niedziela, 29 września 2013

29.09.13

Raz jeszcze wspomogę się Pessoą: 
Kamienie na drodze? Pozbierałem wszystkie, i pewnego dnia wybuduję zamek. 

A to już Luis Britto Garcia i opowiadanie (nie całe oczywiście) "Dziwny przypadek" ze zbioru "Prosto w twarz":
Mister Hyde i ja spotykaliśmy się regularnie, oddawaliśmy się owym zajęciom terapeutycznym i relaksującym, które zwane są folgowaniem najniższym instynktom, tłukliśmy nasze kochanki, zapijaliśmy się, a potem szliśmy na spacer po Londynie, wykrzykując brzydkie słowa i od czasu do czasu dając kuksańca jakiemuś pieszemu albo dziewczynce, co wywoływało zgorszenie tłumu i trzeba było widzieć ich miny, ale była heca.
Nagle Mister Hyde zaczął znikać na długie dni i zachowywać się dziwnie, jakby był zawstydzony, i wobec tej zadziwiającej przemiany któregoś dnia poszedłem za nim: zobaczyłem, jak wchodzi do jakiejś piwnicy, przez szparę dojrzałem, że pije jakiś trunek, i oto nagle dokonała się w nim zatrważająca przemiana. Mój przyjaciel przybrał minę niewiniątka, uśmiechnął się, jego maniery były imitacją wykwintu i nagle zrozumiałem prawdę: mój przyjaciel potajemnie przekształcił się w tę straszliwą bestię, którą nazywają szacownym obywatelem, w czasie metamorfozy wykorzystywał swój potulny wygląd i pobierał honoraria za usługi zawodowe, miał wykłady, przyjmował hołdy, pobierał pensję, robił interesy, zabiegał o wpływy, pisał na łamach poważnej prasy, zarządzał latyfundiami, ucztował z wojskowymi, popierał policję, głosił się zwolennikiem porządku, popierał interwencje zbrojne, stawiał siebie za przykład młodzieży, założył ognisko domowe.
Zrozumiałem ze zgrozą, że przemiana jest nieodwracalna i wziąłem nogi za pas, wziąłem nogi za pas, to jedyne, co można zrobić, kiedy dusza ludzka zaczyna błądzić po manowcach, kiedy owładnie nią ukryta, złośliwa i nieodparta siła: szacowność.

Jestem szacowny, oczywiście. Ale dlaczego w mych myślach przewija się motyw podróży? Nieważne, to jednak nie motyw brania nóg za pas. Ja nic nie biorę. Nawet nie uczęszczam na "zajęcia terapeutyczne i relaksujące". Szacowność moja nie istnieje, bo istnieć nie może nic, co jest na niby. No i z wyznaczników szacowności podanych w w/w tekście mogę się podpisać jedynie pod "przyjmowaniem hołdów".
Przytłaczająca relatywność. W szarym świecie tęsknota za polarnością.

niedziela, 22 września 2013

22.09.13

Błądzę jedynie w kółko lub, co gorsza, stąpam w miejscu.
Wszystkie moje lecz i ale wstrzymują mnie, hamują swobodny bieg myśli, redukują teren wykluczając możliwość zaistnienia wodospadu.

I czego ja chcę? Podróżować nie tylko fizycznie, ale i poza granice percepcji. Dokonać syntezy wszystkiego i uczynić krok naprzód, w nieokreśloną przestrzeń. Nieokreśloną tak bardzo, że nawet zabieram czym prędzej z klawiatury dłonie choćby przymierzające się  do zarysowania owej nieokreśloności.
Wszystko to abstrakcyjnie.

I czego ja chcę? Tak ujął to Fernando Pessoa:

To travel! To change countries!
To be forever someone else,
With a soul that has no roots,
Living only off what it sees!
To belong not even to me!
To go forward, to follow after
The absence of any goal
And any desire to achieve it!
This is what I call travel.
But there’s nothing in it of me
Besides my dream of the journey.
The rest is just land and sky.

Ale nic z tego nie ma we mnie poza ulotnym pragnieniem podróży.

wtorek, 17 września 2013

Impresja


Impresja

Dzisiaj, w wysokich czasach, jedenaste piętro
Nie jest czymś, o czym warto wspominać.
Może właśnie dlatego pokochałem to miasto,
Tak niskie, zaniedbane bardziej niż zaułki
Dziur, w których zwykłem przebywać.

Sierpień, poniedziałek, 26 sierpnia, 23:11.
To miasto nie należy do tej epoki,
Zupełnie tak samo jak ja, i to nas łączy,
I stąd wzięła się moja miłość do niego,
Zanim nawet po raz pierwszy ujrzałem ocean.

Może jednak znajdę swoje miejsce w świecie,
Czuję i tym razem jestem niemal pewien,
Czuję i wiem, że to nie tylko kolejna ułuda:
Mówią do mnie mewy przemykające nad głową
I mówią do mnie wina leżące w piwnicach.

Sam sobie mówię, obserwując rozkład.

piątek, 13 września 2013

13.09.13

Nic mnie w niebycie nie trzyma - lecz czy jest to dostateczny powód do wyruszenia w tak szumnie zapowiadaną podróż?

Czy to ma sens, a jeśli tak, to jaki?

Zadawanie sobie owego pytania w jednoznaczny sposób demaskuje człowieka uzależnionego, w skrytości ducha przedawkowującego myślenie. Nie tylko taki myśloman wygląda normalnie, a co więcej mądrze w wyrafinowanych nawet  towarzystwach, ale daje sobie w mózg także w samotności, do lustra.
Od takich z daleka. 
Więc ja od siebie z daleka, ja od siebie uciekam. Ucieczka również jest podróżą. Ale ja tu miałem próbować definiować podróż, nie ucieczkę, odnajdywać w niej sens i przy odrobinie szczęścia znaleziony sens także definiować.
Więc - podróż ma sens. 
Pod warunkiem, że do nowych miejsc się odbywa. Wcześniej nieodwiedzanych. Na kilka dni one wystarczą. Potem dalej. 
A jeśli wracać do lokacji już uprzednio nawiedzanych? Wtedy doba jest absolutnym maksimum, po dwudziestu czterech godzinach człowiek zamienia się w kamień niczym mityczne olbrzymy przyłapane przez niemniej mityczny wschód Słońca.
Człowiekiem jestem, więc wszystko, co po raz drugi, jest mi obce. Za to jutrzenkę lubię, bo też, przesypiając ją, prawie jej nie znam.
 

środa, 11 września 2013

11.09.13

Kraków. To tutaj Miłosz napisał "W Warszawie".

Lecz cóż to za podróż? I czy podróż w ogóle? Przecież się odgrażałem, że będę się wypuszczał daleko, dalej niż sięgam.
Nie, nie Kraków. To żadna zmiana, jeśli jakąkolwiek zmianą można określić stan bycia tym samym sobą w innym miejscu.

Zdanie to wbrew pozorom nie skazuje mojej idei wyruszenia w podróż z niebytu na porażkę. Nie dążę "dokądś", lecz mknę/pełznę przez czas i przestrzeń do siebie, do punktu, w którym jestem i którym jestem. Banalne oczywiście, lecz taka właśnie jest idea podróży. W nieskończoność można powtarzać za Montaignem, że cel życia kryje się w tym, by "przebieżyć piękniejszą drogę". Nie, nie, w żadnym tam praktycznym, namacalnym sensie. Żadnych tam wymiarów w życie prawdziwe mieszać nie należy. A co trzeba? Mi trzeba dalej. Spróbuję. Jak pisał w tomie "Prosto w twarz" wenezuelski pisarz Luis Britto Garcia:

jutro może być niebieskie, mieć smak orzechów, może być zielone, mieć smak żelaza lub siarki i zostać wyplute, ale nigdy nie będzie miało smaku minionej chwili, ale nigdy, nigdy.

I dobre jest to niewątpliwie dla dążących, którzy właśnie dlatego są dążącymi, że nigdy, nigdy nie chcą poczuć więcej smaku chwil minionych i chwil trwających.

niedziela, 8 września 2013

08.09.13

Wracając jeszcze do "Zwrotnika Raka".

Rzuca przelotne spojrzenie przez okno, by zobaczyć, jaka jest pogoda, i wzdycha głęboko. Jeżeli pada, mówi: „Co za pierdolony klimat, ciągle ma się chandrę”. A gdy świeci słońce, powie: „Co za pierdolone słońce, oślepnąć można”. Kiedy zaczyna się golić, nagle przypomina sobie, że nie ma czystego ręcznika. „Co za pierdolony hotel, są zbyt skąpi, by codziennie dać ci czysty ręcznik”. Bez względu na to, co robi albo dokąd idzie, nic nie gra. I zawsze przyczyną jego niedyspozycji i niezadowolenia jest albo ten pierdolony kraj, albo jego pierdolona praca, albo jakaś pierdolona pizda.
- Mam całkiem spróchniałe zęby – mówi płucząc gardło. – To ten pierdolony chleb, który musimy tutaj jeść.

Przypis mój ogranicza się jedynie do korekty trzeciej osoby na pierwszą. Smutne? Tak, ale - co z tego? Co mi przychodzi z rozpoznania sytuacji? Nic, dopóki nie zdam sobie sprawy z tego, kim jestem naprawdę. Prawdziwie. 
Więc przypominam sobie, że nie jestem realny, że tutaj bawię się formą, treścią, językiem, samochodzikami, robię, co tylko zechcę i to ja wyznaczam definicje, a nie definicje mnie. Tak to wygląda. To Konwicki napisał, że

jedni już wymiotują z przejedzenia wolnością, inni do śmierci nie zobaczą jej wątłej zorzy

 i z tych skrajności wybieram pierwszą. Wybieram, bo mogę. Mogę, bo nie istnieję. Wszystko to takie ładne i proste, oczywiste i czarno-białe na papierze. Co więc sobie będę żałował, co się będę babrał w rzeczywistości, po co, jak nie muszę? Bo nie lubię czarno-białego, bo szarość moim kolorem. Ale żałować sobie, także szarości, nie będę.

Więc sobie teraz wyruszę w podróż. W końcu nic mnie tutaj, w niebycie, nie trzyma.

sobota, 7 września 2013

07.09.13

Datuję notki pisane po północy datą dnia minionego nie tylko dlatego, że nowy dzień prawdziwie rozpoczyna się od wschodu Słońca, ale także dlatego, że zapisuję myśli narodzone w ciągu dnia, który za mną, a nie dnia, który przede mną. Możliwe jest również, że we śnie napotkam coś niecierpiącego niezapisanie. Tak jak Jack Kerouac (który następnie zanotował owo wrażenie we "Włóczęgach Dharmy"):

Śniło mi się, że z ogromnego bochenka życia pozostały mi trzy ostatnie kromeczki oddechu...

Jest to niewątpliwie myśl pociągająca za sobą myśli inne, takie, których synteza możliwa jest jedynie na papierze. W ten sposób, nie mieszając dni i nie dublując dat, zapisuję ulotne mgnienia podświadomości. Żadne tam myśli, ale właśnie ulotne mgnienia podświadomości.

piątek, 6 września 2013

06.09.13

Obiecuję sobie, że będę pisał.
Nie, nie obiecuję. Nic nie obiecuję.
Nie obiecywać.
Będę sobie pisał. Będę pisał, że hej.
Ale o czym?
O dniach, co jak krople?
O nocach, co, wstyd przyznać, przespane?
Nieruchawa biografia jako próba wystawienia sobie pomnika za życia?
Ja niematerialny zmaterializowany?
Teraz?
Nie.
Nie teraz.
(Nie powiem: nigdy, bo nie śmiem poczuwać się do odpowiedzialności za swoje czyny wczorajsze czy jutrzejsze; jeśli chodzi o dzisiejsze, kompromisowo, choć z niesmakiem, uznać je mogę za moje prawdziwie)
Bo, jak to ujął Borges:

I am not sure that I exist, actually. I am all the writers that I have read, all the people that I have met, all the women that I have loved; all the cities I have visited.

I jest to stan nieświadomości tak perfekcyjny, że żadna świadomość zakłócić go nie może. Nawet ta najbardziej zdawałoby się przytłaczająca, tak zobrazowana przez Henry'ego Millera w "Zwrotniku Raka":



Kiedy zdałem sobie sprawę, że nie można żywić żadnych nadziei, podziałało to na mnie wręcz zbawiennie. Tygodniami, miesiącami, całymi latami tak naprawdę przez całe życie oczekiwałem, że coś się stanie, że nastąpi we mnie przełom, który odmieni  moje życie. I nagle teraz, pobudzony absolutną beznadzieją wszystkiego, poczułem ulgę, jakby mi zdjęto z ramion ogromny ciężar. (...) Idąc w kierunku Montparnasse, postanowiłem poddać się fali, nie stawiać najmniejszego oporu losowi, bez względu na postać, pod jaką się on objawi. Nic, co przydarzyło się do tej pory, nie zdołało mnie zniszczyć; właściwie nic nie uległo zniszczeniu poza moimi złudzeniami. Ja zaś pozostałem nienaruszony. I świat pozostał nienaruszony.


Pozostał nienaruszony. Już nie czekam, jeszcze nie jestem.