sobota, 27 grudnia 2014

27.12.14

Wkoło napotykam nowe wydania i tłumaczenia powieści Johna Fantego, który swoje zmartwychwstanie zawdzięcza popularności Bukowskiego ("Fante był moim bogiem"). No to wziąłem i przeczytałem. Drogę do Los Angeles, pierwsze dzieło.
Słabe, pomyślałem na początku. O, ale zdarzają się ładne sformułowania. Obniżenie tonu. I grom zdań, sekwencji całych, co za fraza! Poniżej to, co żem zdołał wynotować. Końcówki i przedkońcówki książki już nie pamiętam, niosła mnie ta fraza. Co za fraza!

Tył głowy Manuela przypominał futro czarnego kota zgolone zardzewiałym nożem rzeźnickim. Odrosty były jak urwiska, ot domowe strzyżenie. Na siedzeniu jego ogrodniczek widniała łata z białego płótna. Była kiepsko przyszyta, jakby użył do tego szpilki do włosów i kawałka sznurka. Obcasy miał starte aż do samej mokrej podłogi, a podeszwy naprawione włóknem przybitym dużymi gwoździami. Wyglądał tak biednie, że doprowadzało mnie to do szału. Znałem wielu biednych ludzi, ale Manuel nie musiał być aż tak ubogi.
- Powiedz - odezwałem się. - Ile zarabiasz, na litość boską?
Tyle co ja. Dwadzieścia pięć centów na godzinę.


Dni przychodziły wraz z mgłą. Noce były nocami i niczym więcej. Dni nie zmieniały się z jednego w drugi, złote słońce raziło ogniem, a potem umierało. Byłem zawsze sam. Nie przypominałem sobie podobnej monotonii. Dni się nie poruszały. Stały jak szare głazy. Czas mijał wolno. Przepełzły dwa miesiące.

Ano, jak zawsze trochę mnie nie było i znów wracam celebrując powrót.
Rok ogólnie był słaby, mój dzienniczku. Nie celebrujmy nic tym razem.
Ubogie to roku zamknięcie. Ale czy na pewno?

środa, 5 listopada 2014

05.11.14

Zanim wyjaśnię swoją awersję do publicznego transportu rzucę jakiegoś Bukowskiego, bo cóż poza Pessoą bardziej odpowiedniego na nostalgiczne kolory melancholijnego zmierzchu roku, kiedy zapadający zmrok powoduje ogólnoustrojową acedię i transcendentalny weltschmerz?
Kartkuję więc Kobiety, Faktotum, Z szynką raz!, inne powieści, kolejne opowiadania, lecz na dłużej zatrzymuję się dopiero przy wyborze wierszy z lat 1951-1993, zatytułowanym, jakże odpowiednio, The Pleasures of the Damned.
I gdzież podziały się moje przyjemności? Jakże, przeklętym będąc, takowe czerpać, z czego zaczerpnąć? Ano, nic prostszego jak pojechać piramidą Maslowa, wziąć się i spocić, ułamek tlenu zaczerpnąć przy kolejnym papierosie, morze alkoholu utopić w kilku kroplach wody, odespać bezsenne noce nadchodzącej starości, posiłek przerwać kolejnym posiłkiem, krzyknąć i patrzeć jak w przepaść leci lawina nienaglących potrzeb. Wyżej nie ma się już co wspinać. Koniec końców niczym innym jest każda piramida jak, ni mniej, ni więcej, grobowcem.

the pleasures of the damned
the pleasures of the damned
are limited to brief moments
of happiness:
like the eyes in the look of a dog,
like a square of wax,
like a fire taking the city hall,

the county,
the continent,
like fire taking the hair
of maidens and monsters;
and hawks buzzing in peach trees,
the sea running between their claws,
Time
drunk and damp,
everything burning,
everything wet,
everything fine.

owych brief moments o tej porze nijak uświadczyć, a nawet gdy, wciąż wyczekiwane, przyjdą, jak powieki wytrenować, by niewczas nie mrugnąć? 
nieważne; przecież i tak są one limited, jak i wszystko: czas, przestrzeń, my, cóż dopiero owe pleasures.

A teraz przejście do drugiej części dzisiejszej trylogii, następuje przekazanie głosu Miłoszowi:

Tendresse. Wolę to słowo niż polskie czułość. Kiedy ściska w gardle, dlatego że istota, na którą patrzę, jest tak bardzo krucha, ranliwa, śmiertelna, wtedy tendresse.
Esse

Przyglądałem się tej twarzy w osłupieniu. Przebiegały światła stacji metra, nie zauważałem ich. Co można zrobić, jeżeli wzrok nie ma siły absolutnej, tak żeby wciągał przedmioty z zachłyśnięciem się szybkości, zostawiając za sobą już tylko pustkę formy idealnej, znak, niby hieroglif, który uproszczono z rysunku zwierzęcia czy ptaka? Lekko zadarty nos, wysokie czoło z gładko zaczesanymi włosami, linia podbródka - ale dlaczego wzrok nie ma siły absolutnej? - i w różowawej bieli wycięte otwory, w których ciemna błyszcząca lawa. Wchłonąć tę twarz, ale równocześnie mieć ją na tle wszystkich gałęzi wiosennych, murów, fal, w płaczu, w śmiechu, w cofnięciu jej o piętnaście lat, w posunięciu naprzód o trzydzieści lat. Mieć. To nawet nie pożądanie. Jak motyl, ryba, łodyga rośliny, tylko rzecz bardziej tajemnicza. Na to mi przyszło, że po tylu próbach nazywania świata umiem już tylko powtarzać w kółko najwyższe, jedyne wyznanie, poza które żadna moc nie może sięgnąć: ja jestem - ona jest. Krzyczcie, dmijcie w trąby, utwórzcie tysiączne pochody, skaczcie, rozdzierajcie sobie ubrania, powtarzając to jedno: jest! I po co zapisano stronice, tony, katedry stronic, jeżeli bełkocę, jakbym był pierwszym, który wyłonił się z iłu na brzegach oceanu? Na co zdały się cywilizacje Słońca, czerwony pył rozpadających się miast, zbroje i motory w pyle pustyń, jeżeli nie dodały nic do tego dźwięku: jest?
Wysiadłem na Raspail. Zostałem z ogromem rzeczy istniejących. Gąbka, która cierpi, bo nie może napełnić się wodą, rzeka, która cierpi, bo odbicia obłoków i drzew nie są obłokami i drzewami.

Brie-Comte-Robert, 1954

czwartek, 9 października 2014

Legenda, fragment 2

fragmenty notatnika do nienapisanego poematy "Legenda"
fragment drugi

W życiu piękne są tylko chwile, a życie sztuką jest chwil
Łączenia w sekwencje: sekund w minuty, minut w godziny,

Tych w dni całe i dalej: w tygodnie, miesiące, kwartały i lata.
Ograniczenie przyrodzonej depresji kosztem euforii, szczerej
I szczerej, czasem, może częściej, sztucznie podkręcanej, aż
Chwila spłaty przychodzi, gdy szpony ignorowane rozrywają
Zwoje i umysł się w nitkę rozwija cierpienia bez końca, i tylko
Nożyce zostają. Najgorsza jednak fuszerka – w ostatniej chwili
Tor lotu kuli zmieniony, spadanie zbyt krótkie, operacje, płukania,
Amputacje, kliniki, żyły wszerz, nie wzdłuż rozcinane, półskoki
Pod koła... Stopy, żołądek, przeguby, podniebienie czy skroń
Zapłacą cenę. Zapłacą bezpośrednio, robakami lub ogniem.
Cenę czego?

niedziela, 5 października 2014

05.10.14

Jak zawsze przy wpisywaniu daty konieczne jest, bym spojrzał na kalendarz.
Jesień.
Jesień, więc żeby daleko nie szukać, to będzie Jesienin. Jeden z tych doskonałych utworów, które sprawiają, że gdy używa się słowa "piękno", jest się pewnym, że wyraz ten oznacza to, co oznaczać powinien. Tłumaczył Wiktor Woroszylski.
I to na tyle, bo, cóż, giętkość pióra choćbym udawał, nie rozgrzeję siebie na pewno.

Więc jesień. A to Jesienin:

***
Oziębłością mnie, droga, nie dręcz
I nie pytaj, czy lat mam wiele.
Przez okrutną trawiony febrę,
Wyschłem duszą na czarny szkielet.

W czasach sielskich, nie bardzo dawnych,
Tak dziecinnie mi się przyśniło,
Że, bogaty jak król i sławny,
Wszystkich kobiet zdobędę miłość.

Tak, bogatym! Wspominam czule
Swój cylinder wbity na bakier.
Jeszcze został mi półkoszulek
I zdeptanych półbutów lakier.

Sława — owszem, także niezgorzej:
Wszystkich miast szanowna hołota
Przed imieniem mym pierzcha w zgrozie,
Jak przed wrzaskiem dziwki spod płota.

Miłość... Ach, to najlepszy kawał!
Całujemy, a wargi — drewno.
Młodość uczuć choćbym udawał,
Nie rozgrzeję ciebie na pewno.

Wpadać w rozpacz chyba za wcześnie,
No, a o smutku trochę — nie szkodzi!
Od twych włosów złocistszym chrzęstem
Szumi kurhan w młodej lebiodzie.

Ja bym chciał z powrotem w tę stronę,
Gdzie z pogodnym sercem i myślą
W bezimiennej ciszy utonę
I dziecinne sny mi się przyśnią.

Ale sny o czymś innym, nowym,
Nieznajomym ziemi i trawie,
Czego nikt nie wyrazi słowem,
Czego nazwać sam nie potrafię.

poniedziałek, 22 września 2014

Legenda, fragment 1

fragmenty notatnika do nienapisanego poematu "Legenda"
fragment pierwszy

(...) Chciał widzieć siebie na ulicach mglistych, wietrznych i deszczowych
Starych miast, okutanego w ciemny płaszcz, skrywającego blade, zimne
I roztrzęsione dłonie o długich palcach w przepastnych kieszeniach,
Które wyjmował jedynie dla piersiówki i zapałek, chroniącego włosy
Ciemnym kapeluszem lub czarną parasolką. Szczupła sylwetka nosi
Znamiona zdenerwowania, nerwowości, wahania i niepewności, choć
Nie jest to z pewnością dualizm, władających nim sił oraz szarpiących
Jego jestestwo przeciągów wydaje się być więcej niż dwa. Co jeszcze?
Rozbiegane oczy, zaciśnięte usta, ekspansywna zmarszczka, niespecjalny
Nos i niespecjalne uszy, rozwiane i rozczochrane włosy, kilkudniowy zarost,
Mocne i wygodne buty, niewidoczne, kolorowe skarpetki, proste spodnie,
Preferowane niebieskie, umiarkowanie wytarte jeansy, ciemny sweter,
Prawie niewidoczny pod płaszczem, spełniający funkcję nieokreśloną,
Ozdobno-poetycką szalik, zbyt krótki i wąski by nazwać go szalem.
Może prószy śnieg,
Może właśnie z donośnym bębnieniem leci na łeb, na szyję i na bruk
Grad, może wcale nie ma kapelusza ni parasolki, ponieważ dokoła dmie
Silny wiatr. Może spieszy się gdzieś i ociera o zbyt banalną śmierć,
I przyspiesza jeszcze bardziej, poganiany przez nieliczne klaksony
I krzyki woźniców, może stoi na środku chodnika i widzi perfekcję
W liniach kamienic oświetlanych bladymi latarniami, cud płatków
Śniegu migających w ich świetle, ideał zasłoniętego wilgotną mgłą
Świata. Może widzi doskonałość w krokach przechodnia niosącego
Instrument w aksamitnym futerale, który, samotny, z zażenowaniem
skrywa zdumioną twarz widząc samotniejszego człowieka. Wszystko
To niczym czarno-białe fotografie, vintage, prawie międzywojnie, jako
Że w nim samym, nieustannie oblężonym, ciągle toczy się wojna, i choć
zawsze bliski, by raz na zawsze się poddać, nigdy tego nie robi do końca,
Trudno pojąć dlaczego.
Idzie i mija rozbitą butelkę coca-coli, zdaje się, design klasyczny.
W aptekach nie ma już leków z koką, wszystkie iluzje zostały rozbite,
Wszystkiego należy unikać, co rodzi sprzeczność, bo jak uniknąć życia
Nie unikając śmierci, i jak uniknąć śmierci nie unikająć życia? Ponadto,
Nie jest pewny, czy cokolwiek istnieje, dlaczego by więc czegokolwiek
Unikać? Unikając unikania uniknąłby unikania zbędnego i bezcelowego.
Pozornie komfortowa sytuacja jest bardzo niewygodna, rodzi wątpliwości,
I już zostaje jedynie dylemat robić-nierobić, unikać-nieunikać, w końcu
Następuje powrót do być-niebyć, słów kaznodziei, rysunków naskalnych
I wcześniej, to jakby nie ma cywilizacji, nikt nie widzi różnicy, to jakby
Nie ma człowieka, nikt nie widzi różnicy, to jakby nie ma Ziemi, nikt nie
Widzi różnicy, to jakby nie ma Drogi Mlecznej, nikt nie widzi różnicy, to
Jakby nie ma Wszechświata, nikt nie widzi różnicy, jako że nikogo nie ma
I nie ma czego niewidzieć, i nie istnieje pojęcie różnicy. On nieprzerwanie
Idzie i na drodze jego nie ma żadnego mostu, nic groźnego dlań nie istnieje,
Gdyż wszystko wymaga pomocy, apatia ratuje przed skutkiem weltschmertzu.
Nareszcie!
Wstępuje na kawę, gdzie, nie wie, lokal niedrogi, może obskurny, przeżarte
Drzewo, kurz i okruchy, podłoga w roli kosza na śmieci, ściany i sufit, nazbyt
Często oblewane kawą, herbatą, alkoholami i płynami ustrojowymi; to rodzi
Zagadkę, to powoduje naklejanie kolejnych wciąż warstw plakatów, odklejone
Dogorywają u zbiegu ścian i podłogi, prawie klepiska. Myli kelnera z menelem
Idącym do kibla, następną godzinę spędza zastanawiając się, skąd tu w ogóle
Instytucja kelnera (...)

piątek, 19 września 2014

19.09.14

Ile to już? Prawie trzy miesiące.
To niewiele. Niewiele w skali roku. Niewiele jak na projekt długofalowy. 
Tak, długofalowy, bo ja mam czas. Nim rytm złapię, wymrą pokolenia.
Pojawią się tu utwory nienarodzonych jeszcze poetów.
Literatura to jednak efekt uboczny życia i miesiące letnie służą innym celom niż dołujące refleksje, nierymowane wierszydła i bezrytmiczne strofy.
Bo można pojechać i w gorącym piasku kontemplować zranienie stopy, bo można zostać i można (choć lepiej nie) w mokrej od rosy trawie rozdeptać żuka, bo można gapić się w niebo, można mylić kroki.
Teraz trochę wrócę, z Miłoszem i Kapuścińskim, z jakimiś rozbitymi fragmentami.
Ale oczywiście nie tylko.
Albo może z czymś zupełnie innym.
I "teraz", "teraz" to też pojęcie względne.

Jednak zacznę już. Wierszem Miłosza.

Okno

Wyjrzałem przez okno o brzasku i zobaczyłem młodą jabłonkę przezroczystą w jasności.

A kiedy wyjrzałem znowu o brzasku, stała tam wielka jabłoń obciążona owocem.

Więc dużo lat pewnie minęło, ale nic nie pamiętam, co zdarzyło się we śnie.

I jeszcze Nicolas Bouvier, "Drogi i manowce":
Podróż i pisarstwo mają jedną wspólną cechę, dla mnie bardzo ważną. W obu przypadkach jest to nauka znikania. (...) A ponieważ cała egzystencja jest nauką znikania, zarówno podróż, jak pisarstwo są bardzo dobrymi szkołami.

niedziela, 22 czerwca 2014

22.06.14

I co zrobić, jeśli się nie chce, jeśli nie przyciąga, a czasem wręcz odpycha? Nie, nie jest to nienawiść, gdy była ku niej pora i miała okazję się pojawić nie wykorzystała okazji i nie przejęła nade mną władania. Wciąż czasem zabłąka się uśmiech na twarzy, wciąż wzrok zabłądzi w kierunku, przed którym marnie usztywniona szyja nie potrafiła uchronić, wciąż myśli, tak niedocenione i samopas puszczane w naszym wieku, naszej kulturze, naszych głowach, wciąż myśli nie te wysuwają się na pierwszy plan, a właściwie plan amerykański, niepełne, powierzchowne, niesięgające wgłąb i nie obejmujące choć całości mglistych, niewyraźnych zarysów. Nie ma jasnych i wyraźnych granic, nie ma odcięcia grubą kreską, nie ma żmudnego acz skutecznego stawiania muru, nie ma odwrotu, relacje raz bliskie jakimiś relacjami pozostają, niemożliwe jest odcięcie się w wieży, kto jeszcze wieże, nie wieżowce, buduje? 

Nie, nie zostawię Cię i będę przy Tobie zawsze, będę wracał i odchodził, nieważne, jak wiele razy zostawisz mnie i/lub rozczarujesz, życie zbyt długie jest, by kończyć, prawdziwie kończyć rzeczy choć raz dobre, a zawsze ważne. Wracaj! wołam powtarzając za Kawafisem, wracaj...

Wracaj często i zagarniaj mnie,
uczucie, które kocham, wracaj i mnie zagarniaj -
gdy się roznieca w ciele pamięć
i we krwi pulsuje dawne pragnienie,
gdy wargi i skóra pamiętają,
a rękom się zdaje, że dotykają znów.

Wracaj często i mnie zagarniaj w nocy,
gdy wargi i skóra pamiętają...

Wstydliwy szept, ruchliwość dłoni, pocieranie skroni... 

Nie, nie o Tobie dziś piszę.

Witaj mi znów, dzienniku, pretensjonalny i mozolny kufrze moich myśli, kufrze mych doświadczeń.

wtorek, 22 kwietnia 2014

22.04.14

Przeglądam tomy w poszukiwaniu wiersza, cytatu, wypisku. Zeszyty, książki, notatniki, nawet luźne kartki. Grzebię na dysku, nic. Nic mi nie odpowiada i nie pasuje, przebiegam tylko wzrokiem po kolejnych literach, eliminuję zdania nie przeczytawszy słów. Zamykam i odkładam wszystko.
Napisać coś od siebie. Gdzie tam. Co. Nie teraz. Później. Choć trzeba wypełnić przestrzeń pomiędzy dniami, trzeba zapisać kartki dziennika. Trzeba dokądś zdążać. Życie bez celu jest błądzeniem, powtarzając za Seneką, lecz czym życie z celem, lecz bez błądzenia? Byciem, egzystencją, nie-życiem. Błądzenie być musi, zawiera się w każdym dążeniu. I cel, konieczny jest cel. Wtedy jest życie. Dla bycia cel, dla życia błądzenie. 
Pobłądziłem. Wszystko wyżej napisałem jako próbę nabrania rozpędu, lecz słowa nie płyną. Zostawiam świadectwo niemocy dnia dzisiejszego. Nie ukrywam, że nie chce mi się, ale żeby się lepiej poczuć bez poloty zapisuję coś zamiast niczego. Nietzsche będzie innym razem. Czas na film?

No dobra, niech jednak będzie coś pięknego. Pięknego do bólu. I oczywiście o miłości. Szekspir. Sonet 116. Tł. St. Barańczak:

Sonet 116
Nie ma miejsca we wspólnej dwojga serc przestrzeni
Dla barier, przeszkód. Miłość to nie miłość, jeśli
Zmienny świat naśladując, sama się odmieni
Lub zgodzi się nie istnieć, gdy ktoś ją przekreśli.

O nie: to znak, wzniesiony wiecznie nad bałwany,
Bez drżenia w twarz patrzący sztormom i cyklonom - 
Gwiazda zbłąkanej łodzi, nieoszacowanej
Wartości, choćby pułap jej zmierzył astronom.

Miłość to nie igraszka Czasu: niech kwitnące
Róże wdzięków podcina sierpem zdrajca blady - 
Miłości nie odmienią chwile, dni, miesiące,
Ona trwa - i trwać będzie po sam skraj zagłady

Jeśli się mylę, wszystko inne też mnie łudzi:
Że piszę to; że kochał choć raz któryś z ludzi.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

14.04.14

Gdybym zaczął pisać regularnie, w lustro bym więcej nie spojrzał. W jakim świecie ja żyję, jaka jest jego diagnoza, czy ktoś stawia taką, która mogłaby stanowić oparcie lub choć grząski grunt? Nie za często należy rozmawiać ze sobą, unikam tego starannie, i kiedy nagle się zbieram, spostrzegam jak mija czas i jak zmieniam się ja. 
Rozmawiam ze sobą topornie, rozmawiam ze sobą finezyjnie, rozmawiam ze sobą słowami nieswoimi, arogancką składnią, szpanerską semantyką, ułomną fonetyką, wygooglowaną erudycją. Uwypuklam każdą niedoskonałość krzycząc, że to mój styl, że po tym proszę mnie rozpoznawać. Błędów nie ukrywam za kamienną twarzą, z błędów robię atuty, tak to się dzieje w tym tu moim dziwnym świecie. Bywają dni wstydu i bywają dni ekshibicjonizmu. Labilność.
Znów rozmowa ze sobą o rozmawianiu ze sobą. Szturchany kijem autotematyzm. Patykiem zagarniana rzęsa. Jarosław Iwaszkiewicz. 

Biografia

Przyśniłeś mi się jeszcze tam na stepie,
Gdy księżyc nad kurhanem wschodził różowym ciałem,
Widziałem cię w mieście, na ulicy, w sklepie,
W przejrzystej wodzie ciebie widziałem.

Szedłeś za mną przez całe moje długie życie,
Słyszałem wciąż za sobą uparte stąpanie,
Nie wiedziałem, że ciągle żyjesz we mnie skrycie,
Hamlecie, młody Fauście, stary Don Juanie.

środa, 26 marca 2014

26.03.14

Chciałoby się, żeby to pustkowie było przynajmniej częściowo oswojonym obrazem meksykańskiej pustyni. Chciałoby się, żeby czasem plątek się zajęzał. Dziś Miłosz Biedrzycki.

Może

Suche patyki, ciernie, może stara tektura: podpałka.
Niebo narastające od wschodu
było dziś ostentacyjnie puste.
Wyobrażałem sobie, że wzdłuż drogi
stoją porozstawiane meksykańskie kaktusy.
Ale nie było żadnych kaktusów.
Nie miałem nawet kawałka draski,
żeby w nagłym przypadku rozniecić ogień.
Chyba bardziej cię kocham niż lubię,
nie wiem do końca, jak można lubić
ostre i wystające części, które mnie
krają od środka na paski. Albo inaczej:
lubię cię i szanuję, ale musiałbym przeżyć
jakieś chyba przejęzyczenie duchowe,
żeby jeszcze raz ci zaufać.
Co sobie oczywiście wmawiam, bo będę ci ufać
zaraz i zawsze. Tyle się tego pyłu
nawbijało do filtru powietrza:
miał być kremowy jak ściana, jest ciemnoszary
jak skóra nieodzywającego się słonia,
całego w pomrukach zakrytego morza.

wtorek, 18 marca 2014

Pożar



Pożar

Kiedy pożar wybucha, uciekają sarny.
Kiedy pożar się rozprzestrzenił, nie uciekną sarny.
W innym miejscu umierają ptaki. Pożar?
Drzewo stoi. Drzewo jest paliwem.

"Dla was mnie nie ma, oczywiście, wiem.
No i co z tego, hm? Jest
Kurwa
Gorzej: Dla mnie mnie nie ma.
Mego kalendarza lata to tysiąclecia.
Nie tylko zniknę, ale już zniknąłem,
Nie istniałem, bez znaczenia.
Nazwiesz pewnie moje słowa
Pierdoleniem pseudocierpiącej duszy?
Sam boję się tak zostać odebranym,
Sam boję się, by data urodzenia nie była
Pretekstem do szuflady: epigon wieku XX-ego.

Nie, to sięga dalej. Jest chyba po metamorfozie –
To już nie poheliocentryczne kotłowanie,
Mrówczość ludzka stała się faktem.
Nie dorosłeś? Nie przecz. Ja też nie dorosłem.
Wyżej podnieście strop, cieśle,
Ktoś po mnie nadejdzie, a może to ja będę,
Jeśli dni wystarczająco zostało."

Kiedy pożar wybucha, uciekają sarny.
Kiedy pożar się rozprzestrzenił, nie uciekną sarny.
W innym miejscu umierają ptaki. Pożar.
Drzewo stało. Czy drzewo jest feniksem?