Przeglądam tomy w poszukiwaniu wiersza, cytatu, wypisku. Zeszyty, książki, notatniki, nawet luźne kartki. Grzebię na dysku, nic. Nic mi nie odpowiada i nie pasuje, przebiegam tylko wzrokiem po kolejnych literach, eliminuję zdania nie przeczytawszy słów. Zamykam i odkładam wszystko.
Napisać coś od siebie. Gdzie tam. Co. Nie teraz. Później. Choć trzeba wypełnić przestrzeń pomiędzy dniami, trzeba zapisać kartki dziennika. Trzeba dokądś zdążać. Życie bez celu jest błądzeniem, powtarzając za Seneką, lecz czym życie z celem, lecz bez błądzenia? Byciem, egzystencją, nie-życiem. Błądzenie być musi, zawiera się w każdym dążeniu. I cel, konieczny jest cel. Wtedy jest życie. Dla bycia cel, dla życia błądzenie.
Pobłądziłem. Wszystko wyżej napisałem jako próbę nabrania rozpędu, lecz słowa nie płyną. Zostawiam świadectwo niemocy dnia dzisiejszego. Nie ukrywam, że nie chce mi się, ale żeby się lepiej poczuć bez poloty zapisuję coś zamiast niczego. Nietzsche będzie innym razem. Czas na film?
No dobra, niech jednak będzie coś pięknego. Pięknego do bólu. I oczywiście o miłości. Szekspir. Sonet 116. Tł. St. Barańczak:
Sonet 116
Nie ma miejsca we wspólnej dwojga serc przestrzeniDla barier, przeszkód. Miłość to nie miłość, jeśliZmienny świat naśladując, sama się odmieniLub zgodzi się nie istnieć, gdy ktoś ją przekreśli.O nie: to znak, wzniesiony wiecznie nad bałwany,Bez drżenia w twarz patrzący sztormom i cyklonom -Gwiazda zbłąkanej łodzi, nieoszacowanejWartości, choćby pułap jej zmierzył astronom.Miłość to nie igraszka Czasu: niech kwitnąceRóże wdzięków podcina sierpem zdrajca blady -Miłości nie odmienią chwile, dni, miesiące,Ona trwa - i trwać będzie po sam skraj zagładyJeśli się mylę, wszystko inne też mnie łudzi:Że piszę to; że kochał choć raz któryś z ludzi.