Romek, lat 16,
przygotowuje się do egzaminu gimnazjalnego. Pomimo niewątpliwego talentu i
sumienności chłopca wszystkie jego wysiłki mają się jednak okazać bezcelowe,
gdy podczas nudnego apelu z okazji pierwszego dnia wiosny, połączonego z
jeszcze nudniejszym występem szkolnego kółka teatralnego, zauważa śpiewającą w
chórku pierwszoklasistkę. „Zauważa” nie jest z całą pewnością najlepszym
określeniem momentu inicjacji skomplikowanych procesów chemicznych w umyśle
Romka, momentu początku jedynej społecznie akceptowanej formy obłędu – miłości.
Jakże ubogie są słowniki świata, choć tak opasłe i w wadze swojej potencjalnym
narzędziem zbrodni!
Julka, lat 14,
kompletnie przewróciła w głowie statecznemu dotąd Romkowi. Chłopak traci
apetyt, cierpi na bezsenność, nie potrafi się skoncentrować, zaczyna mieć
problemy natury towarzyskiej i edukacyjnej. Do czasu, kiedy pierwszego
kwietnia, mając święto Prima Aprilis jako alibi, zdobywa się na odwagę i
zaprzyjaźnia z Julką.
Romek zadowolony
jest z tego, co pokazał na egzaminach i pewny jest satysfakcjonujących wyników.
W międzyczasie przyjaźń przeradza się w żarliwą miłość. Wszystko układa się
idealnie – tak, to punkt kulminacyjny tragedii, od którego losy bohaterów
przedstawione w następnych aktach i scenach toczą się po równi pochyłej niczym
kamień po nachylonej desce.
Romek, dzięki
świetnie napisanym egzaminom, staje przed trudnym dla każdego chyba młodego
człowieka wyborem streszczającym się w krótkim pytaniu „co dalej?”. Wymarzone,
renomowane liceum z internatem czy najbliższa szkoła ponadgimnazjalna? Zaiste,
nierozwiązywalny dylemat, hamartia godna pióra współczesnego Sofoklesa: miłość
czy przyszłość?
Dobrze, spokojnie,
wiem, że pytanie jest fatalnie postawione, oto natychmiastowe sprostowanie: w
jakim stopniu podmiot, kóry kochamy, staje się autonomiczną cząstką naszego
„ja”, głównego ośrodka naszego jestestwa? Ba, w jakim stopniu wręcz najdroższa
osoba czyni z samego najściślejszego jądra naszej antymaterii elektron krążący
dookoła jej własnej duszy? Czy miłość to zaledwie chemiczny proces przemiany
samowystarczalnego jądra w bezwolny, całkowicie zależny elektron? Lepiej? Mądrzej?
Filozoficzne pytania o sens miłości można tutaj mnożyć, oczywiście, lecz to nie
interesuje Romka.
Tak naprawdę
Romka nic już nie interesuje, gdyż dylemat wydawałoby się nierozwiązywalny
rozwiązują ambitni rodzice pragnący, aby ich syn skupił się na sobie i swojej
świetlanej, bogatej w materialne posiadanie przyszłości. Zbyt ostro,
niepotrzebnie ironicznie? A więc rodzice Romka stawiają na szali jego
szczeniacką miłość, aby wspólna przyszłość, o kruchych teraz co prawda
perspektywach, upłynęła kochankom pod szyldem bezpiecznego, godnego życia.
Z konsekwencji
takiego rozwoju wypadków Romek zdaje sobie sprawę dopiero, gdy musi obwieścić
to jakże dojrzałe orzeczenie swej jakże niedojrzałej ukochanej.
Niemiły i trudny
problem po raz kolejny rozwiązał się sam. Julka odstawia Romka na boczny tor i
wsiada do innej lokomotywy. W tym momencie, po tragicznym zbłądzeniu młodej
dziewczyny, wydaję się, że naturalnym finałem byłoby rozwidlenie wspólnej drogi
obojga kochanków. Nie mogę jednak pozwolić, aby ten materiał na tragedię porwał
mi się w rękach na strzępy.
Tak więc Romek,
zrozpaczony i złamany, nie ma już sił wyrąbywać młodą, lecz tępą maczetą swych
czynów duktu w dziewiczym lesie przyszłości. Postanawia więc odebrać sobie
życie. Tak, tak, w końcu wyłuszczam tu zarys tragedii, która stanie się dziełem
mojego życia. Sofokles, Szekspir, Beckett... już niedługo łańcuch ten zostanie
przedłużony ogniwem mojego nazwiska. Jednak jako autor jednej książki na końcu wymorduje
wszystkich aktorów, żeby nie musieć martwić się domaganą w szerokich kręgach kontynuacją.
Tak, oczywiście,
mam na myśli postacie, nie aktorów. Proszę nie doszukiwać się tu symptomów
mojego mniej lub bardziej wyimaginowanego szaleństwa. Proszę również, aby żaden
z przedstawicieli służb porządkowych nie powziął planów prewencyjnej izolacji
mojej skromnej osoby.
Wracając do
głównej, tak mozolnie nawlekanej nici opowieści, Romek długi czas zastanawia
się nad sposobem popełnienia samobójstwa, w końcu postanawia wypić truciznę i
wyskoczyć z okna swojego pokoju. Jest ostatni dzień sierpnia.
Chłopiec nie
wie, że tego dnia do jego bloku wprowadzają się nowi sąsiedzi. Nie udaje mu się
zdobyć cyjanku, arszeniku, ani nic innego, co podlegałoby pod taką gałąź chemii
spożywczej. Połyka za to kilka garści najróżniejszych tabletek, jakie udało mu
się zdobyć. Nie mogąc przełknąć już ani jednej, wyskakuje z czwartego piętra.
Podniecony lotem, czy raczej spadaniem, nie czuje już nawet upadku. Słyszy za
to masę przekleństw wypowiadanych przez grupkę łysych, monumentalnych facetów
chcących mu „wpierdolić”. Jak się później okaże, spadając na ogromne łóżko
wodne niesione przez pracowników firmy zajmującej się przeprowadzkami, Romek
spowodował poważne obrażenia u owych gentlemanów: złamane ręce, kości
śródstopia, palce u najróżniejszych kończyn. Na zmyślne wyzwyska chłopak
odpowiada rzygając na wszystkie strony.
Cierpi na tym
zasada decorum, cierpi również chłopiec. Niestety, pomoc przychodzi zbyt późno
– zatrutego chłopca nie udaje się uratować.
Tego samego dnia
Julia zostaje porzucona, kończy się jej sen nocy letniej. Pragnie powrócić do
Romka, jednak nie udaje jej się z nim skontaktować. Abonent jest nieosiągalny,
nie tylko tymczasowo - późnym wieczorem dziewczyna dowiaduje się o śmierci ukochanego.
Po tym jak jej świat, będący już w gruzach, został zrównany z ziemią, Julka nie
wstaje z kolan, by spróbować go odbudować, lecz także popełnia swoje własne samobójstwo.