poniedziałek, 11 listopada 2013

***



 ***

Czy czekasz na mnie?
Powiedz, że czekasz.

Ja chciałbym, ale nie przyjdę.
Jak możesz czekać?

Znasz przecież moje problemy z błędnikiem.


niedziela, 3 listopada 2013

Hymny śpiewaj



Hymny śpiewaj

Hymny śpiewaj. Rok każdy wyprzedza poprzedni,
Dzisiejsza epoka miażdży wczorajszą.
Jest lepiej, choć czasem niezauważalnie:
Teraz złorzeczysz, klniesz, płaczesz, toniesz w rozpaczy.
Wciąż myślisz, jak wspaniały był rok 2007
Albo 2011.

Za pięć lat to samo pomyślisz, co dzisiaj. Myślenie,
Ono właśnie, złem jest i piekłem, lichem niedrzemiącym.
Obmyślić plan neutralizacji perspektywy, to cel
Prawdziwy ludzkości. Wojny, sztuka, religia –
Dziurawe zasłony, wyblakłe firanki. Okno zamknięte,
W środku przytulnie, blask przeszłości grzeje,
Na zewnątrz trawa, niebo, słońce, rześkość nadziei.

Okno zamknięte. Milczenie. Chcę je odrzucić,
Chcę konsekrować chwilę, w której okno otwieram,
W której powietrze w środku miesza się z tym z zewnątrz.
Chcę konsekrować chwilę, w której stawiam te słowa.
Nie chcę znać żadnej innej poza tą jedną -
Zezwierzęcenie, amnezja, błogość, która uśmierca,
Która, stety-niestety, tkwi poza ludzką percepcją.

Hymny śpiewaj. Każdy moment warty jest hymnu.
Moment bez hymnu to moment stracony.
Śpiewaj, wypluj płuca, strać głos, wycieńczony padnij –
Hymny śpiewaj.

czwartek, 3 października 2013

Kolejny wiersz pt. „Szachy”



Kolejny wiersz pt. „Szachy”

Kiedy grasz w szachy, o ile zdarza ci się jeszcze grać,
Pomyśl o tym, jaką z gry frajdę mają figury.
Nie tyle, co oczywiste, król i królowa,
Ale reszta tej całej ferajny:

pokorne piony z ich nieznacznymi ruchami jednak
zdolnymi ruszyć z posad szachownicę
z ich pragnieniem awansu
z ich złudzeniami
ułudami
życiem iluzją więc czy wciąż jeszcze życiem

Dostojne Wieże o arystokratycznych
                                            Rysach,
Zaślepione i ograniczone, zastygłe w
Miejscu
I oporne na jakiekolwiek poruszenia
                                            Dokoła.

Szybkie gońce, jak głupie biegające tu
I tam,                                              
   Stąd
I stamtąd,
Wyczerpane pomimo kar i narkotyków,
Wypadające z gry na samym początku.

Finezyjne skoczki, które, choć schematycznie,
Czasami potrafią jeszcze
    zaskoczyć.

Kiedy grasz w szachy, o ile zdarza ci się jeszcze grać,
Pomyśl o tym, jaką z gry frajdę mają gracze.
Poważni i dystyngowani starcy, a jednak
Zdziecinniali, nieustannie grający w grę
Świat.

To Bóg i Szatan. To ich szachownica,
To ich monopol. Ich poker, kanasta, brydż,
To ich domino, ich kalambury. O i X.
Kości.

Ale tobie pewnie nie zdarza się już grać,
I tak destrukcyjne myśli nie przyjdą ci do głowy.
A jeśli zdarza ci się jeszcze grać, nie pyskuj, żem ignorant:
To czysta abstrakcja: szachy i nie szachy, gracze i niegracze.
Ten wiersz też jest grą, jaką tylko zechcesz, i jaką niezechcesz abstrakcją.
Tylko figury, te bywają obiektywnie realne.


niedziela, 29 września 2013

29.09.13

Raz jeszcze wspomogę się Pessoą: 
Kamienie na drodze? Pozbierałem wszystkie, i pewnego dnia wybuduję zamek. 

A to już Luis Britto Garcia i opowiadanie (nie całe oczywiście) "Dziwny przypadek" ze zbioru "Prosto w twarz":
Mister Hyde i ja spotykaliśmy się regularnie, oddawaliśmy się owym zajęciom terapeutycznym i relaksującym, które zwane są folgowaniem najniższym instynktom, tłukliśmy nasze kochanki, zapijaliśmy się, a potem szliśmy na spacer po Londynie, wykrzykując brzydkie słowa i od czasu do czasu dając kuksańca jakiemuś pieszemu albo dziewczynce, co wywoływało zgorszenie tłumu i trzeba było widzieć ich miny, ale była heca.
Nagle Mister Hyde zaczął znikać na długie dni i zachowywać się dziwnie, jakby był zawstydzony, i wobec tej zadziwiającej przemiany któregoś dnia poszedłem za nim: zobaczyłem, jak wchodzi do jakiejś piwnicy, przez szparę dojrzałem, że pije jakiś trunek, i oto nagle dokonała się w nim zatrważająca przemiana. Mój przyjaciel przybrał minę niewiniątka, uśmiechnął się, jego maniery były imitacją wykwintu i nagle zrozumiałem prawdę: mój przyjaciel potajemnie przekształcił się w tę straszliwą bestię, którą nazywają szacownym obywatelem, w czasie metamorfozy wykorzystywał swój potulny wygląd i pobierał honoraria za usługi zawodowe, miał wykłady, przyjmował hołdy, pobierał pensję, robił interesy, zabiegał o wpływy, pisał na łamach poważnej prasy, zarządzał latyfundiami, ucztował z wojskowymi, popierał policję, głosił się zwolennikiem porządku, popierał interwencje zbrojne, stawiał siebie za przykład młodzieży, założył ognisko domowe.
Zrozumiałem ze zgrozą, że przemiana jest nieodwracalna i wziąłem nogi za pas, wziąłem nogi za pas, to jedyne, co można zrobić, kiedy dusza ludzka zaczyna błądzić po manowcach, kiedy owładnie nią ukryta, złośliwa i nieodparta siła: szacowność.

Jestem szacowny, oczywiście. Ale dlaczego w mych myślach przewija się motyw podróży? Nieważne, to jednak nie motyw brania nóg za pas. Ja nic nie biorę. Nawet nie uczęszczam na "zajęcia terapeutyczne i relaksujące". Szacowność moja nie istnieje, bo istnieć nie może nic, co jest na niby. No i z wyznaczników szacowności podanych w w/w tekście mogę się podpisać jedynie pod "przyjmowaniem hołdów".
Przytłaczająca relatywność. W szarym świecie tęsknota za polarnością.

niedziela, 22 września 2013

22.09.13

Błądzę jedynie w kółko lub, co gorsza, stąpam w miejscu.
Wszystkie moje lecz i ale wstrzymują mnie, hamują swobodny bieg myśli, redukują teren wykluczając możliwość zaistnienia wodospadu.

I czego ja chcę? Podróżować nie tylko fizycznie, ale i poza granice percepcji. Dokonać syntezy wszystkiego i uczynić krok naprzód, w nieokreśloną przestrzeń. Nieokreśloną tak bardzo, że nawet zabieram czym prędzej z klawiatury dłonie choćby przymierzające się  do zarysowania owej nieokreśloności.
Wszystko to abstrakcyjnie.

I czego ja chcę? Tak ujął to Fernando Pessoa:

To travel! To change countries!
To be forever someone else,
With a soul that has no roots,
Living only off what it sees!
To belong not even to me!
To go forward, to follow after
The absence of any goal
And any desire to achieve it!
This is what I call travel.
But there’s nothing in it of me
Besides my dream of the journey.
The rest is just land and sky.

Ale nic z tego nie ma we mnie poza ulotnym pragnieniem podróży.

wtorek, 17 września 2013

Impresja


Impresja

Dzisiaj, w wysokich czasach, jedenaste piętro
Nie jest czymś, o czym warto wspominać.
Może właśnie dlatego pokochałem to miasto,
Tak niskie, zaniedbane bardziej niż zaułki
Dziur, w których zwykłem przebywać.

Sierpień, poniedziałek, 26 sierpnia, 23:11.
To miasto nie należy do tej epoki,
Zupełnie tak samo jak ja, i to nas łączy,
I stąd wzięła się moja miłość do niego,
Zanim nawet po raz pierwszy ujrzałem ocean.

Może jednak znajdę swoje miejsce w świecie,
Czuję i tym razem jestem niemal pewien,
Czuję i wiem, że to nie tylko kolejna ułuda:
Mówią do mnie mewy przemykające nad głową
I mówią do mnie wina leżące w piwnicach.

Sam sobie mówię, obserwując rozkład.

piątek, 13 września 2013

13.09.13

Nic mnie w niebycie nie trzyma - lecz czy jest to dostateczny powód do wyruszenia w tak szumnie zapowiadaną podróż?

Czy to ma sens, a jeśli tak, to jaki?

Zadawanie sobie owego pytania w jednoznaczny sposób demaskuje człowieka uzależnionego, w skrytości ducha przedawkowującego myślenie. Nie tylko taki myśloman wygląda normalnie, a co więcej mądrze w wyrafinowanych nawet  towarzystwach, ale daje sobie w mózg także w samotności, do lustra.
Od takich z daleka. 
Więc ja od siebie z daleka, ja od siebie uciekam. Ucieczka również jest podróżą. Ale ja tu miałem próbować definiować podróż, nie ucieczkę, odnajdywać w niej sens i przy odrobinie szczęścia znaleziony sens także definiować.
Więc - podróż ma sens. 
Pod warunkiem, że do nowych miejsc się odbywa. Wcześniej nieodwiedzanych. Na kilka dni one wystarczą. Potem dalej. 
A jeśli wracać do lokacji już uprzednio nawiedzanych? Wtedy doba jest absolutnym maksimum, po dwudziestu czterech godzinach człowiek zamienia się w kamień niczym mityczne olbrzymy przyłapane przez niemniej mityczny wschód Słońca.
Człowiekiem jestem, więc wszystko, co po raz drugi, jest mi obce. Za to jutrzenkę lubię, bo też, przesypiając ją, prawie jej nie znam.
 

środa, 11 września 2013

11.09.13

Kraków. To tutaj Miłosz napisał "W Warszawie".

Lecz cóż to za podróż? I czy podróż w ogóle? Przecież się odgrażałem, że będę się wypuszczał daleko, dalej niż sięgam.
Nie, nie Kraków. To żadna zmiana, jeśli jakąkolwiek zmianą można określić stan bycia tym samym sobą w innym miejscu.

Zdanie to wbrew pozorom nie skazuje mojej idei wyruszenia w podróż z niebytu na porażkę. Nie dążę "dokądś", lecz mknę/pełznę przez czas i przestrzeń do siebie, do punktu, w którym jestem i którym jestem. Banalne oczywiście, lecz taka właśnie jest idea podróży. W nieskończoność można powtarzać za Montaignem, że cel życia kryje się w tym, by "przebieżyć piękniejszą drogę". Nie, nie, w żadnym tam praktycznym, namacalnym sensie. Żadnych tam wymiarów w życie prawdziwe mieszać nie należy. A co trzeba? Mi trzeba dalej. Spróbuję. Jak pisał w tomie "Prosto w twarz" wenezuelski pisarz Luis Britto Garcia:

jutro może być niebieskie, mieć smak orzechów, może być zielone, mieć smak żelaza lub siarki i zostać wyplute, ale nigdy nie będzie miało smaku minionej chwili, ale nigdy, nigdy.

I dobre jest to niewątpliwie dla dążących, którzy właśnie dlatego są dążącymi, że nigdy, nigdy nie chcą poczuć więcej smaku chwil minionych i chwil trwających.