czwartek, 30 maja 2013

30.05.13

Jak zacząć?
[Platon] rozpoczynał list od zwrotu "Bądź szczęśliwy" (podczas gdy Epikur zaczynał list od słów: "Żyj dobrze", a Kleon: "Raduj się!")
Tyle "Żywoty" Diogenesa. Odpowiedź na pytanie, które z tych trzech wyrażeń otwierających jest nam najbliższe jest jednocześnie odpowiedzią na pytanie o wartości wyznawane w życiu. Dlatego też od odpowiedzi się powstrzymam. Za to raz jeszcze pytam się o cel i sens zapisywania swoich przemyśleń. Dzisiejszym punktem odniesienia jest "Moje sekretne życie" Salvadora Dalego:

Zazwyczaj [ludzie] spisują pamiętniki pod koniec życia, gdy już zgromadzą życiowe doświadczenia. Na przekór wszystkim mądrzejszym wydało mi się najpierw napisać pamiętniki, a potem dopiero je przeżyć. Żyć! Do tego trzeba najpierw przebyć połowę egzystencji, ażeby drugą połowę człowiek mógł przeżyć bogatszy o doświadczenie.

 I drugi cytat, bezpośrednio odnoszący się do Coco Chanel:

Oryginalność Chanel była przeciwieństwem mojej. Odkąd sięgnę pamięcią, bezwstydnie obnażam moje myśli, ona natomiast nie ukrywa wprawdzie swoich, lecz zamiast je obnażać - ubiera. To, że profesjonalnie zajęła się wykwintnym krawiectwem, zawsze było w niej biologicznie zdeterminowane, wywodziło się z wrodzonej wstydliwości. Jej ciało i dusza są najlepiej ubrane na ziemi.

Czy tak naprawdę pisze jakikolwiek pamiętnik/dziennik/jakkolwiek to nazwać? Czy przeżywam go? Przeżyłem? Przeżyję? W jakim punkcie znajduje się moja egzystencja, a w jakiej te domniemane zapiski? Czy jest między nimi powiązanie? Czy są realne? Czy jedno z nich jest abstrakcyjne? Czy dwa? Odpowiedź na to pytanie wydaje się tak ważna jak odpowiedź na pytanie, czy zacząłbym list jak Platon, Epikur czy raczej jak Kleon. Dlatego też od odpowiedzi się powstrzymam.


niedziela, 26 maja 2013

26.05.13

Ruchliwy mój umysł nie lubi spoczywać w jednym miejscu, mierzi go stagnacja, irytuje marazm. Dziś znajduje się w Argentynie, gdzie ogrzewa się w blasku (niestety, nie Słońca - w boskim Buenos pora deszczowa, temperatura nie przekracza 20 stopni Celsjusza) umysłu, poezji, osoby Juana Gelmana, autora wybitnego "Listu do matki". Wydaje się idealny do zamieszczenia z powodu korelacji z dzisiejszą datą, niemniej nie przepiszę go sobie tutaj z powodu długości. Matka ważną jest osobą, choć w poezji jako jej adresat ustępuje pierwszeństwa wybrankom serca. Oczywiście ilościowo, jakość jest zupełnie innym zagadnieniem.

XXI
usłyszałem twój głos w moim oknie/
moje okno nie wychodzi na twój głos/
ledwie na świat wychodzi/
jak twój głos mógł tu dojść?/
ośnieżony ptak
wyjada pszenicę
w szepcie

słońca/

Drugim ważnym motywem twórczości argentyńskiego poety jest wygnanie. Wpłynęły na to osobiste doświadczenia, których oczywiście nie będę tutaj roztrząsał. Nie biografem jestem, a marnym pamiętnikarzem.
Jako refleksyjną dygresję wtrącę tutaj słowa Ismaila Kadare, pisarza albańskiego (w tłum. angielskim):
The writee is always to some extent in exile, wherever he is, because he is somehow outside, separated from other; there is always a distance.
Tymczasem niech Juan Gelman przemawia za siebie swoją poezję, nie ja za niego:

Wygnaniec

wydalono mnie z pałacu/
było mi to obojętne/
wypędzono mnie z mej ziemi/
przemierzałem ziemię/
deportowano mnie z mej mowy/
ona mnie nie odstąpiła/
oddalasz mnie od siebie/ i
gasną moje kości/
ogarnia mnie żywy ogień/
zostałem wygnany ze mnie/

yehuda al-harizi
(1170-1237 / toledo-prowansja-palestyna)
Tyle Juan Gelman. Wpis zakończę ostatnim wersem innego utworu zatytułowanego, czy raczej, wyrażając się precyzyjniej, zanumerowanego cyfrą rzymską V ("z obowiązków wygnania..."). Oto wezwanie kończące ów wiersz:

nie zapomnij zapomnieć zapomnienia 

wtorek, 21 maja 2013

Metafizyka, czyli...


Metafizyka, czyli głową w mur


Koniec świata jest jednym z najbardziej trywializowanych tematów. Wystarczy "wróżba” czy „przepowiednia” zupełnie anonimowego, samozwańczego „wróżbiarza” czy „jasnowidza”, by pewna część społeczeństwa poddała się panice. Nowoczesne, globalne media ułatwiają sianie zamętu, nie one jednak są przyczyną całego problemu, o czym świadczy chociażby obchodzona hucznie każdego roku jego ostatnia noc – czyli popularny Sylwester. Obyczaj ten wywodzi się z przełomu lat 999 i 1000, a więc z matematycznego punktu widzenia niczym nie wyróżniającej się daty. Pierwsze tysiąclecie naszej ery potrwać miało jeszcze kolejny rok, a co za tym idzie, apokalipsa, antychryst czy Sąd Ostateczny nie powinny być przewidywane. Tymczasem, jak wiadomo, było inaczej – chrześcijański świat panikował i przygotowywał się na nadchodzący koniec. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział o istnieniu kalendarzu Majów, lecz nawet jeśli przyjąć by taką ewentualność, wiedza ta z całą pewnością nie złagodziłaby lęku ludzi tamtej epoki. Lęku irracjonalnego, jak irracjonalny jest każdy lęk przed każdym końcem, nie tylko końcem świata.
Dlaczego? Dlaczego go odczuwamy i tak łatwo mu się poddajemy, czego najświeższym przykładem jest panika przed domniemanym końcem 21 grudnia ubiegłego roku? Prosta odpowiedź na to pytanie nie istnieje, a próby jej poszukiwania można porównać z próbami przewidywania apokalipsy. Tłumaczenie procesów zachodzących w ludzkiej podświadomości jest zajęciem trudnym i ryzykownym, bardzo łatwo dokonać nadinterpretacji czy wręcz wymyślić własną, zupełnie oderwaną od rzeczywistości teorię. W swoim szkicu postaram się poszukać mniej lub bardziej satysfakcjonującej odpowiedzi na zadane wyżej pytanie poprzez jak najszersze spojrzenie na omawiane zagadnienie.
Pryzmatów przez które mogę analizować rozważaną problematykę jest nieskończenie wiele, choćby biologiczny, gospodarczy, historyczny, kulturowy, okultystyczny, oniryczny, polityczny, psychologiczny, religijny, socjologiczny i wiele innych. Dokładne skupienie się na którymkolwiek z nich wymagałoby dogłębnych studiów, a w efekcie, poza ujemnym wpływem na końcową syntezę rozważań wywołaną ograniczeniem ich pola do jednej dziedziny nauki, szkic stałby się nie tyle nużącą lekturą dla czytelnika, co katorgą dla autora. Dlatego wnikliwość będzie ceną, jaką pozwolę sobie zapłacić za możliwość szerokiego, choć z całą pewnością nie wystarczjąco szerokiego, spojrzenia.
Niemożliwe jednak wydaje się rozpoczęcie wywodu bez odpowiedzi na podstawowe pytanie - czym jest koniec świata? Powrotem do stanu przed jego powstaniem? Katastrofą wymazującą Ziemię z mapy Wszechświata? Wyginięciem życia? Wymarciem gatunku ludzkiego?  Śmiercią jednostki?
Z całą pewnością wiadomo, że kilka końców świata miała już miejsce, choćby dla non-avian dinosaurs, czyli nielatających dinozaurów. Lecz czy można przypuszczać, by te wielkie gady panikowały, czyniły jakieś przygotowania, a może nawet przewidziały kres swojej egzystencji? Oczywiście jest to czysta fantazja, choć nie można wykluczyć swego rodzaju instynktu biologicznego przenikającego owe organizmy. Czy w ubiegłym roku instynkt taki doszedł powszechnie do głosu u homo sapiens? Świat istnieje dalej, więc naturalnym wnioskiem jest stwierdzenie, że żaden instynkt wewnętrzny nikomu o końcu świata nie mówił, a jeśli tak, to był on sztucznie wyhodowany. (Istnieje jeszcze możliwość, że apokalipsa nadchodzi, a jej wewnętrzne  przeczucie wśród niektórych ludzi pokryło się z zakończeniem kalendarza Majów; hipotezę tę jako fantastyczną i wymykającą się możliwości racjonalnej analizy odrzucam.)
Gospodarcza katastrofa w związku z rosnącą liczbą ludności nie groziła nam w grudniu i rychło nie zagrozi. Gdyby jednak miała ona zajrzeć kiedyś społeczeństwu w oczu, nie byłaby już tak groźna, przede wszystkim ze względu na postęp technologiczny. Widmo niedostatku żywności spowodowałoby działania prewencyjne, w efekcie stając się jedynie problemem do rozwiązania, a nie przyczyną upadku cywilizacji, czyli swoistego końca świata. Czynnik gospodarczy nie mógł być więc przyczyną grudniowej paniki.
Z kolei, patrząc z historycznego punktu widzenia, można stwierdzić, że kolejna wojna stałaby się najprawdopodobniej wojną jądrową, stwarzając ryzyko wybicia całej populacji. Domniemanie ubiegłorocznego końca świata nie miało jednak oparcia na arenie politycznej, co skreśla czynnik historyczny jako możliwy powód zaistniałej paranoi.
Spojrzenie przez pryzmat kultury wydaje się zupełnie bezcelowe – „koniec świata” dla cywilizacji prekolumbijskich zaczął nastąpować wraz z przybyciem kolonizatorów, więc kalendarz Majów „spóźnił się” o jakieś 500 lat. Jak więc można było oczekiwać, że pokryje się z apokalipsą świata obcej jego autorom kultury europejskiej?
Czynniki okultystyczne, spirytystyczne czy oniryczne to czynniki zdecydowanie nieracjonalne. Sen, duch czy wizja teoretycznie mogą stać się zapowiedzią końca świata, lecz w praktyce takich zapowiedzi otrzymaliśmy niezliczone ilości, i jak wiadomo, nic z nich nie wynikło. Co więcej, najliczebniejsze religie nie określają terminu apokalipsy. Nic nie zapowiada więc boskiej interwencji w sprawy naszego świata, możemy więc spać spokojnie.
Socjologiczne ujęcie wymaga postawienia diagnozy współczesnemu społeczeństwu. Jakakolwiek jednak by ona nie była, z całą pewnością nie pozwalałaby na wysnucie teorii o zbliżającym się końcu świata. Człowiek nie stanie się nagle samotnym łowcą, a organizm społeczny, choćby toczony ciężkimi chorobami, nie ulegnie rozkładowi.
Dlaczego więc w 2012 roku ludzie masowo ulegli panice? Odpowiedź kryje się w ich głowach, umysłach. Nie trzeba jednak wyciągać średniej arytmetycznej z określonej liczby umysłów dla jej znalezienia. Wystarczy spojrzeć na statystycznego człowieka, „przeciętnego zjadacza chleba”. Człowiek taki usłyszał kilka razy, w radiu, telewizji czy od znajomych o nadchodzącym końcu świata. Idąc tym tokiem myślenia można stwiedzić, że to rozgłos był główną przyczyną paniki. Czy jednak na pewno? Przecież człowiek jest istotą myślącą i potrafi wyciągać wnioski z otrzymanych informacji. Zaprzeczył temu Joseph Goebells, który stwierdził, że kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą. Tak stało się i w tym przypadku – bezustanne trąbienie o końcu świata sprawiło, że ludzie w nie uwierzyli. Wiara ta pociągła za sobą rozkręcenie machiny biznesowej (produkcje filmowe, książki, t-shirty etc.), która z kolei jeszcze bardziej zwiększała rozgłos będący w jej intersie. Tak powstałe koło toczyło się z coraz większą prędkością, dopóki nie rozbiło się o datę – 21 grudnia 2012r.
Rozgłos zmusił wyżej wspomnianego szarego człowieka do stanięcia twarzą w twarz z zagadnieniem końca. Końca, czyli śmierci, a więc zagadnieniem, o którym za wszelką cenę każdego dnia stara się zapomnieć. Przede wszystkim zaczyna wyobrażać sobie, jak ten domniemany koniec będzie wyglądał. Ludzka wyobraźnia jest tutaj nieograniczona, lecz choćby apokalipsa równała się inwazji ludożerczych lodówek, koniec pozostanie końcem, a więc śmiercią. Perspektywa „przenosin na łono Abrahama” przeraża ludzkość od początku i będzie przerażać zawsze, choć odkrycie kamienia filozoficznego mogłoby wiele zmienić w tej materii. Jednak póki co musimy zadowolić się ewentualnym zbawieniem. Czy jednak na Sądzie Ostatecznym dobre uczynki przewyższą swoim ciężarem złe? Myśl ta sprawia, że człowiek zaczyna patrzeć na swoje życie „z lotu ptaka”, oceniając je tak obiektywnie, jak tylko potrafi. Rezultatem takiej oceny jest zwykle panika i rozpacz – „jak mogłem tak żyć?”, „Zostało zbyt mało czasu, by móc to wszystko naprawić”. W ten sposób nawet pomimo początkowego sceptycyzmu zaczynamy rozważać zupełnie na poważnie – a jeśli jednak koniec świata nastąpi? A jeśli jednak umrę tego 21 grudnia, to co wtedy?
Jest to oczywiście odpowiednio zmodyfikowany zakład Pascala – pomimo niewiary lepiej przygotować się na ewentualną apokalipsę poprzez pogodzenie się ze sobą, Bogiem i otoczeniem, poprzez zakupienie konserw, broni. Wielu zrobiło coś, czego nie zrobiłoby nigdy, gdyby nie perspektywa apokalipsy.
Właśnie dlatego ludzie uwierzyli w koniec świata mający nadejść 21 grudnia 2012 roku – dostosowując do istniejącej sytuacji zakład Pascala. Zachowanie oportunistyczne, małostkowe i nieszczere, bo przecież, jak twierdził Richard Dawkins w „Bogu urojonym”, wiara w Boga (w tym przypadku koniec świata) nie jest przedmiotem wyboru, a Pascal zachęca do jej udawania.
Pragnienie złudnego poczucia bezpieczeństwa jest według mnie główną przyczyną, dla której wielu przyjęło, że apokalipsa nadejdzie 21 grudnia 2012 roku. W mniejszym stopniu stało się to z powodu ich ignorancji i łatwowierności oraz niezdolności do samodzielnego myślenia.
W ten sposób odpowiedź na pytanie postawione na wstępie znalazłem w metafizyce – dziedzinie obalonej już przez Kanta. Czy jednak możliwe jest znalezienie na nie jakiejkolwiek racjonalnej, nie oderwanej od naukowego gruntu odpowiedzi? Jej poszukiwanie przypomina raczej pogoń za mgłą unoszącą się nad ziemią. Nie wiadomo, co może się w niej kryć. Jedynym pewnikiem jest fakt, że jej nieostrożne przeczesywanie może się skończyć nagłym, bolesnym uderzeniem głową w mur.


niedziela, 12 maja 2013

12.05.12

Ci maią winka y pieczyste,
Ptaszęta, rybki, leśne zwierzę,

Sosy y smaki zawiesiste.
Iayca kładzione, z octem, świeże;
Nie są podobni do murarzy,
Którym trza służyć w wielkim trudzie.
Tu się pomocnik nie nadarzy;

Sami se zżuią, dobrzy ludzie.

Czytając "Wielki Testament" Villona rodzi się we mnie altruizm. Ci jednak, co prawdziwie potrzebują pomocy, nie chcą jej przyjąć, pozostaję więc dalej egoistycznie zawieszony w pustce nicnierobienia.

Czyż nie jest to jedno z najzgrabniejszych ogłoszeń o pomoc, zwaną mecenatem? Sam sobie gratulując, z radością wykrzykuje w ślad za Słonimskim (wiersz: "Wybiegnij za mną..."):
Wybiegnij za mną, luba, jak pies przed zagrodę!
Piękne to wyznanie liryczne idealnie nadaje się na podsumowanie dzisiejszego krótkiego wywodu będącego subtelnym ogłoszeniem. Teraz także matrymonialnym.

czwartek, 9 maja 2013

okoń

okoń
  
świadomie postępuje nieświadomie
tak! te myśli nie istnieją
one nie są moje
ja tych myśli nie wymyśliłem
to po prostu tak się dzieje
niech się dzieje jest jak jest
ja tych myśli nie wymyślam
ale one będą są i były
jednak chcę ich słuchać

nieświadomie postępuje świadomie
czy te myśli naprawdę istnieją?
skoro do ich wcielenia w życie całym
swym jestestwem dążę, jak twierdzisz,
to nawet nie zdawałem sobie sprawy
to takie wręcz groteskowe
wciąż myślę, że ja tych myśli nie wymyśliłem
widać nie znam siebie
intelekt? jaki intelekt?
jak widać nie wiem co czuje myślę pragnę

jestem tylko okoniem w rzece swojego istnienia
okoniem w nurcie rzeki swojego istnienia staję

wtorek, 7 maja 2013

07.05.13

Wciąż nie mam nic do powiedzenia. Wciąż więc wyrażam się myślami innych: interpretując je dowolnie, bawiąc się nimi, zamieniając i podmieniając pojęcia, mieszając definicje, łącząc i ignorując wątki, nic nie biorąc dosłownie i nic nie biorąc ogólnie. Obiektywnie wątpliwy zaszczyt przejrzenia się w zwierciadle mojego hurrasubiektywizmu przypadnie dzisiaj "Wilkowi stepowemu" Hermana Hessego:


"Moim zdaniem mówienie o muzyce nie ma żadnego sensu. Ja nigdy nie mówię o muzyce. (...) Ja jestem muzykiem, (...) i nie sądzę, aby w muzyce posiadanie słuszności miało jakąkolwiek wartość. W muzyce nie chodzi o to, że się ma rację, smak, wykształcenie i tę całą resztę, ale o to, żeby grać, (...) żeby grać tak dobrze, tak dużo i tak intensywnie, jak tylko można!"

"Dobrze cię rozumiem, także twój wstręt do polityki, smutek z powodu czczej gadaniny i nieodpowiedzialnych poczynań partii, prasy, twoją rozpacz z powodu ostatniej wojny i tych, które jeszcze będą, sposób, w jaki dziś się myśli, czyta, buduje, uprawia muzykę, obchodzi uroczystości, szerzy wiedzę. (...) wilku stepowy, (...) jesteś dla tego prostego, wygodnego dzisiejszego świata, zadowalającego się byle czym, za bardzo wymagający i za głodny, on cię wypluwa, masz dla niego o jeden wymiar za dużo: zamiast brzdąkania żądasz muzyki, zamiast zadowolenia - radości, zamiast pieniędzy - duszy, zamiast taśmowej produkcji - prawdziwej roboty, a zamiast flirtu - prawdziwej namiętności."


niedziela, 5 maja 2013

05.05.13

Cóż, chciałem już nie wyręczać się Broniewskim i zamieścić tu jakieś swoje myśli. Jakby nie patrzeć, taka jest w końcu idea mojego dziennika. I mówi się, że dobrą rzeczą jest mieć dziennik, że pomaga tak i tak, że łatwiej dzięki niemu zebrać myśli. Takie jest główne założenie, lecz trzeba mieć co zakładać i zbierać. Czy pierwszy powinien być dziennik czy myśli, to dylemat równy dylematowi dotyczący pierwszeństwa kury przed jajkiem (bądź jajka przed kurą). Inteligentne te rozważania ucinam, raz jeszcze wyręczając się Broniewskim. Po raz ostatni. Tym razem wierszem. "Wierszem ostatnim".


      Wiersz ostatni

      Tyś mnie kochała, ale nie tak,
      jak kochać trzeba,
      i szliśmy razem, ale nie w takt -
      przebacz.

      Ja jeszcze długo... Rok albo dwa.
      Potem zapomnę.
      Teraz, gdy boli, teraz, gdy trwa,
      dzwonię podzwonne.


      A tobie, miła, na co ten dzwon
      brzmiący z oddali?
      Miłość niewielka, błahy jej zgon,
      i idziesz dalej.


      Cóż mam od życia? - troskę i pieśń
      (ciebie już nie ma).
      Muszę im ufać, muszę je nieść,
      pisać poemat.


      Cóż mam od życia? - chyba już wiesz,
      czujna i płocha? -
      tylko ten smutek, tylko ten wiersz,
      który mnie kocha.


Jako że wyszło pesymistycznie, a nie tego chciałem, to jedynie tak urzekający jest ten wiersz, tak pięknie brzmiąca pierwsza strofa, więc zakończę inaczej. Wciąż Broniewskim, lecz już nie utworem zaczerpniętym z "Drzewa rozpaczającego", lecz, jako że optymistyczniej, z "Nadziei".


Baudelaire

Chciałbym, żebyś szła

pod wiotką parasolką,
ulicą jesienną
pełną drzew
nagich,
ale jakże pięknych.
Takimi ulicami
chodził Baudelaire
i myślał,
czy na jutro
będzie miał wiersz
dla matki
i dla kochanki...
I dla chleba.

I ta ulica jesienna w maju nie do końca odpowiada. Inaczej zakończę, raz jeszcze wsłuchują się w dźwięki "Wiersza ostatniego". Dźwięki tak doskonałe.

Tyś mnie kochała, ale nie tak,
jak kochać trzeba,
i szliśmy razem, ale nie w takt -
przebacz.

piątek, 3 maja 2013

03.05.13

Wszystko zostało już powiedziane, więc wyrażę się słowami Władysława Broniewskiego ("Pamiętnik. 1918-1922"):


1. Próba definicji tego tu.

"Śmietnik umysłowy, drzewo wiadomości dobrego i złego, myśli swoje i cudze, rzeczy głupie i poniekąd dobre, samoanaliza i samokarykatura, małpie zwierciadło etc. A przede wszystkim swoboda koślawego stylu, koślawych wierszy."


2. Próba komentarza odnośnie miesięcznego milczenia.
 
"Coraz mniej i coraz rzadziej wyrzucam coś na mój "śmietnik umysłowy". Czemu to przypisać, trudno mi na razie określić. Zdaje się, że najbardziej przyczyniła się tu świadomość dziwnego jakiegoś wyjałowienia i pustki. Czasami to mnie nawet przygnębiało i nastrajało pesymistycznie."
 
"Zauważyłem, że coraz idiotyczniej pisząc w niniejszym dzienniku, faktycznie idiocieję sam coraz bardziej. Tępe, krótkie myśli - wszystko przykryte grubą jakąś powłoką, jak lawą, którą gdy przebiję - ból."


3. Wątpliwość dot. tego, co dalej.

"Cóż ja - ze wszystkimi moimi słabostkami, quasi-kulturą, quasi-uzdolnieniami, bez woli, bez zdecydowanego dążenia w jednym kierunku, stawiający n a d  
w s z y s t k i m znaki zapytania, cóż ja, do licha, mam ludziom do powiedzenia? Chyba postawić znak zapytania na własnym nekrologu?"