu szczerze sobie przyznałem
(cóż dość często rozmawiam ze sobą
choć i tak wydaję mi się że zbyt rzadko)
wiesz że masz talent nie zmarnuj go

więc wybrałem jedną drogę
na której zatrzymać się z której zboczyć
mimo że ciężka jest bezwzględną porażką

więc pogwizdując już się pakowałem
zerkając czasami za okno za którym
słońce świeciło choć raz tak czułem
tylko dla mnie
że moja droga – tylko moja
że iść nią mogę – tylko ja

więc pogwizdując z domu przeszłości wyszedłem
myśląc ta droga jest moim teraz i później
nigdy więcej domu nigdy więcej hotelu
iść wiedząc że już zawsze droga
nie wiedząc co za nią istotna tylko ona

więc pogwizdując zatrzasnąłem przekręciłem drzwi
już miałem wyrzucić klucz takie spalenie mostów
lecz widzę plecak nie dał rady
wypadł z niego cały bagaż
odpadło dno

więc zapłakałem ja nigdy ja nigdy
z takim bagażem nie wyruszę w drogę
gdy puściły szwy z plecaka wypadły
moje obawy lęki słabości strach
(ten tępy najemnik który bije swojego najemcę
głupi kto go wynajmie)

więc rzucił się na mnie obił mi mordę
jak ja się teraz ludziom pokaże
przecież nie pójdę na policję nie pójdę do lekarza
wiem jaką łatkę by mi przylepili
boi się wyjść z domu nawet gdy usiłuje
założyć plecak trzęsą mu się ręce
nie sypia nie jada rozbiegane oczy nieobecny
pewnie choć nie powinien czytał Wertera
albo uwierzył w jakieś boskie posłannictwo
nieważne po prostu trzeba go zamknąć
jego naturalnym środowiskiem białe ściany
pokoje bez klamek

więc już milcząc wróciłem do domu
jeszcze w nim trochę pomieszkam
zanim za sobą spalę jakiś most

piątek, 22 lutego 2013

22.02.13

Walentynki przemilczane.
Czy powinienem pokusić się o gruntowną analizę własnych uczuć? Z serca głęboko wydobyte wyznanie? Z duszy wyszarpany banał?
Cóż, kocham siebie i jestem sobie winien, aby każdy dzień uczynić dla obiektu mych uczuć dniem najwspanialszym. Ciężka to praca, bez odpoczynku w święta, nie wspominając weekendów. Lecz czy praca będąca przyjemnością, rozwijająca i pasjonująca, zrywająca każdego poranka z łóżka wciąż pozostaje pracą? Czy jest to już życie, czyste życie, jego sens i cel, jego nobilitacja? Miłość jako uczucie najwyższe nadające życiu rację bytu? Nawet ta egoistyczna? Przede wszystkim ona.

***

Wiele przemilczane. Czy może raczej: nic nienapisane?
Lecz co pisać? Intrygujące pytanie. Jasne, jasne, wszystko, lecz jak wybrać? Co warunkuje wybór, czy jakikolwiek zewnętrzny czynnik? Napisał Miłosz "W Warszawie" w Krakowie, lecz czy tak wygląda odpowiedź?

***

Idę ulicą.

piątek, 15 lutego 2013

Z Tobą



Z Tobą


A z Tobą to ja bym pojechał na Syberię
Zostawił gdzieś za sobą Moskwę
Choć nie gnał zaraz na Kamczatkę

I byłbym Ci ramieniem
Przed mrozem wiatrem dzikim zwierzem
I co tam jeszcze straszne
Na tej Syberii i na świecie.

niedziela, 10 lutego 2013

10.02.13

Jest we mnie kraj, ojczyzna myśli mojej, jest we mnie kraj, hermetyczny, z zamkniętymi szczelnie granicami, na których sam raz po raz szlabany muszę wyłamywać. Tam dążę, lecz nieustannie wypychany bądź może sam się wypychający, stamtąd uciekam, zalękniony o cumę łączącą ów kraj z moim powszednim wybrzeżem, moim codziennym portem, moim chybaistniejącym miastem, w domyśle portowym, moim moim-niemoim województwem, moim jarzącym się blaskiem szarozłotym (K)rajem, moim perfekcyjnie i perfidnie okrągłym światem.
Codzienna obserwacja prognoz pogody. Nie czas na spalanie cumy, gdy są one niejednoznacznie niepewne, a własna moja pogoda, nie żadnego ducha, nie daje gwarancji.
Więc potajemnie, nocami, zakradam się na pokład statku myśli mojej i dryfuję, poddaje się kołysaniu, pragnąc się ukołysać. Lecz czym jest łódź, która nieużywana stoi przy brzegu? Czy dać może ukołysanie, czy dać może przekołysanie?
Obskurny, krzykliwy port, bez wyjaśnienia i powodu, wabi. Cóż, jest magnesem, a więc przyciągać musi. Zaaferowany jego czarem, zaniedbuje to, co motywuje jego istnienie - statek głaskany delikatnymi falami, drzemiący u brzegu, czekający nie na Godota, lecz, mam nadzieję, wciąż na mnie.

niedziela, 3 lutego 2013

kochać

kochać


nie za lecz pomimo
nie uciekać przebrnąć wiedzieć
antyrozczarowaniowy zastrzyk
zaaplikowany przypadkiem
lęk sprawia że to zawsze jest przypadkiem
ochroni przed skrzepem w żyle życia
lub wykrwawi nas na śmierć
nim zaczniemy żyć