Tytuł
wiersza Marcina Świetlickiego, „Pogo”, oznacza taniec wywodzący się z
subkultury punk, który polega na chaotycznym odbijaniu się od siebie i służy
wyładowaniu negatywnych emocji . Monolog podmiotu lirycznego jest właśnie takim
nieskoordynowanym wyznaniem, które jest próbą wyrzutu wobec otaczającej go
rzeczywistości. Próbą, gdyż jego skargi nie są do końca skonkretyzowane, co
wynika z tego, iż „spał źle”. Stąd, wciąż zamroczony i zmęczony, zaczyna
analizować sytuację ogólną. Źle przespaną noc identyfikuje on z życiem „w tym
kraju”, czyli Polsce. Świadczy o tym osoba autora i niuanse zawarte w tekście
(wulgaryzm niechlubnie, lecz nieodzownie kojarzony z Polską; wysoka pozycja
społeczna księży, a więc, przyjmując to określenie za synekdochę, całego kościoła
katolickiego). Osoba mówiąca przeprowadza paralelę pomiędzy dniem codziennym a
minioną nocą. Sen i życie nie są sferami rozdzielonymi, sen jest życiem, czy
może raczej życie jest snem, oniryczne zamieszanie jest jednak oczywiste, gdyż
obydwie sfery są identyczne, lecz, niestety, w negatywnym sensie. Ludzie żyją
źle i jest to specyficzne „pełne porozumienie”, jakie ich łączy. Podobna
zgodność charakteryzuje sen podmiotu lirycznego i towarzyszki jego życia, co
zostaje dobitnie stwierdzone zdaniami łudząco przypominającymi formułki wzięte
z elementarza: „Spałem źle. Ona spała źle. (...) Spało nam się źle.” Tak
dobitne zasygnalizowanie nieudanej nocy ma na celu podkreślenie męki, jakiej
przeżywa osoba mówiąca, a wraz nim jej partnerka. Powyższe stwierdzenie pociąga
za sobą ogólniejsze refleksje (podążając za paralelą sen-życie). Wyłaniająca
się z nich charakterystyka kraju nie pozwala z optymizmem patrzeć w przyszłość.
Ludzie mało do tego predysponowani przez swoją inteligencję zyskują dostęp do
broni, co pociąga za sobą postępującą militaryzację przeciętnej ludności i
rodzi poczucie nieustannego zagrożenia, które może stać się przyczyną
zdenerwowania czy nawet zaburzeń psychicznych. Przyczyny takiego stanu rzeczy
podmiot liryczny szuka (lub udaje, że szuka) w niedostatku męskości, który
odczuwają „palanty” i którą usiłują zatuszować, zagłuszyć w sobie posiadaniem
broni mającej podbudować ich skarłowaciałe ego. Tak naprawdę przyczyna jest
inna, osoba mówiąca przeczuwa ją, jednak nie chce dopuścić jej do swojej
świadomości. Pozostaje się jedynie domyślać – może obawia się on aktów
bandytyzmu, może przestępczości zorganizowanej, a więc zaistnienia sytuacji
(kradzieże, zabójstwa, szantaże, wymuszenia itd.) niemających racji bytu w
„normalnym” państwie?
Następna strofa
zaczyna się od powtórzenia, niczym mantry, frazy o źle przespanej nocy „w tym
kraju”. Zawarta w niej ogólniejsza refleksja dotyczy elit, czy raczej wzorca
osobowości dla przeciętnych ludzi, którym jest ksiądz (uosabiający grzechy
kleru i instytucji kościelnych m. in. chciwość, żądzę władzy i manipulacji,
pedofilię) oraz handlarz (uosabiający materialną sferę rzeczywistości).
Dalej
określenie Polski jako miejsca zamieszkiwanego przez „nich” świadczy o braku
identyfikacji osoby mówiącej ze społeczeństwem, które „znów ojczyznę a nie
wiosnę” zobaczy. Ojczyzna w tej metaforze nie przedstawia, jak zwykle w
literaturze, cech pozytywnych, lecz, zupełnie odwrotnie, uosabia przymioty
negatywne. Są nimi nadmierne, prowadzące do mesjanizmu umiłowanie historii,
bezowocne akty poświęceń, rozgrzebywanie zagojonych ran i nieustanne
spoglądanie wstecz. Wiosna jest metaforą (tutaj nieróżniącą się od pojmowania
jej na przesteni wieków) odrodzenia, czyli tego, czego ludzie w Polsce prędko
nie zobaczą. Pesymistyczna wizja zostaje podkreślona w ostatnim wersie
zacytowaniem (jak się wydaje, pomimo brak cudzysłowia) brutalnej odpowiedzi
rzucanej przez zaciśnięte zęby ograniczonego (o czym świadczy użycie
wulgaryzmu) społeczeństwa ku tym, którzy ośmielają się zwrócić uwagę na
sytuację czy, nie daj Boże, spróbować ją zmienić – „Jak ci się nie podoba - to
wypierdalaj!”
Następna
strofa, tuż po ostatecznym obnażeniu wad kraju i ludzi go zamieszkujących, to
niespodziewany przeskok nastrojowy i
spojrzenie ku jasnym stronom rzeczywistości. Cóż jednak z tego, skoro są
nimi... wytwory zagranicznego przemysłu spożywczego – czarne (najprawdopobniej
hiszpańskie) oliwki i bułgarskie wino? Ponadto w 1991r. osoba mówiąca
„skwapliwie” skorzystała z owoców „owej rewolucji seksualnej”. Dzień ten nie
zapisał się w historii – czy podmiot ma na myśli datę istotną jedynie dla jego
życiorysu? Jeśli tak, oznacza ona, jak można się domyślać, pewnego rodzaju, ściślej niedookreśloną rozwiązłość, być może perwesję
seksualną.
Takie są jedyne istniejące drogi
ucieczki przed fatalną rzeczywistością – zagranica, a dokładniej jej
„spożywcze” namiastki oraz rozpasanie wszystkich zmysłów. Druga możliwość
nasuwa skojarzenie z Arthurem Rimbaudem i metodą, jaką sformułował w liście do
Paula Demeny, dla poety pragnącego stać się jasnowidzem. Określił ją jako
„długie, bezmierne i wyrozumowane rozregulowanie wszystkich zmysłów”. Uważam,
że już ta strofa pozwala określić zawód podmiotu lirycznego, i, co za tym
idzie, utożsamić go z autorem żyjącym w rzeczywistości tożsamej z
rzeczywistością przedstawioną w utworze. Niemoc twórcza w szarym kraju jest tak
silna, że jej pobudzenie jest możliwe jedynie za pomocą wina i/lub seksu. Ucieczka
przed przytłaczającym pesymizmem, niczym stary wojskowy manewr, okazała się
pozorowana, a tuż po niej nastąpił kolejny skomasowany atak na kraj, w którym
„źle się śpi”. Ostatni wers napawa jednak nadzieją – rzeczywistość, pomimo
wszystko, nie może odebrać miłości jej wartości, a nawet, co ważniejsze, zabić
jej. „Ciebie nikt mi nie zabroni” – słowa te są skromną deklaracją gotowości do
poświęceń w imię uczucia. W końcu „miłość nie unosi się pychą”, jak pisał św.
Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian. Słowa podmiotu lirycznego, poza
podkreśleniem opozycyjności wobec „kraju”, są ponadto ostrzeżeniem, warknięciem
wilka uciekającego przed, jak określił to Jacek Kaczmarski w cyklu utworów
„Obława”, „sforą płatnych łapsów” (w tym przypadku jest nią szarzyzna i
defetyzm). Jego norą, bezpiecznym schronieniem są ramiona ukochanej. Nic nie
utrzyma się wobec potęgi miłości – mówi osoba mówiąca, niejako grożąc palcem
osaczającej go rzeczywistości.
Następna
strofa powtarza po raz kolejny zwrot „źle spałem”. Jest on tak często w myślach
podmiotu, że bawi się nim, obraca w ustach, poddaje inwersji („spałem
źle”). Co może śnić się podczas źle przespanej nocy?
Osoba mówiąca twierdzi, że... idea oraz działacz. Słowo to nasuwa oczywiste
skojarzenie z określeniem „partyjny”. W ten sposób we śnie pojawiają się
przyczyny zła XX-ego wieku – chore idee i chorzy działacze wcielający je w
życie. Czy na pewno jest to jedynie sen? Jest to jak najbardziej śniona
rzeczywistość, wydarzenia, która naprawdę się wydarzyły. Strofa ta jest
kolejnym potwierdzeniem onirycznego zamieszania w utworze – choć sen jest tym
samym, co życie, czy może być jednocześnie bardziej realny? Czy sen tożsamy
jest z przeszłością, a rzeczywistość z teraźniejszością i przyszłością? Jak
najbardziej tak – wniosek, jaki można wysnuć z onirycznego pogmatwania jest
kolejnym podkreśleniem pesymizmu wypowiedzi podmiotu. Prawie (wyjątkiem
poprzednia strofa) całe życie było warte tak niewiele, że osoba mówiąca pragnie
zamienić je w zły sen, o którym zapominamy nad ranem. Takim porankiem, czyli
punktem, od którego nad powierzchnią życia wschodzi Słońce, może być każda
chwila. Czy jednak jest to możliwe? Nad podmiotem ciążą „obowiązki i
konieczność skruchy”, czyli to, co wcześniejsza epoka pozostawiła jemu i jego
pokoleniu w spadku. Obowiązek odbudowy świata powojennego i bicie się w piersi
za ludobójswa. Takie rozmyślania prowadzić mogą ku jeszcze większemu
zniechęceniu czy nawet, w efekcie pomieszania fikcji z realnością, choroby
psychicznej. Lecz właśnie tak się dzieje – podmiot liryczny wmawia sobie, że
zła przeszłość była snem, że sam zaczyna wierzyć w tę poniekąd chorą projekcję
swojego mózgu.
Następna
strofa jest ujawnieniem hipokryzji, do której sytuacja panująca w kraju zmusza
osobę mówiąca. Jako niewierzący
(niebierzmowany, żyjący z partnerką bez kościelnego ślubu) „kolaboruje”,
czyli pracuje dla katolickiego pisma. Fakt ten niewątpliwie ciąży podmiotowi.
Dla pieniędzy jest zmuszony zdradzać swoje poglądy. Praca w gazecie potwierdza
tezę o literackich uzdolnieniach podmiotu lirycznego i utożsamienie go z
autorem.
Chore
warunki prowokują do zdrad, które wyzwalają w podmiocie lirycznym czerpanie
przyjemności z popełnianych perwersji. Zdrady paradoksalnie czynią go „wiernym
sobie”. Rzeczywistość kreuje sytuację, w której jedyną możliwością upewnienia
się o realności własnego istnienia i posiadania duszy jest, paradoksalnie po
raz kolejny, nieustanne zaprzeczanie sobie.
Instytucje, które są osią jego życia osoba mówiąca uznaje za niewarte
uwagi. Są rozmyte w jego wyobraźni, ich kontury zamazane. Pomija je milczeniem
i porzucając trudny temat własnej egzystencji, własnej psychiki i własnych
zdrad przeskakuje na inny.
Okazuje
się nim kolejne światełko nadziei, lecz czy tym razem również pozorne? Podmiot
czuje w sobie potencjał, którym jest „gorący detal”. Czy jest nim iskra
wyższego ducha w ciele ziemskiego poety czy iskra nieposkromionej miłości w
ciele ziemskiego kochanka? Dalsze wersy potwierdzają trafność drugiej hipotezy.
Jedyną możliwością ucieczki jest miłość. Po tym stwierdzeniu następuje kolejne:
o konieczności połączenia dwóch ogniw („teraz Cię muszę znaleźć”) w celu
rozbicia muru rzeczywistości i duchowego przeniesienia się „w lepsze, gorące
kraje”. Pojęcie o ich istnieniu daje właśnie miłość i, przede wszystkim, osoba
ukochanej. Jej „zaistnienie”, czyli odnalezie na ogromnym świecie sprawiło, że
osoba mówiąca niejako narodziła się duchowo. Całe wcześniejsze życie staje się
w obliczu miłości nieważne – moment wybuchu uczucia staje się początkiem
wszystkiego. Dopiero doświadczenie namiętnośći sprawia, że „już istniejemy”.
Wcześniej, bez miłości, życie jest nic niewarte, jest niczym.
Tutaj
następuje przedzielenie utworu na dwa fragmenty za pomocą wielokropka
umieszczonego pomiędzy strofami. Zwrot „I co?” sugeruje, że celem drugiej
części będzie wyciągnięcie wniosków. Co widzi podmiot liryczny? Pożar. Pożar,
który rodził się systematycznie i powoli, a oznaki jego rozniecania były
widoczne. Ogień powoli i z dostojnością („poważnie”) „stawia swoje stopy”,
pochłaniając coraz większe obszary. Czego? Szarości? Kraju? Rzeczywistości?
Świata? Jest on na pewno symbolem zniszczenia, lecz czy również oczyszczenia,
możliwości ucieczki z hermetycznej szarośći?
Reakcja
podmiotu jest zaskakująca – wykonuje on mianowicie... taniec. Taniec nietypowy.
„Siedząc przed lustrem, nieruchomy, z zamkniętymi oczami”. Dlaczego siedzi
przed lustrem z opuszczonymi powiekami? Czego symbolem jest owo zwierciadło?
Strachu ujrzenia swojej twarzy odbijającej emocje i uczucia? Taniec staje się
zrozumiały, jeśli utożsamimy go z zawartymw
tytule „pogo”. Nie jest to ruch fizyczny, lecz chaotyczne obijanie się
myślami o ściany własnego umysłu. Jest on symbolem bezradności i rozpaczy.
Tymczasem ogień, za którym podąża jest coraz bliżej. Podmiot nie usiłuje
zawrócić. Tańczy. Czyli w fizycznym bezruchu poddaje się oszalałej, wewnętrznej
rozpaczy, „wyjąc bezgłośnie”. Dogania ogień i niespieszy się z wejściem w
płomienie. Panująca cisza potęguje wrażenie jego bólu. Żaden krzyk nie jest w
stanie wzbudzić tylu emocji, ile... milczenie, zamknięte oczy, pogodzenie się z
losem. Poddanie się – osobowa mówiąca „tańczy to sobie”, a więc akt
unicestwienia nie budzi w niej żadnych uczuć. Świat wygrał z poetą, wygrał z
miłością. Lecz czy na pewno? Czy ogień nie jest drogą do innego, lepszego
świata?