sobota, 29 grudnia 2012

29.12.12

Rok się kończy, trochę niespodziewanie każdy dzień stał (lub jeszcze stanie) się rzeczywistością. Cóż, że liczyłem na koniec świata. Cóż, że postawiłem na egoizm, nie ustępując miejsca w przepełnionym autobusie. Czy w ten sposób utraciłem człowieczeństwo? Przynajmniej majątku nie przepuściłem, choć jedynie dlatego, że nie posiadam. Pragnienia i marzenia pozostały niespełnione, dryfujące w przestrzeni bez najmniejszego kontaktu z rzeczywistością, nie tknięte patykiem usiłowań wcielenia w życie. To takie dołujące, lecz cóż pozytywnego można powiedzieć w związku z końcem świata, którego nie było, a raczej był, ale zupełnie abstrakcyjny? Co z wyzwolonymi pokładami zła? Jak w 2013 wsiądę do autobusu? Czy znajdę w sobie śmiałość? Czy się odważę? Jak spojrzę w oczy tym wszystkim anonimowym ludziom? Czy wyczytam w ich twarzach, że oni o tym wiedzą?
To straszne, że można być takim egoistą. Całe szczęście, nie dla mnie. Ja na skonstatowany fakt macham egoistycznie ręką.

wtorek, 25 grudnia 2012

25.12.12

Końca świata, na który po cichu liczyłem nie było. Co robiłem (poza zaniedbaniem, porzuceniem bloga) przygotowując się do niego? Pozwolę sobie posłużyć się cudzym "Sprawozdaniem z poczynionych postępów", tj. wierszem A.R. Ammonsa w tłum. S. Barańczaka:

Zajmuję się
teraz rzeczami

tak małymi
że kiedy na nie

huknę Hu!,
to znikam

Nie huknąłem, nie zniknąłem, nie huknęło i świat nie zniknął. Życie w cieniu apokalipsy ma w sobie jednak coś przytłaczającego, coś, co sprawia pewnego rodzaju obojętność na zwykłe, przyziemne, codzienne rzeczy. Pięknie ujęła to Emily Dickinson (tłum. S. Barańczak):

Nie dbałam o brak mniejszych Rzeczy.
Jeśli nie zaszło nic większego
Niż Rozpad Słońca - Ostateczny
Kataklizm Globu - nic nie było
Tak wielkie - abym - na wieść o tym - 
Podniosła z Ciekawości Czoło
Sponad Roboty

W tym wypadku jednak "Robotą" jest raczej ostateczny, rozpaczliwy zryw w celu wyciśnięcia życia do ostatka, do ostatniej kropli. Może on przybierać różnorodne formy. Jaką formę przyjął w moim przypadku? Powiem wkrótce.

Tymczasem - Wesołych Świąt!

niedziela, 25 listopada 2012

Wiersz z myślnikiem i przecinkiem



wiersz z myślnikiem i przecinkiem


zanurzam się w wodzie
choć zanurzając się czuję chłód
choć czasem przyjemny chłód
choć -  jest jednak chłodem

choć wiem że wynurzając się
chłód poczuję dotkliwszy choć
chłodu pożar przemknie na wskroś
choć et cetera, zanurzam się

pływam

piątek, 23 listopada 2012

23.11.12

Dziennik lada moment stanie się miesięcznikiem. Może jednak mu na to nie pozwolę. Może jednak zadbam o niego. Porównując go do własnego samochodu: nie musi bić rekordów prędkości, wystarczy, aby nie rdzewiał i dobrze mi służył, przenosząc bezpiecznie moje myśli z miejsca na miejsce, a wspomnienia i refleksje pozwalał upchać w bagażniku (dziennik-samochód wersja combi, oczywiście), niekoniecznie ułożone i uporządkowane, może nawet obijające się o siebie i mieszające. Bagażnik garnkiem mojego podróżnego, gotowanego między kolejnymi odwiedzanymi miejscami eklektyzmu. Cóż, trzeba jednak podróżować. Od początku. Od źródeł. Grecja. Lecz nie ta antyczna, ale - nowożytna. Konstantinos Kawafis.


Che fece... il gran rifiuto
Dla niektórych ludzi przychodzi taka godzina,
Kiedy muszą powiedzieć wielkie Tak
albo wielkie Nie. Od razu widać, kto z nich w sobie ma
gotowe Tak. Wypowiedziawszy je, coraz wyżej się wspina.

Wzrasta i w ludzkiej czci, i w zaufaniu do samego siebie.
Ten, kto powiedział Nie — nie żałuje. Gdyby zapytali go, czy chce
odwołać je, nie odwoła. Ale właśnie to Nie —
to słuszne Nie — na całe życie go grzebie.

sobota, 10 listopada 2012

Przypowieść o statku



Przypowieść o statku


Nie znikaj, nie znikaj, nie rozmywaj się!
Nie znikaj, nie znikaj, nie rozpływaj się!
Nie top statku, który nigdzie nie płynie!
Statek ten stoi w jałowej dolinie.
W dolinie wiatrów krzyżują się drogi.
Wśród wiatrów płoną ogniska załogi.
Między ogniska kapitan sam wchodzi.
Tylko oficer zupełnie zawodzi.

Zawodził, więc wisi, znów wszystko pięknie.
Nic tego statku załogi nie zlęknie.
Więc czemu nie płynie statek ten dzielny?
Dziś postój, msza, dzień słoneczny, niedzielny.
Lecz wczoraj, w sobotę, statek nie płynął.
Przez tydzień cały choć mili nie minął.
Dlaczego cumuje wbrew przeznaczeniu?
Dlaczego skrywa swe maszty w cieniu?

Nie znikaj, nie znikaj, nie rozmywaj się!
Nie znikaj, nie znikaj, nie rozpływaj się!
Nie top statku, który nigdzie nie płynie!
Statku, co stoi w jałowej dolinie.
Statku, który wszystko ma oprócz morza.
Statku, któremu nie świeci Twa zorza.
Wlej się, wypełnij jałową dolinę!             
Ukaż się, rozświetl ponurą dolinę!

Choć nawet nigdy się nie pojawiłaś,
Nie dałaś życia znaku, nie mamiłaś,
Tchnij wiatr, rozświetl niebo, znak ześlij życia!
I do od brzegu doprowadź odbicia!
O wodo, pragnie cię gleba doliny!
O zorzo, pragnie cię niebo doliny!
Wierzę, z nieba morze biblijne runie.
Wierzę, zorza zalśni jak na biegunie.

Wzrusz falami statek, który nie płynie!
Statek, co stoi w jałowej dolinie.
Lecz proszę, nie znikaj, nie rozmywaj się!
Lecz proszę, nie znikaj, nie rozpływaj się!
Lub utop ten statek, który nie płynie.
Statek, co stoi w jałowej dolinie.
I zniknij, i zniknij, rozmyj się, rozmyj!
I zniknij, i zniknij, rozpłyń się, rozpłyń!

poniedziałek, 5 listopada 2012

Granat odc. 4/4



            Moje łóżko. Jednak wciąż istnieje. I ja w nim. Telefon rozładowany. Brak zegarka. Jak odgadnąć datę? Wzrok pada na owoc granatu stojący obok buteleczki zmywacza do paznokci. Pod drzwiami buty, na nich jakaś szmata. Na mojej głowie kominiarka.
            Szmata. Kiedyś chyba biała. Wygląda trochę jak…

          *                 
           
            - To będzie 69,99 – powiedziała sprzedawczyni za ladą.
            Wziąłem reklamówkę z zakupem i spokojnym krokiem udałem się do żółtego wyjścia.
            No tak! Lekka reklamówka. Żółty sklep. Odzież. T-shirt. C&A. Chyba tak to się zaczęło.

*      

            Stoję obok mojego łóżka. W dłoni garść tabletek.
            Jednak jestem lekomanem?!
            Cóż pozostaje mi robić, połykam lekarstwa. Czuję zawroty głowy. Kładę się na podłodze. Kiedy po jakimś czasie drętwieje mi kark, przekręcam się na brzuch. Zetknięcie się przedniej części tułowia z posadzką wznieca iskrę, moja klatka piersiowa zaczyna płonąć, rozrywa się, krew, znowu krew, mnóstwo krwi. Ból, wielki ból, ogromny, jakim cudem jestem w stanie go znieść?! Krew płynie nieprzerwanie. Wykrwawiam się! Co robić?
            Łapię szmatę spod drzwi chcąc, chociaż minimalnie, zatamować krwawienie. Szmata prawdopodobnie była kiedyś białym T-shirtem. Z całą pewnością nie jest sterylna. Grudki ziemi, jakieś włosy, może sierść, plamy krwi, trudno, nie dbam już o nic. Wariuję. Zakładam ją. Wtem szarpnięcie. Potężne szarpnięcie, tępy ból w każdej komórce ciała, zapach zgnilizny i spalenizny. Zapach! Nie jestem w stanie zarejestrować tego wspaniałego faktu, faktu odzyskania zmysłu!
            T-shirt jest czysty. Idealnie biały. Ból minął. Krew zniknęła. Wzór na klatce piersiowej przedstawiający psa tańczącego z kotem również. Znajduje się teraz na przedniej stronie T-shirtu. Oszołomiony, rozglądam się dookoła tępym wzrokiem. To wszystko? Koniec? Powrót do normalności? O, pobłogosławiona niech będzie ta chwila.
            Nagle wzrok pada na drzwi. Na klamkę. Na ogon, który na niej wisi. Psi ogon.

*      

            Ławka. „Newsweek”. Ten facet. Moje oczy. Ja.
            „Niezidentyfikowany morderca psów kolekcjonuje ich ogony” – krzyczy tytuł.

*      

            Błysk kłów, ogony wiszące na sznurze niczym pranie. Chory sen? Zbyt pochopnie odrzuciłem nierealne jako nierzeczywiste.
            Zatarcie granicy między snem a rzeczywistością. Między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Między świadomością a niebytem. Niemożliwość sięgnięcia ku wspomnieniom, zaczerpnięcia tej zbawiennej wody, bez której nie ma niczego. Bezsens. Wyjałowienie ziemi pamięci. Zanik tożsamości. Brak możliwości powrotu. Na szczęście, teraz z odkręconego kranu płynie wreszcie woda. Tylko lodowata, ale jednak płynie.
            Zabijałem. Nie wiem jak długo pozostawałem zawieszony w próżni. Nie wiem, jak długi jest mój sznur.
            Niepoczytalność odeszła, czas płynie dla mnie ponownie. Mam go teraz wiele na rozmyślanie. Zbyt wiele. Izolacja sprzyja refleksji. Tak ma wyglądać zadośćuczynienie? A jeśli kara, to za co?

*      

            Popadłem w obłęd? Zostałem opętany? Odkryłem inny wymiar, inny świat? Jeśli tak, mam nadzieję, że wrócę tam wkrótce. Jednak nie chcę być samotny.
            Niech no tylko najpierw się dowiem, skąd, do ciężkiej cholery, wziął się ten granat?

niedziela, 4 listopada 2012

04.11.12

 Powracając do Bukowskiego, tym razem jako poety.

 DREAMLESSLY

old grey-haired waitresses
in cafes at night
have given it up,
and as i walk down sidewalks of
light and look into windows
of nursing homes
I can see that it is no longer
with them.
I see people sitting on park benches
and i can see by the way they
sit and look
that it is gone.


I see people driving cars
and I see by the way
they drive their cars
that they neither love nor are
loved -
nor do they consider
sex. it is all forgotten
like an old movie.


I see people in department stores and
supermarkets
walking down aisles
buying things
and i can see by the way their clothing
fits them and by the way they walk
and by their faces and their eyes
that they care for nothing
and that nothing cares
for them.


I see a hundred people a day
who have given up
entirely.


if I go to the racetrack
or a sporting event
I can see thousands
that feel for nothing or
no one
and get no feeling
back. 


everywhere I see those who
crave nothing but
food, shelter, and
clothing; they concentrate
on that,
dreamlessly


I do not understand why these people do not
vanish
I do not understand why these people do not
expire
why the clouds
do not murder them
or why the dogs
do not murder them
or why the flowers and the children
do not murder them,
I do not understand.


I suppose they are murdered
yet i can’t adjust to the
fact of them
because they are so many.


each day,
each night,
there are more of them
in the subways and
in the buildings and
in the parks


they feel no terror
at not loving
or at not
being loved


so many many many
of my fellow


creatures

czwartek, 1 listopada 2012

Wahadło



Wahadło


Bez przerwy w ruchu. Bez przerwy w drodze.
Z lewej do prawej. Z prawej do lewej.
Po jednym łuku. Po jednej drodze.

Ni konstatacji w sobie nie rodzę.
Byle przed siebie. Bez kontemplacji.
Po jednym łuku. Po jednej drodze.

Perpetuum mobile?

Z niknącą siłą. Słabnącym rozmachem.
Po mniejszym łuku. Po krótszej drodze.