czwartek, 31 stycznia 2013

31.01.13

Adam Zagajewski

* * *

Twój telefon przerwał mi
pisanie listu do ciebie.
Nie przeszkadzaj mi, gdy
z tobą rozmawiam. Dwie
nieobecności krzyżują się,
jedna miłość rozdziera się
jak bandaż.


Dzienniczku, nie gniewaj się. Dzień za dniem upływa, jednostajnie i monotonnie, jak wodospad, dajmy na to Wodogrzmoty Mickiewicza. Fascynujący widok, podniecający pęd, orzeźwiający wiew, lecz nic pozwalającego ugasić pragnienie.Upływają dni małe i drobne jak krople wody. Grzmot za grzmotem rozpryskują się i nikną w dali, zostawiając mgnienie spadania za sobą. Jak zbudować tamę i ograniczyć gwałtowność płynącego strumienia jednocześnie unikając odwodnienia? Jak doświadczyć cudu wody w pełni, wszystkimi sześcioma zmysłami? Jak w spadającej kropli ujrzeć odbity złoty promień Słońca? Pod jakim kątem stanąć? Motanie się i motanie, wodospad płynie za szybko.

piątek, 18 stycznia 2013

18.01.13



            Tytuł wiersza Marcina Świetlickiego, „Pogo”, oznacza taniec wywodzący się z subkultury punk, który polega na chaotycznym odbijaniu się od siebie i służy wyładowaniu negatywnych emocji . Monolog podmiotu lirycznego jest właśnie takim nieskoordynowanym wyznaniem, które jest próbą wyrzutu wobec otaczającej go rzeczywistości. Próbą, gdyż jego skargi nie są do końca skonkretyzowane, co wynika z tego, iż „spał źle”. Stąd, wciąż zamroczony i zmęczony, zaczyna analizować sytuację ogólną. Źle przespaną noc identyfikuje on z życiem „w tym kraju”, czyli Polsce. Świadczy o tym osoba autora i niuanse zawarte w tekście (wulgaryzm niechlubnie, lecz nieodzownie kojarzony z Polską; wysoka pozycja społeczna księży, a więc, przyjmując to określenie za synekdochę, całego kościoła katolickiego). Osoba mówiąca przeprowadza paralelę pomiędzy dniem codziennym a minioną nocą. Sen i życie nie są sferami rozdzielonymi, sen jest życiem, czy może raczej życie jest snem, oniryczne zamieszanie jest jednak oczywiste, gdyż obydwie sfery są identyczne, lecz, niestety, w negatywnym sensie. Ludzie żyją źle i jest to specyficzne „pełne porozumienie”, jakie ich łączy. Podobna zgodność charakteryzuje sen podmiotu lirycznego i towarzyszki jego życia, co zostaje dobitnie stwierdzone zdaniami łudząco przypominającymi formułki wzięte z elementarza: „Spałem źle. Ona spała źle. (...) Spało nam się źle.” Tak dobitne zasygnalizowanie nieudanej nocy ma na celu podkreślenie męki, jakiej przeżywa osoba mówiąca, a wraz nim jej partnerka. Powyższe stwierdzenie pociąga za sobą ogólniejsze refleksje (podążając za paralelą sen-życie). Wyłaniająca się z nich charakterystyka kraju nie pozwala z optymizmem patrzeć w przyszłość. Ludzie mało do tego predysponowani przez swoją inteligencję zyskują dostęp do broni, co pociąga za sobą postępującą militaryzację przeciętnej ludności i rodzi poczucie nieustannego zagrożenia, które może stać się przyczyną zdenerwowania czy nawet zaburzeń psychicznych. Przyczyny takiego stanu rzeczy podmiot liryczny szuka (lub udaje, że szuka) w niedostatku męskości, który odczuwają „palanty” i którą usiłują zatuszować, zagłuszyć w sobie posiadaniem broni mającej podbudować ich skarłowaciałe ego. Tak naprawdę przyczyna jest inna, osoba mówiąca przeczuwa ją, jednak nie chce dopuścić jej do swojej świadomości. Pozostaje się jedynie domyślać – może obawia się on aktów bandytyzmu, może przestępczości zorganizowanej, a więc zaistnienia sytuacji (kradzieże, zabójstwa, szantaże, wymuszenia itd.) niemających racji bytu w „normalnym” państwie?
Następna strofa zaczyna się od powtórzenia, niczym mantry, frazy o źle przespanej nocy „w tym kraju”. Zawarta w niej ogólniejsza refleksja dotyczy elit, czy raczej wzorca osobowości dla przeciętnych ludzi, którym jest ksiądz (uosabiający grzechy kleru i instytucji kościelnych m. in. chciwość, żądzę władzy i manipulacji, pedofilię) oraz handlarz (uosabiający materialną sferę rzeczywistości).
            Dalej określenie Polski jako miejsca zamieszkiwanego przez „nich” świadczy o braku identyfikacji osoby mówiącej ze społeczeństwem, które „znów ojczyznę a nie wiosnę” zobaczy. Ojczyzna w tej metaforze nie przedstawia, jak zwykle w literaturze, cech pozytywnych, lecz, zupełnie odwrotnie, uosabia przymioty negatywne. Są nimi nadmierne, prowadzące do mesjanizmu umiłowanie historii, bezowocne akty poświęceń, rozgrzebywanie zagojonych ran i nieustanne spoglądanie wstecz. Wiosna jest metaforą (tutaj nieróżniącą się od pojmowania jej na przesteni wieków) odrodzenia, czyli tego, czego ludzie w Polsce prędko nie zobaczą. Pesymistyczna wizja zostaje podkreślona w ostatnim wersie zacytowaniem (jak się wydaje, pomimo brak cudzysłowia) brutalnej odpowiedzi rzucanej przez zaciśnięte zęby ograniczonego (o czym świadczy użycie wulgaryzmu) społeczeństwa ku tym, którzy ośmielają się zwrócić uwagę na sytuację czy, nie daj Boże, spróbować ją zmienić – „Jak ci się nie podoba - to wypierdalaj!”
            Następna strofa, tuż po ostatecznym obnażeniu wad kraju i ludzi go zamieszkujących, to niespodziewany przeskok nastrojowy i  spojrzenie ku jasnym stronom rzeczywistości. Cóż jednak z tego, skoro są nimi... wytwory zagranicznego przemysłu spożywczego – czarne (najprawdopobniej hiszpańskie) oliwki i bułgarskie wino? Ponadto w 1991r. osoba mówiąca „skwapliwie” skorzystała z owoców „owej rewolucji seksualnej”. Dzień ten nie zapisał się w historii – czy podmiot ma na myśli datę istotną jedynie dla jego życiorysu? Jeśli tak, oznacza ona, jak można się domyślać, pewnego rodzaju,  ściślej niedookreśloną rozwiązłość, być może perwesję seksualną.
Takie są jedyne istniejące drogi ucieczki przed fatalną rzeczywistością – zagranica, a dokładniej jej „spożywcze” namiastki oraz rozpasanie wszystkich zmysłów. Druga możliwość nasuwa skojarzenie z Arthurem Rimbaudem i metodą, jaką sformułował w liście do Paula Demeny, dla poety pragnącego stać się jasnowidzem. Określił ją jako „długie, bezmierne i wyrozumowane rozregulowanie wszystkich zmysłów”. Uważam, że już ta strofa pozwala określić zawód podmiotu lirycznego, i, co za tym idzie, utożsamić go z autorem żyjącym w rzeczywistości tożsamej z rzeczywistością przedstawioną w utworze. Niemoc twórcza w szarym kraju jest tak silna, że jej pobudzenie jest możliwe jedynie za pomocą wina i/lub seksu. Ucieczka przed przytłaczającym pesymizmem, niczym stary wojskowy manewr, okazała się pozorowana, a tuż po niej nastąpił kolejny skomasowany atak na kraj, w którym „źle się śpi”. Ostatni wers napawa jednak nadzieją – rzeczywistość, pomimo wszystko, nie może odebrać miłości jej wartości, a nawet, co ważniejsze, zabić jej. „Ciebie nikt mi nie zabroni” – słowa te są skromną deklaracją gotowości do poświęceń w imię uczucia. W końcu „miłość nie unosi się pychą”, jak pisał św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian. Słowa podmiotu lirycznego, poza podkreśleniem opozycyjności wobec „kraju”, są ponadto ostrzeżeniem, warknięciem wilka uciekającego przed, jak określił to Jacek Kaczmarski w cyklu utworów „Obława”, „sforą płatnych łapsów” (w tym przypadku jest nią szarzyzna i defetyzm). Jego norą, bezpiecznym schronieniem są ramiona ukochanej. Nic nie utrzyma się wobec potęgi miłości – mówi osoba mówiąca, niejako grożąc palcem osaczającej go rzeczywistości.
            Następna strofa powtarza po raz kolejny zwrot „źle spałem”. Jest on tak często w myślach podmiotu, że bawi się nim, obraca w ustach, poddaje inwersji („spałem źle”).  Co  może śnić się podczas źle przespanej nocy? Osoba mówiąca twierdzi, że... idea oraz działacz. Słowo to nasuwa oczywiste skojarzenie z określeniem „partyjny”. W ten sposób we śnie pojawiają się przyczyny zła XX-ego wieku – chore idee i chorzy działacze wcielający je w życie. Czy na pewno jest to jedynie sen? Jest to jak najbardziej śniona rzeczywistość, wydarzenia, która naprawdę się wydarzyły. Strofa ta jest kolejnym potwierdzeniem onirycznego zamieszania w utworze – choć sen jest tym samym, co życie, czy może być jednocześnie bardziej realny? Czy sen tożsamy jest z przeszłością, a rzeczywistość z teraźniejszością i przyszłością? Jak najbardziej tak – wniosek, jaki można wysnuć z onirycznego pogmatwania jest kolejnym podkreśleniem pesymizmu wypowiedzi podmiotu. Prawie (wyjątkiem poprzednia strofa) całe życie było warte tak niewiele, że osoba mówiąca pragnie zamienić je w zły sen, o którym zapominamy nad ranem. Takim porankiem, czyli punktem, od którego nad powierzchnią życia wschodzi Słońce, może być każda chwila. Czy jednak jest to możliwe? Nad podmiotem ciążą „obowiązki i konieczność skruchy”, czyli to, co wcześniejsza epoka pozostawiła jemu i jego pokoleniu w spadku. Obowiązek odbudowy świata powojennego i bicie się w piersi za ludobójswa. Takie rozmyślania prowadzić mogą ku jeszcze większemu zniechęceniu czy nawet, w efekcie pomieszania fikcji z realnością, choroby psychicznej. Lecz właśnie tak się dzieje – podmiot liryczny wmawia sobie, że zła przeszłość była snem, że sam zaczyna wierzyć w tę poniekąd chorą projekcję swojego mózgu.
            Następna strofa jest ujawnieniem hipokryzji, do której sytuacja panująca w kraju zmusza osobę mówiąca. Jako niewierzący  (niebierzmowany, żyjący z partnerką bez kościelnego ślubu) „kolaboruje”, czyli pracuje dla katolickiego pisma. Fakt ten niewątpliwie ciąży podmiotowi. Dla pieniędzy jest zmuszony zdradzać swoje poglądy. Praca w gazecie potwierdza tezę o literackich uzdolnieniach podmiotu lirycznego i utożsamienie go z autorem.
            Chore warunki prowokują do zdrad, które wyzwalają w podmiocie lirycznym czerpanie przyjemności z popełnianych perwersji. Zdrady paradoksalnie czynią go „wiernym sobie”. Rzeczywistość kreuje sytuację, w której jedyną możliwością upewnienia się o realności własnego istnienia i posiadania duszy jest, paradoksalnie po raz kolejny, nieustanne zaprzeczanie sobie.  Instytucje, które są osią jego życia osoba mówiąca uznaje za niewarte uwagi. Są rozmyte w jego wyobraźni, ich kontury zamazane. Pomija je milczeniem i porzucając trudny temat własnej egzystencji, własnej psychiki i własnych zdrad przeskakuje na inny.
            Okazuje się nim kolejne światełko nadziei, lecz czy tym razem również pozorne? Podmiot czuje w sobie potencjał, którym jest „gorący detal”. Czy jest nim iskra wyższego ducha w ciele ziemskiego poety czy iskra nieposkromionej miłości w ciele ziemskiego kochanka? Dalsze wersy potwierdzają trafność drugiej hipotezy. Jedyną możliwością ucieczki jest miłość. Po tym stwierdzeniu następuje kolejne: o konieczności połączenia dwóch ogniw („teraz Cię muszę znaleźć”) w celu rozbicia muru rzeczywistości i duchowego przeniesienia się „w lepsze, gorące kraje”. Pojęcie o ich istnieniu daje właśnie miłość i, przede wszystkim, osoba ukochanej. Jej „zaistnienie”, czyli odnalezie na ogromnym świecie sprawiło, że osoba mówiąca niejako narodziła się duchowo. Całe wcześniejsze życie staje się w obliczu miłości nieważne – moment wybuchu uczucia staje się początkiem wszystkiego. Dopiero doświadczenie namiętnośći sprawia, że „już istniejemy”. Wcześniej, bez miłości, życie jest nic niewarte, jest niczym.
            Tutaj następuje przedzielenie utworu na dwa fragmenty za pomocą wielokropka umieszczonego pomiędzy strofami. Zwrot „I co?” sugeruje, że celem drugiej części będzie wyciągnięcie wniosków. Co widzi podmiot liryczny? Pożar. Pożar, który rodził się systematycznie i powoli, a oznaki jego rozniecania były widoczne. Ogień powoli i z dostojnością („poważnie”) „stawia swoje stopy”, pochłaniając coraz większe obszary. Czego? Szarości? Kraju? Rzeczywistości? Świata? Jest on na pewno symbolem zniszczenia, lecz czy również oczyszczenia, możliwości ucieczki z hermetycznej szarośći?
            Reakcja podmiotu jest zaskakująca – wykonuje on mianowicie... taniec. Taniec nietypowy. „Siedząc przed lustrem, nieruchomy, z zamkniętymi oczami”. Dlaczego siedzi przed lustrem z opuszczonymi powiekami? Czego symbolem jest owo zwierciadło? Strachu ujrzenia swojej twarzy odbijającej emocje i uczucia? Taniec staje się zrozumiały, jeśli utożsamimy go z zawartymw  tytule „pogo”. Nie jest to ruch fizyczny, lecz chaotyczne obijanie się myślami o ściany własnego umysłu. Jest on symbolem bezradności i rozpaczy. Tymczasem ogień, za którym podąża jest coraz bliżej. Podmiot nie usiłuje zawrócić. Tańczy. Czyli w fizycznym bezruchu poddaje się oszalałej, wewnętrznej rozpaczy, „wyjąc bezgłośnie”. Dogania ogień i niespieszy się z wejściem w płomienie. Panująca cisza potęguje wrażenie jego bólu. Żaden krzyk nie jest w stanie wzbudzić tylu emocji, ile... milczenie, zamknięte oczy, pogodzenie się z losem. Poddanie się – osobowa mówiąca „tańczy to sobie”, a więc akt unicestwienia nie budzi w niej żadnych uczuć. Świat wygrał z poetą, wygrał z miłością. Lecz czy na pewno? Czy ogień nie jest drogą do innego, lepszego świata?

środa, 9 stycznia 2013

09.01.13

Frank O'Hara w tłum. Piotra Sommera intrygująco o procesie twórczym i nie tylko w wierszu datowanym na rok 1956:


Dlaczego nie jestem malarzem


Nie jestem malarzem, jestem poetą.
Dlaczego? Może i wolałbym być
malarzem, ale nie jestem. Weźmy


na przykład Mike'a Goldberga:
zaczyna obraz. Zaglądam do niego.
"Siadaj i napij się" powiada.
Piję; obaj pijemy. Patrzę
na obraz. "Masz na nim SARDYNKI".
"Tak, coś tutaj trzeba było dać".
"Acha". Wychodzę i mijają dni
i znów zaglądam. Malowanie
posuwa się, i ja się też posuwam, i dni
również. Zaglądam. Obraz
jest skończony. "A gdzie się podziały
SARDYNKI?" Zostały tylko
litery. "Przeholowałem z tym" mówi Mike.


A ja? Któregoś dnia myślę o
jakimś kolorze: pomarańczowym. Piszę
o nim linijkę. I wkrótce mam całą
stronę słów, nie linijek.
Potem drugą stronę. Trzeba by
o wiele więcej, nie koloru pomarańczowego,
ale słów, o tym, jak okropny jest ten kolor
i życie. Mijają dni. To jest nawet
proza, jestem prawdziwym poetą. Skończyłem
wiersz a nie wspomniałem jeszcze
koloru pomarańczowego. Wierszy jest
dwanaście, daję im tytuł POMARAŃCZE. I któregoś
dnia widzę w galerii obraz Mike'a, pt. SARDYNKI.

niedziela, 6 stycznia 2013

świeżość



świeżość


ogniście promieniście w blasku
koniec
i szarość i krzyki
i pięści na niebie
lęk zakrywany powiekami lękliwie

lecz świeżość
okazja
co do płuc włożyć
nie swoją wodą moknąć
ale świeżość!

czwartek, 3 stycznia 2013

03.01.13


            Dokąd zmierza współczesny świat i dzisiejsze społeczeństwo? Pytanie to jest niezwykle istotne dla nas, żyjących tu i teraz. Nie dotyczy ono, jak mogłoby się wydawać, tylko i wyłącznie naszych dzieci. Odpowiedź jest przed nami zakryta, tak jak zakryta jest przed nami cała przyszłość. Szkic ten nie aspiruje do roli przepowiedni, a autor – do roli Nostradamusa swoich czasów. Zamiast szukać przyszłości świata i ludzkości w gwiazdach czy wyobraźni, posłużę się lustrami, niczym, jak głosi legenda, Archimedes w obronie Syrakuz dowodzonych przez Marcellusa.
            Moim celem, podobnie jak wodza oblężonej twierdzy, będzie zatopienie floty, lecz w tym wypadku mam na myśli niezwykle potężną flotę złudzeń. Moim lustrem będzie przeszłość, odbijająca leżącą na przeciwnej stronie osi czasu przyszłość. Moim Archimedesem, ustawiającym je dla mnie, Marcellusa, pod odpowiednim kątem do promieni słonecznych będzie Zbigniew Herbert i jego wiersz pt. „Dlaczego klasycy”.
            Pytanie zawarte w tytule jest nieśmiertelnym pytaniem zadawanym przez kolejne pokolenia – dlaczego warto uczyć się historii? Co możemy z niej wydobyć? Okazuje się, że bardzo wiele, choć wypływające z jej analizy wnioski są jednoznacznie pesymistyczne. Jednak dzięki znajomości dziejów przeszłych podmiot liryczny jest w stanie wskazać drogę, która może nas ocalić. Nie w sposób bezpośredni, ale pośrednio, poprzez pokazanie skutków wybrania innej – pesymizm jego wizji skłania do refleksji nad możliwością uniknięcia takiego losu.
            Wiersz Herberta jest tryptykiem. Pierwsza część to opis konkretnej sytuacji z czasów antycznych, druga -  z czasów „ostatnich wojen”. Jest w niej również porównanie dwóch tych sytuacji wynikające z paralelnego ich zestawienia. Trzecia część jest przeniesieniem wyżej zarysowanych obrazów na grunt sztuki i rozważań jej dotyczących.
            Punktem wyjścia jest „księga czwarta «Wojny Peloponeskiej» / Tukidydesa”. Autor opowiada w niej o osobistej tragedii, tj. „swej nieudanej wyprawie” - nie zdążył z odsieczą i z tego powodu Amfipolis zostało zdobyte przez Spartan. Cena, którą przyszło mu zapłacić za spóźnienie, była niezwykle wysoka. Tukidydes został ukarany „dozgonnym wygnaniem”. Słowo „dozgonny”, najczęściej łączące się z wyrazem „wdzięczność” w zestawieniu z „wygnaniem” ma gorzko-ironiczny posmak. Autor „Wojny Peloponeskiej” zrobił przecież, co było w jego mocy - „miał siedem okrętów / była zima / i płynął szybko”. Świadomość uczynienia wszystkiego, na co było go stać nie jest powodem rozpaczy czy błagania o litość. Tukidydes zdaje się wzruszać ramionami na surowy wyrok i prostymi, żołnierskimi słowami próbuje wytłumaczyć powody swojego opóźnienia. Nie sili się na rozpaczliwą obronę, z godnością przyjmuje przeznaczony mu los egzula.
            Podmiot liryczny mówi, że „epizod ten jest jak szpilka / w lesie”. Dla uargumentowania swojego punktu widzenia zestawia go m.in. z „bitwami oblężeniami zarazami”. Dla ogromnej machiny wojennej los Tukidydesa nie był sprawą najwyższej czy choćby nawet średniej wagi. Pomimo marginalności przewinienia, przy zestawieniu z całokształtem wojny, wygnany wódz w pokorze zniósł surowy wyrok.
            Minęło wiele czasu od wojny peloponeskiej do „ostatnich wojen”, tj. wojen światowych. Znacznie zmieniła się również postawa dowódców. Nie charakteryzuje ich już prostota, pokora, godność, podniesiona głowa. Gdy „zdarzy się podobna afera” wojskowi przywódcy „skomlą na kolanach (…) oskarżają podwładnych (…) nieprzyjazne wiatry”. Stają się śmieszni i żałośni w próbach zrehabilitowania się, nie potrafią wziąć odpowiedzialności za popełnione błędy. Zamiast tego miotają bezpodstawne oskarżenia, a nawet obłudnie próbują odwrócić kartę „zachwalając swoje bohaterstwo”. Zestawienie ich rozpaczliwych, propagandowych działań w obronie własnego imienia z dzielnym, pokornym Tukidydesem jest widocznym ostrzeżeniem przed zanikaniem bezcennej wartości, jaką jest honor.
            Dowódcy wojskowi powinni odznaczać się męstwem i godnością. Tymczasem użycie przez podmiot słowa „skamlenie” odnośnie tych, którym „zdarzyła się (…) afera” sprawia, że przyrównani są oni do psów, co jest niezwykle uwłaczające. Czy taki rodzaj ataku jest uzasadniony? Moim zdaniem tak, wysoka ranga wojskowa zobowiązuje. Jej otrzymanie jest nie tylko wielkim osiągnięciem, ale, przede wszystkim, wielkim wyzwaniem. Hierarchia istnieje przecież po to, aby na najwyższe stanowiska powoływani zostawali ludzie o odpowiednich predyspozycjach. Oczywiście, zdarza się, że to awans jest powodem upadku moralnego.
            Sądzę jednak, że pod krytyką dowódców kryje się również krytyka ogólnej kondycji ludzkości - niehonorowi generałowie musieli zostać przez kogoś mianowani, a może po prostu nie było lepszych, bardziej odpowiednich kandydatów. Wniosek wydaje się jednoznaczny i przygnębiający - społeczeństwo skarlało. Wartości takie jak honor i prawda nic już nie znaczą, choć można je jeszcze spotkać na papierze, w wymiarze czysto teoretycznym. W praktyce jednak popełnienie błędu, niewywiązanie się ze swojego obowiązku nie jest żadnym dyshonorem. Przysłowiowe „odwracanie kota ogonem” jest codziennością, a słowa z Ewangelii św. Mateusza: „widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz” stały się przerażająco aktualne.
            Wizja przyszłości rysuje się w czarnych barwach. Wysnułem ten wniosek na podstawie historii Tukidydesa opisanej przez Herberta. I tutaj właśnie najjaskrawiej rysuje się odpowiedź na pytanie zadane w tytule: „dlaczego klasycy”? Tylko wiedza o prawdziwym honorze, obiektywnej prawdzie, nienaruszalnych wartościach może sprawić, że nie wymrą one niczym mamuty, ale rozmnożone w rezerwatach nieskalanych obłudą serc wrócą do życia w warunkach naturalnych. Lektura klasyków daje nam odczuć, że żyjemy w czasach gorszych i jesteśmy ludźmi gorszymi. Jest to niezwykle pouczające, lecz byłoby jedynie gwoździem do naszej współczesnej trumny, do której sami zdajemy się wchodzić, gdyby nie rysująca się między wierszami nadzieja. Nadzieja – ją bowiem przede wszystkim daje nam lektura klasyków. Jeśli pamiętamy o wielkich czynach, osobach i wartościach, wciąż możemy liczyć na ich ponowną, powszechną restaurację w naszym skarlałym świecie.
            Jak jednak wcielić pamięć w życie? Odpowiedzi dostarcza ostatnia część tryptyku. Jest ona krytyką filozofii egzystencjalnej, którą podmiot liryczny zdaje się oskarżać o upadek dzisiejszego społeczeństwa. Jej prekursor, Kierkegaard, próbował uporać się z absurdalnością istnienia jednostki w obliczu nieskończoności wszechmocnego Boga. Podmiot liryczny uważa to za przyczynę karlenia ludzkości – społeczeństwo rozszczepione zostaje na „małe rozbite dusze /  z wielkim żalem nad sobą”. Wobec poczucia absurdu krótkiej, śmiertelnej egzystencji niemożliwe jest uwierzenie w nieprzemijające wartości i ponadczasowe idee.
            Więc „co po nas zostanie”, pyta osoba mówiąca w wierszu, jeżeli wyizolowanie i pesymizm będą „tematem sztuki”? Odpowiedź na to pytanie porównuje do „płaczu kochanków / w małym brudnym hotelu / kiedy świtają tapety”. Obraz ten jest w moim odczuciu alegorią panującego obecnie stanu rzeczy. „Mały brudny hotel” to współczesny, zarysowany w negatywny sposób świat, kochankami zatopionymi w miłości cielesnej w obskurnych warunkach jesteśmy my, ludzie, zatopieni w miłości nędzy duchowej poprzez uczynienie przewodnim „tematem sztuki (…) malej rozbitej duszy”. Momentem „świtania tapet” jest śmierć.
Co wtedy stanie się z nami? Co stanie się z hotelem? Jest zaniedbany. Może kiedyś, dawno temu, w okresie antycznym, przedstawiał się okazale, lecz od tamtego czasu podupadł. Nie uda się podnieść go z ruiny rozczulając się nad sobą, błagając o pomoc w jego odbudowaniu czy oskarżając innych o jego upadek. Należy wspólnym wysiłkiem, krok po kroku, cegła za cegłą, konsekwentnie, z pokorą, lecz bez defetyzmu odrestaurować hotel-świat. Lektura klasyków daje nadzieję i wskazuję drogę do wcielenia jej w życie – poprzez sztukę. Fundamentem i budulcem w dziele odnowienia będą zatem owoce pracy literatów, malarzy, muzyków i innych artystów. Owoce sięgające w swoim założeniu tematów wyższych niż „dzbanek rozbity”, charakteryzujące się optymistycznym spojrzeniem na świat, bez zbędnego „żalu nad sobą”. Nieafirmowane, życie traci swoją wartość, wyparowuje z niego cała jego esencja zostawiając jedynie brudne naczynie. Teraz pozostaje je tylko napełnić. I właśnie dlatego, odpowiadając na pytanie postawione przez Herberta, właśnie dlatego klasycy.