poniedziałek, 10 września 2012

10.09.12

Do tej pory jedynie przybierałem pozy, gubiąc "dziennikowość" dziennika. Choć jestem jedynie postacią fikcyjną, to jednak pomimo to odczuwam pewnego rodzaju lęk i niepewność przed odsłonieniem się na jego kartach. Przeraża mnie wizja wylania swych uczuć, emocji, myśli, poglądów, sądów, opinii, et cetera na publicznym forum pod płaszczykiem "intymnej" formy zapisu. Hipokryzja, hipokryzja na każdym kroku! Do następnego wpisu mógłbym dodać adnotację o miejscu powstania, dajmy na to w Melbourne, moja fikcyjność pozwala mi na bardzo wiele, jednak wymienianie możliwości mija się z jakimkolwiek celem, a jednak... Waham się i waham, i tłamszę wszystko w sobie.

Przeplatam wpisy utworami wierszowanymi. Tematami takich utworów są najczęściej, oczywiście, miłość i filozoficzne rozmyślania o sobie, sensie istnienia itd. itp. Dziennik twórcy zwykle rzuca pewne światło na jego inspirację, źródło natchnienia. Autorzy takich publicznych notatników opowiadają zwykle o swoim życiu towarzyskim, lekturach, podróżach czy po myślach kłębiących im się w głowie. Nazywanie dziennikiem tej formy jest oczywistym  nieporozumieniem, niemniej jednak niewątpliwie jest to fascynujący, choć osobny gatunek literacki. Cóż, biorąc pod uwagę moją fikcyjność, w tym przypadku nie tak bardzo fascynujący. Będąc formalnie nikim, nie opowiem o arcyinteresującej konferencji w gronie mistrzów pióra czy innych sław, wrażeniach z pierwszego bądź kolejnego spotkania autorskiego czy reakcji na nominację do nagrody Nike lub, w dalszej perspektywie, Nobla.
Nic nowego tu nie mówię, powtarzam się i błądzę. Dla klarowności i jasności ujęcia posłużę się jeszcze na koniec krótkim ustępem z "Ars poetica?" Czesława Miłosza, darując sobie kopiowanie całego utworu:

Trudno pojąć skąd się bierze ta duma poetów
jeżeli wstyd im nieraz, że widać ich słabość.

Mogę jednak opowiedzieć o wielu innych rzeczach, czyniąc atut ze swej, jak sądzę, oryginalnej cechy, tj. podwójnej fikcyjności, bo przecież to  j a  s a m  jestem kreowany, a do tego   j a  s a m  kreuję siebie. Cytując raz jeszcze, tym razem Jacka Kerouaca, o którym wkrótce więcej z mojej strony:

Bez strachu czy wstydu co do godności własnego doświadczenia, języka i wiedzy

I jakoś udało mi się wybrnąć z zaułka, ślepej uliczki, w którą prawie sam się zapędziłem. Spokojnie kontynuować mogę marsz, bieg, marszobieg, czołganie, podskoki, cokolwiek tylko przyjdzie mi na myśl, moją własną drogą nie przekreślając deklaracji ledwo co zadeklarowanych. Tymczasowe, z całą pewnością tymczasowe, rozwianie nadciągających ołowianych chmur wątpliwości. Drobne, bez tęczy, zwycięstwo w walce z samym sobą. Zwycięstwo najcenniejsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz