(...) Chciał widzieć siebie na ulicach mglistych,
wietrznych i deszczowych
Starych miast, okutanego w ciemny płaszcz,
skrywającego blade, zimne
I roztrzęsione dłonie o długich palcach w
przepastnych kieszeniach,
Które wyjmował jedynie dla piersiówki i zapałek,
chroniącego włosy
Ciemnym kapeluszem lub czarną parasolką. Szczupła
sylwetka nosi
Znamiona zdenerwowania, nerwowości, wahania i
niepewności, choć
Nie jest to z pewnością dualizm, władających nim sił
oraz szarpiących
Jego jestestwo przeciągów wydaje się być więcej niż
dwa. Co jeszcze?
Rozbiegane oczy, zaciśnięte usta, ekspansywna
zmarszczka, niespecjalny
Nos i niespecjalne uszy, rozwiane i rozczochrane włosy,
kilkudniowy zarost,
Mocne i wygodne buty, niewidoczne, kolorowe
skarpetki, proste spodnie,
Preferowane niebieskie, umiarkowanie wytarte jeansy,
ciemny sweter,
Prawie niewidoczny pod płaszczem, spełniający funkcję
nieokreśloną,
Ozdobno-poetycką szalik, zbyt krótki i wąski by
nazwać go szalem.
Może prószy śnieg,
Może właśnie z donośnym bębnieniem leci na łeb, na
szyję i na bruk
Grad, może wcale nie ma kapelusza ni parasolki,
ponieważ dokoła dmie
Silny wiatr. Może spieszy się gdzieś i ociera o zbyt
banalną śmierć,
I przyspiesza jeszcze bardziej, poganiany przez nieliczne
klaksony
I krzyki woźniców, może stoi na środku chodnika i
widzi perfekcję
W liniach kamienic oświetlanych bladymi latarniami,
cud płatków
Śniegu migających w ich świetle, ideał zasłoniętego
wilgotną mgłą
Świata. Może widzi doskonałość w krokach przechodnia
niosącego
Instrument w aksamitnym futerale, który, samotny, z
zażenowaniem
skrywa zdumioną twarz widząc samotniejszego
człowieka. Wszystko
To niczym czarno-białe fotografie, vintage, prawie
międzywojnie, jako
Że w nim samym, nieustannie oblężonym, ciągle toczy
się wojna, i choć
zawsze bliski, by raz na zawsze się poddać, nigdy
tego nie robi do końca,
Trudno pojąć dlaczego.
Idzie i mija rozbitą butelkę coca-coli, zdaje się,
design klasyczny.
W aptekach nie ma już leków z koką, wszystkie iluzje
zostały rozbite,
Wszystkiego należy unikać, co rodzi sprzeczność, bo
jak uniknąć życia
Nie unikając śmierci, i jak uniknąć śmierci nie
unikająć życia? Ponadto,
Nie jest pewny, czy cokolwiek istnieje, dlaczego by
więc czegokolwiek
Unikać? Unikając unikania uniknąłby unikania
zbędnego i bezcelowego.
Pozornie komfortowa sytuacja jest bardzo niewygodna,
rodzi wątpliwości,
I już zostaje jedynie dylemat robić-nierobić,
unikać-nieunikać, w końcu
Następuje powrót do być-niebyć, słów kaznodziei, rysunków
naskalnych
I wcześniej, to jakby nie ma cywilizacji, nikt nie
widzi różnicy, to jakby
Nie ma człowieka, nikt nie widzi różnicy, to jakby
nie ma Ziemi, nikt nie
Widzi różnicy, to jakby nie ma Drogi Mlecznej, nikt
nie widzi różnicy, to
Jakby nie ma Wszechświata, nikt nie widzi różnicy,
jako że nikogo nie ma
I nie ma czego niewidzieć, i nie istnieje pojęcie
różnicy. On nieprzerwanie
Idzie i na drodze jego nie ma żadnego mostu, nic
groźnego dlań nie istnieje,
Gdyż wszystko wymaga pomocy, apatia ratuje przed
skutkiem weltschmertzu.
Nareszcie!
Wstępuje na kawę, gdzie, nie wie, lokal niedrogi,
może obskurny, przeżarte
Drzewo, kurz i okruchy, podłoga w roli kosza na
śmieci, ściany i sufit, nazbyt
Często oblewane kawą, herbatą, alkoholami i płynami
ustrojowymi; to rodzi
Zagadkę, to powoduje naklejanie kolejnych wciąż
warstw plakatów, odklejone
Dogorywają u zbiegu ścian i podłogi, prawie
klepiska. Myli kelnera z menelem
Idącym do kibla, następną godzinę spędza zastanawiając
się, skąd tu w ogóle
Instytucja kelnera (...)