Rok się kończy, trochę niespodziewanie każdy dzień stał (lub jeszcze stanie) się rzeczywistością. Cóż, że liczyłem na koniec świata. Cóż, że postawiłem na egoizm, nie ustępując miejsca w przepełnionym autobusie. Czy w ten sposób utraciłem człowieczeństwo? Przynajmniej majątku nie przepuściłem, choć jedynie dlatego, że nie posiadam. Pragnienia i marzenia pozostały niespełnione, dryfujące w przestrzeni bez najmniejszego kontaktu z rzeczywistością, nie tknięte patykiem usiłowań wcielenia w życie. To takie dołujące, lecz cóż pozytywnego można powiedzieć w związku z końcem świata, którego nie było, a raczej był, ale zupełnie abstrakcyjny? Co z wyzwolonymi pokładami zła? Jak w 2013 wsiądę do autobusu? Czy znajdę w sobie śmiałość? Czy się odważę? Jak spojrzę w oczy tym wszystkim anonimowym ludziom? Czy wyczytam w ich twarzach, że oni o tym wiedzą?
To straszne, że można być takim egoistą. Całe szczęście, nie dla mnie. Ja na skonstatowany fakt macham egoistycznie ręką.
sobota, 29 grudnia 2012
wtorek, 25 grudnia 2012
25.12.12
Końca świata, na który po cichu liczyłem nie było. Co robiłem (poza zaniedbaniem, porzuceniem bloga) przygotowując się do niego? Pozwolę sobie posłużyć się cudzym "Sprawozdaniem z poczynionych postępów", tj. wierszem A.R. Ammonsa w tłum. S. Barańczaka:
Nie huknąłem, nie zniknąłem, nie huknęło i świat nie zniknął. Życie w cieniu apokalipsy ma w sobie jednak coś przytłaczającego, coś, co sprawia pewnego rodzaju obojętność na zwykłe, przyziemne, codzienne rzeczy. Pięknie ujęła to Emily Dickinson (tłum. S. Barańczak):
W tym wypadku jednak "Robotą" jest raczej ostateczny, rozpaczliwy zryw w celu wyciśnięcia życia do ostatka, do ostatniej kropli. Może on przybierać różnorodne formy. Jaką formę przyjął w moim przypadku? Powiem wkrótce.
Tymczasem - Wesołych Świąt!
Zajmuję się
teraz rzeczami
tak małymi
że kiedy na nie
huknę Hu!,
to znikam
Nie huknąłem, nie zniknąłem, nie huknęło i świat nie zniknął. Życie w cieniu apokalipsy ma w sobie jednak coś przytłaczającego, coś, co sprawia pewnego rodzaju obojętność na zwykłe, przyziemne, codzienne rzeczy. Pięknie ujęła to Emily Dickinson (tłum. S. Barańczak):
Nie dbałam o brak mniejszych Rzeczy.
Jeśli nie zaszło nic większego
Niż Rozpad Słońca - Ostateczny
Kataklizm Globu - nic nie było
Tak wielkie - abym - na wieść o tym -
Podniosła z Ciekawości Czoło
Sponad Roboty
W tym wypadku jednak "Robotą" jest raczej ostateczny, rozpaczliwy zryw w celu wyciśnięcia życia do ostatka, do ostatniej kropli. Może on przybierać różnorodne formy. Jaką formę przyjął w moim przypadku? Powiem wkrótce.
Tymczasem - Wesołych Świąt!
niedziela, 25 listopada 2012
Wiersz z myślnikiem i przecinkiem
wiersz z
myślnikiem i przecinkiem
zanurzam się w
wodzie
choć zanurzając
się czuję chłód
choć czasem
przyjemny chłód
choć - jest jednak chłodem
choć wiem że
wynurzając się
chłód poczuję
dotkliwszy choć
chłodu pożar
przemknie na wskroś
choć et cetera, zanurzam
się
pływam
piątek, 23 listopada 2012
23.11.12
Dziennik lada moment stanie się miesięcznikiem. Może jednak mu na to nie pozwolę. Może jednak zadbam o niego. Porównując go do własnego samochodu: nie musi bić rekordów prędkości, wystarczy, aby nie rdzewiał i dobrze mi służył, przenosząc bezpiecznie moje myśli z miejsca na miejsce, a wspomnienia i refleksje pozwalał upchać w bagażniku (dziennik-samochód wersja combi, oczywiście), niekoniecznie ułożone i uporządkowane, może nawet obijające się o siebie i mieszające. Bagażnik garnkiem mojego podróżnego, gotowanego między kolejnymi odwiedzanymi miejscami eklektyzmu. Cóż, trzeba jednak podróżować. Od początku. Od źródeł. Grecja. Lecz nie ta antyczna, ale - nowożytna. Konstantinos Kawafis.
Che fece... il gran rifiuto
Dla niektórych ludzi przychodzi taka godzina,
Kiedy muszą powiedzieć wielkie Tak
albo wielkie Nie. Od razu widać, kto z nich w sobie ma
gotowe Tak. Wypowiedziawszy je, coraz wyżej się wspina.
Wzrasta i w ludzkiej czci, i w zaufaniu do samego siebie.
Ten, kto powiedział Nie — nie żałuje. Gdyby zapytali go, czy chce
odwołać je, nie odwoła. Ale właśnie to Nie —
to słuszne Nie — na całe życie go grzebie.
sobota, 10 listopada 2012
Przypowieść o statku
Przypowieść o
statku
Nie znikaj, nie
znikaj, nie rozmywaj się!
Nie znikaj, nie
znikaj, nie rozpływaj się!
Nie top statku,
który nigdzie nie płynie!
Statek ten stoi
w jałowej dolinie.
W dolinie
wiatrów krzyżują się drogi.
Wśród wiatrów
płoną ogniska załogi.
Między ogniska
kapitan sam wchodzi.
Tylko oficer
zupełnie zawodzi.
Zawodził, więc
wisi, znów wszystko pięknie.
Nic tego statku załogi
nie zlęknie.
Więc czemu nie
płynie statek ten dzielny?
Dziś postój,
msza, dzień słoneczny, niedzielny.
Lecz wczoraj, w
sobotę, statek nie płynął.
Przez tydzień
cały choć mili nie minął.
Dlaczego cumuje
wbrew przeznaczeniu?
Dlaczego skrywa
swe maszty w cieniu?
Nie znikaj, nie
znikaj, nie rozmywaj się!
Nie znikaj, nie
znikaj, nie rozpływaj się!
Nie top statku,
który nigdzie nie płynie!
Statku, co stoi
w jałowej dolinie.
Statku, który
wszystko ma oprócz morza.
Statku, któremu
nie świeci Twa zorza.
Wlej
się, wypełnij jałową dolinę!
Ukaż
się, rozświetl ponurą dolinę!
Choć nawet nigdy
się nie pojawiłaś,
Nie dałaś życia znaku,
nie mamiłaś,
Tchnij wiatr,
rozświetl niebo, znak ześlij życia!
I do od brzegu
doprowadź odbicia!
O wodo, pragnie
cię gleba doliny!
O zorzo, pragnie
cię niebo doliny!
Wierzę, z nieba
morze biblijne runie.
Wierzę, zorza
zalśni jak na biegunie.
Wzrusz falami
statek, który nie płynie!
Statek, co stoi
w jałowej dolinie.
Lecz proszę, nie
znikaj, nie rozmywaj się!
Lecz proszę, nie
znikaj, nie rozpływaj się!
Lub utop ten
statek, który nie płynie.
Statek, co stoi
w jałowej dolinie.
I zniknij, i
zniknij, rozmyj się, rozmyj!
I zniknij, i
zniknij, rozpłyń się, rozpłyń!
poniedziałek, 5 listopada 2012
Granat odc. 4/4
Moje łóżko. Jednak wciąż istnieje.
I ja w nim. Telefon rozładowany. Brak zegarka. Jak odgadnąć datę? Wzrok pada na
owoc granatu stojący obok buteleczki zmywacza do paznokci. Pod drzwiami buty,
na nich jakaś szmata. Na mojej głowie kominiarka.
Szmata.
Kiedyś chyba biała. Wygląda trochę jak…
*
-
To będzie 69,99 – powiedziała sprzedawczyni za ladą.
Wziąłem
reklamówkę z zakupem i spokojnym krokiem udałem się do żółtego wyjścia.
No
tak! Lekka reklamówka. Żółty sklep. Odzież. T-shirt. C&A. Chyba tak to się
zaczęło.
*
Stoję
obok mojego łóżka. W dłoni garść tabletek.
Jednak
jestem lekomanem?!
Cóż
pozostaje mi robić, połykam lekarstwa. Czuję zawroty głowy. Kładę się na
podłodze. Kiedy po jakimś czasie drętwieje mi kark, przekręcam się na brzuch. Zetknięcie
się przedniej części tułowia z posadzką wznieca iskrę, moja klatka piersiowa zaczyna
płonąć, rozrywa się, krew, znowu krew, mnóstwo krwi. Ból, wielki ból, ogromny,
jakim cudem jestem w stanie go znieść?! Krew płynie nieprzerwanie. Wykrwawiam
się! Co robić?
Łapię
szmatę spod drzwi chcąc, chociaż minimalnie, zatamować krwawienie. Szmata prawdopodobnie
była kiedyś białym T-shirtem. Z całą pewnością nie jest sterylna. Grudki ziemi,
jakieś włosy, może sierść, plamy krwi, trudno, nie dbam już o nic. Wariuję. Zakładam
ją. Wtem szarpnięcie. Potężne szarpnięcie, tępy ból w każdej komórce ciała,
zapach zgnilizny i spalenizny. Zapach! Nie jestem w stanie zarejestrować tego
wspaniałego faktu, faktu odzyskania zmysłu!
T-shirt
jest czysty. Idealnie biały. Ból minął. Krew zniknęła. Wzór na klatce
piersiowej przedstawiający psa tańczącego z kotem również. Znajduje się teraz
na przedniej stronie T-shirtu. Oszołomiony, rozglądam się dookoła tępym
wzrokiem. To wszystko? Koniec? Powrót do normalności? O, pobłogosławiona niech
będzie ta chwila.
Nagle
wzrok pada na drzwi. Na klamkę. Na ogon, który na niej wisi. Psi ogon.
*
Ławka.
„Newsweek”. Ten facet. Moje oczy. Ja.
„Niezidentyfikowany
morderca psów kolekcjonuje ich ogony” – krzyczy tytuł.
*
Błysk
kłów, ogony wiszące na sznurze niczym pranie. Chory sen? Zbyt pochopnie
odrzuciłem nierealne jako nierzeczywiste.
Zatarcie
granicy między snem a rzeczywistością. Między przeszłością, teraźniejszością i
przyszłością. Między świadomością a niebytem. Niemożliwość sięgnięcia ku
wspomnieniom, zaczerpnięcia tej zbawiennej wody, bez której nie ma niczego.
Bezsens. Wyjałowienie ziemi pamięci. Zanik tożsamości. Brak możliwości powrotu.
Na szczęście, teraz z odkręconego kranu płynie wreszcie woda. Tylko lodowata, ale
jednak płynie.
Zabijałem.
Nie wiem jak długo pozostawałem zawieszony w próżni. Nie wiem, jak długi jest mój
sznur.
Niepoczytalność
odeszła, czas płynie dla mnie ponownie. Mam go teraz wiele na rozmyślanie. Zbyt
wiele. Izolacja sprzyja refleksji. Tak ma wyglądać zadośćuczynienie? A jeśli
kara, to za co?
*
Popadłem
w obłęd? Zostałem opętany? Odkryłem inny wymiar, inny świat? Jeśli tak, mam
nadzieję, że wrócę tam wkrótce. Jednak nie chcę być samotny.
Niech
no tylko najpierw się dowiem, skąd, do ciężkiej cholery, wziął się ten granat?
niedziela, 4 listopada 2012
04.11.12
Powracając do Bukowskiego, tym razem jako poety.
DREAMLESSLY
DREAMLESSLY
old grey-haired waitresses
in cafes at night
have given it up,
and as i walk down sidewalks of
light and look into windows
of nursing homes
I can see that it is no longer
with them.
I see people sitting on park benches
and i can see by the way they
sit and look
that it is gone.
I see people driving cars
and I see by the way
they drive their cars
that they neither love nor are
loved -
nor do they consider
sex. it is all forgotten
like an old movie.
I see people in department stores and
supermarkets
walking down aisles
buying things
and i can see by the way their clothing
fits them and by the way they walk
and by their faces and their eyes
that they care for nothing
and that nothing cares
for them.
I see a hundred people a day
who have given up
entirely.
if I go to the racetrack
or a sporting event
I can see thousands
that feel for nothing or
no one
and get no feeling
back.
everywhere I see those who
crave nothing but
food, shelter, and
clothing; they concentrate
on that,
dreamlessly
I do not understand why these people do not
vanish
I do not understand why these people do not
expire
why the clouds
do not murder them
or why the dogs
do not murder them
or why the flowers and the children
do not murder them,
I do not understand.
I suppose they are murdered
yet i can’t adjust to the
fact of them
because they are so many.
each day,
each night,
there are more of them
in the subways and
in the buildings and
in the parks
they feel no terror
at not loving
or at not
being loved
so many many many
of my fellow
creatures
czwartek, 1 listopada 2012
Wahadło
Wahadło
Bez
przerwy w ruchu. Bez przerwy w drodze.
Z lewej do prawej. Z prawej do
lewej.
Po jednym łuku. Po jednej drodze.
Ni konstatacji w sobie nie rodzę.
Byle przed siebie. Bez
kontemplacji.
Po
jednym łuku. Po jednej drodze.
Perpetuum
mobile?
Z
niknącą siłą. Słabnącym rozmachem.
Po
mniejszym łuku. Po krótszej drodze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)