Metafizyka, czyli głową w mur
Koniec świata jest jednym z najbardziej trywializowanych
tematów. Wystarczy "wróżba” czy „przepowiednia” zupełnie anonimowego,
samozwańczego „wróżbiarza” czy „jasnowidza”, by pewna część społeczeństwa
poddała się panice. Nowoczesne, globalne media ułatwiają sianie zamętu, nie one
jednak są przyczyną całego problemu, o czym świadczy chociażby obchodzona
hucznie każdego roku jego ostatnia noc – czyli popularny Sylwester. Obyczaj ten
wywodzi się z przełomu lat 999 i 1000, a więc z matematycznego punktu widzenia niczym
nie wyróżniającej się daty. Pierwsze tysiąclecie naszej ery potrwać miało
jeszcze kolejny rok, a co za tym idzie, apokalipsa, antychryst czy Sąd
Ostateczny nie powinny być przewidywane. Tymczasem, jak wiadomo, było inaczej –
chrześcijański świat panikował i przygotowywał się na nadchodzący koniec. Wtedy
jeszcze nikt nie wiedział o istnieniu kalendarzu Majów, lecz nawet jeśli
przyjąć by taką ewentualność, wiedza ta z całą pewnością nie złagodziłaby lęku
ludzi tamtej epoki. Lęku irracjonalnego, jak irracjonalny jest każdy lęk przed każdym
końcem, nie tylko końcem świata.
Dlaczego? Dlaczego go odczuwamy i tak
łatwo mu się poddajemy, czego najświeższym przykładem jest panika przed
domniemanym końcem 21 grudnia ubiegłego roku? Prosta odpowiedź na to pytanie
nie istnieje, a próby jej poszukiwania można porównać z próbami przewidywania
apokalipsy. Tłumaczenie procesów zachodzących w ludzkiej podświadomości jest
zajęciem trudnym i ryzykownym, bardzo łatwo dokonać nadinterpretacji czy wręcz
wymyślić własną, zupełnie oderwaną od rzeczywistości teorię. W swoim szkicu
postaram się poszukać mniej lub bardziej satysfakcjonującej odpowiedzi na
zadane wyżej pytanie poprzez jak najszersze spojrzenie na omawiane zagadnienie.
Pryzmatów przez które mogę analizować
rozważaną problematykę jest nieskończenie wiele, choćby biologiczny, gospodarczy,
historyczny, kulturowy, okultystyczny, oniryczny, polityczny, psychologiczny,
religijny, socjologiczny i wiele innych. Dokładne skupienie się na
którymkolwiek z nich wymagałoby dogłębnych studiów, a w efekcie, poza ujemnym
wpływem na końcową syntezę rozważań wywołaną ograniczeniem ich pola do jednej
dziedziny nauki, szkic stałby się nie tyle nużącą lekturą dla czytelnika, co
katorgą dla autora. Dlatego wnikliwość będzie ceną, jaką pozwolę sobie zapłacić
za możliwość szerokiego, choć z całą pewnością nie wystarczjąco szerokiego,
spojrzenia.
Niemożliwe jednak wydaje się rozpoczęcie
wywodu bez odpowiedzi na podstawowe pytanie - czym jest koniec świata? Powrotem
do stanu przed jego powstaniem? Katastrofą wymazującą Ziemię z mapy
Wszechświata? Wyginięciem życia? Wymarciem gatunku ludzkiego? Śmiercią jednostki?
Z całą pewnością wiadomo, że kilka
końców świata miała już miejsce, choćby dla non-avian dinosaurs, czyli
nielatających dinozaurów. Lecz czy można przypuszczać, by te wielkie gady panikowały,
czyniły jakieś przygotowania, a może nawet przewidziały kres swojej
egzystencji? Oczywiście jest to czysta fantazja, choć nie można wykluczyć swego
rodzaju instynktu biologicznego przenikającego owe organizmy. Czy w ubiegłym
roku instynkt taki doszedł powszechnie do głosu u homo sapiens? Świat istnieje
dalej, więc naturalnym wnioskiem jest stwierdzenie, że żaden instynkt
wewnętrzny nikomu o końcu świata nie mówił, a jeśli tak, to był on sztucznie
wyhodowany. (Istnieje jeszcze możliwość, że apokalipsa nadchodzi, a jej
wewnętrzne przeczucie wśród niektórych
ludzi pokryło się z zakończeniem kalendarza Majów; hipotezę tę jako
fantastyczną i wymykającą się możliwości racjonalnej analizy odrzucam.)
Gospodarcza katastrofa w związku z rosnącą
liczbą ludności nie groziła nam w grudniu i rychło nie zagrozi. Gdyby jednak
miała ona zajrzeć kiedyś społeczeństwu w oczu, nie byłaby już tak groźna,
przede wszystkim ze względu na postęp technologiczny. Widmo niedostatku
żywności spowodowałoby działania prewencyjne, w efekcie stając się jedynie
problemem do rozwiązania, a nie przyczyną upadku cywilizacji, czyli swoistego
końca świata. Czynnik gospodarczy nie mógł być więc przyczyną grudniowej
paniki.
Z kolei, patrząc z historycznego punktu
widzenia, można stwierdzić, że kolejna wojna stałaby się najprawdopodobniej
wojną jądrową, stwarzając ryzyko wybicia całej populacji. Domniemanie
ubiegłorocznego końca świata nie miało jednak oparcia na arenie politycznej, co
skreśla czynnik historyczny jako możliwy powód zaistniałej paranoi.
Spojrzenie przez pryzmat kultury wydaje
się zupełnie bezcelowe – „koniec świata” dla cywilizacji prekolumbijskich
zaczął nastąpować wraz z przybyciem kolonizatorów, więc kalendarz Majów
„spóźnił się” o jakieś 500 lat. Jak więc można było oczekiwać, że pokryje się z
apokalipsą świata obcej jego autorom kultury europejskiej?
Czynniki okultystyczne, spirytystyczne
czy oniryczne to czynniki zdecydowanie nieracjonalne. Sen, duch czy wizja
teoretycznie mogą stać się zapowiedzią końca świata, lecz w praktyce takich
zapowiedzi otrzymaliśmy niezliczone ilości, i jak wiadomo, nic z nich nie
wynikło. Co więcej, najliczebniejsze religie nie określają terminu apokalipsy.
Nic nie zapowiada więc boskiej interwencji w sprawy naszego świata, możemy więc
spać spokojnie.
Socjologiczne ujęcie wymaga postawienia
diagnozy współczesnemu społeczeństwu. Jakakolwiek jednak by ona nie była, z
całą pewnością nie pozwalałaby na wysnucie teorii o zbliżającym się końcu
świata. Człowiek nie stanie się nagle samotnym łowcą, a organizm społeczny,
choćby toczony ciężkimi chorobami, nie ulegnie rozkładowi.
Dlaczego więc w 2012 roku ludzie masowo
ulegli panice? Odpowiedź kryje się w ich głowach, umysłach. Nie trzeba jednak
wyciągać średniej arytmetycznej z określonej liczby umysłów dla jej
znalezienia. Wystarczy spojrzeć na statystycznego człowieka, „przeciętnego
zjadacza chleba”. Człowiek taki usłyszał kilka razy, w radiu, telewizji czy od
znajomych o nadchodzącym końcu świata. Idąc tym tokiem myślenia można stwiedzić,
że to rozgłos był główną przyczyną paniki. Czy jednak na pewno? Przecież
człowiek jest istotą myślącą i potrafi wyciągać wnioski z otrzymanych
informacji. Zaprzeczył temu Joseph Goebells, który stwierdził, że kłamstwo
powtarzane tysiąc razy staje się prawdą. Tak stało się i w tym przypadku –
bezustanne trąbienie o końcu świata sprawiło, że ludzie w nie uwierzyli. Wiara
ta pociągła za sobą rozkręcenie machiny biznesowej (produkcje filmowe, książki,
t-shirty etc.), która z kolei jeszcze bardziej zwiększała rozgłos będący w jej
intersie. Tak powstałe koło toczyło się z coraz większą prędkością, dopóki nie
rozbiło się o datę – 21 grudnia 2012r.
Rozgłos zmusił wyżej wspomnianego
szarego człowieka do stanięcia twarzą w twarz z zagadnieniem końca. Końca,
czyli śmierci, a więc zagadnieniem, o którym za wszelką cenę każdego dnia stara
się zapomnieć. Przede wszystkim zaczyna wyobrażać sobie, jak ten domniemany
koniec będzie wyglądał. Ludzka wyobraźnia jest tutaj nieograniczona, lecz
choćby apokalipsa równała się inwazji ludożerczych lodówek, koniec pozostanie
końcem, a więc śmiercią. Perspektywa „przenosin na łono Abrahama” przeraża
ludzkość od początku i będzie przerażać zawsze, choć odkrycie kamienia
filozoficznego mogłoby wiele zmienić w tej materii. Jednak póki co musimy
zadowolić się ewentualnym zbawieniem. Czy jednak na Sądzie Ostatecznym dobre
uczynki przewyższą swoim ciężarem złe? Myśl ta sprawia, że człowiek zaczyna
patrzeć na swoje życie „z lotu ptaka”, oceniając je tak obiektywnie, jak tylko
potrafi. Rezultatem takiej oceny jest zwykle panika i rozpacz – „jak mogłem tak
żyć?”, „Zostało zbyt mało czasu, by móc to wszystko naprawić”. W ten sposób
nawet pomimo początkowego sceptycyzmu zaczynamy rozważać zupełnie na poważnie –
a jeśli jednak koniec świata nastąpi? A jeśli jednak umrę tego 21 grudnia, to
co wtedy?
Jest to oczywiście odpowiednio
zmodyfikowany zakład Pascala – pomimo niewiary lepiej przygotować się na
ewentualną apokalipsę poprzez pogodzenie się ze sobą, Bogiem i otoczeniem,
poprzez zakupienie konserw, broni. Wielu zrobiło coś, czego nie zrobiłoby
nigdy, gdyby nie perspektywa apokalipsy.
Właśnie dlatego ludzie uwierzyli w
koniec świata mający nadejść 21 grudnia 2012 roku – dostosowując do istniejącej
sytuacji zakład Pascala. Zachowanie oportunistyczne, małostkowe i nieszczere,
bo przecież, jak twierdził Richard Dawkins w „Bogu urojonym”, wiara w Boga (w
tym przypadku koniec świata) nie jest przedmiotem wyboru, a Pascal zachęca do
jej udawania.
Pragnienie złudnego poczucia
bezpieczeństwa jest według mnie główną przyczyną, dla której wielu przyjęło, że
apokalipsa nadejdzie 21 grudnia 2012 roku. W mniejszym stopniu stało się to z
powodu ich ignorancji i łatwowierności oraz niezdolności do samodzielnego
myślenia.
W ten sposób odpowiedź na pytanie
postawione na wstępie znalazłem w metafizyce – dziedzinie obalonej już przez
Kanta. Czy jednak możliwe jest znalezienie na nie jakiejkolwiek racjonalnej,
nie oderwanej od naukowego gruntu odpowiedzi? Jej poszukiwanie przypomina
raczej pogoń za mgłą unoszącą się nad ziemią. Nie wiadomo, co może się w niej
kryć. Jedynym pewnikiem jest fakt, że jej nieostrożne przeczesywanie może się
skończyć nagłym, bolesnym uderzeniem głową w mur.