poniedziałek, 22 września 2014

Legenda, fragment 1

fragmenty notatnika do nienapisanego poematu "Legenda"
fragment pierwszy

(...) Chciał widzieć siebie na ulicach mglistych, wietrznych i deszczowych
Starych miast, okutanego w ciemny płaszcz, skrywającego blade, zimne
I roztrzęsione dłonie o długich palcach w przepastnych kieszeniach,
Które wyjmował jedynie dla piersiówki i zapałek, chroniącego włosy
Ciemnym kapeluszem lub czarną parasolką. Szczupła sylwetka nosi
Znamiona zdenerwowania, nerwowości, wahania i niepewności, choć
Nie jest to z pewnością dualizm, władających nim sił oraz szarpiących
Jego jestestwo przeciągów wydaje się być więcej niż dwa. Co jeszcze?
Rozbiegane oczy, zaciśnięte usta, ekspansywna zmarszczka, niespecjalny
Nos i niespecjalne uszy, rozwiane i rozczochrane włosy, kilkudniowy zarost,
Mocne i wygodne buty, niewidoczne, kolorowe skarpetki, proste spodnie,
Preferowane niebieskie, umiarkowanie wytarte jeansy, ciemny sweter,
Prawie niewidoczny pod płaszczem, spełniający funkcję nieokreśloną,
Ozdobno-poetycką szalik, zbyt krótki i wąski by nazwać go szalem.
Może prószy śnieg,
Może właśnie z donośnym bębnieniem leci na łeb, na szyję i na bruk
Grad, może wcale nie ma kapelusza ni parasolki, ponieważ dokoła dmie
Silny wiatr. Może spieszy się gdzieś i ociera o zbyt banalną śmierć,
I przyspiesza jeszcze bardziej, poganiany przez nieliczne klaksony
I krzyki woźniców, może stoi na środku chodnika i widzi perfekcję
W liniach kamienic oświetlanych bladymi latarniami, cud płatków
Śniegu migających w ich świetle, ideał zasłoniętego wilgotną mgłą
Świata. Może widzi doskonałość w krokach przechodnia niosącego
Instrument w aksamitnym futerale, który, samotny, z zażenowaniem
skrywa zdumioną twarz widząc samotniejszego człowieka. Wszystko
To niczym czarno-białe fotografie, vintage, prawie międzywojnie, jako
Że w nim samym, nieustannie oblężonym, ciągle toczy się wojna, i choć
zawsze bliski, by raz na zawsze się poddać, nigdy tego nie robi do końca,
Trudno pojąć dlaczego.
Idzie i mija rozbitą butelkę coca-coli, zdaje się, design klasyczny.
W aptekach nie ma już leków z koką, wszystkie iluzje zostały rozbite,
Wszystkiego należy unikać, co rodzi sprzeczność, bo jak uniknąć życia
Nie unikając śmierci, i jak uniknąć śmierci nie unikająć życia? Ponadto,
Nie jest pewny, czy cokolwiek istnieje, dlaczego by więc czegokolwiek
Unikać? Unikając unikania uniknąłby unikania zbędnego i bezcelowego.
Pozornie komfortowa sytuacja jest bardzo niewygodna, rodzi wątpliwości,
I już zostaje jedynie dylemat robić-nierobić, unikać-nieunikać, w końcu
Następuje powrót do być-niebyć, słów kaznodziei, rysunków naskalnych
I wcześniej, to jakby nie ma cywilizacji, nikt nie widzi różnicy, to jakby
Nie ma człowieka, nikt nie widzi różnicy, to jakby nie ma Ziemi, nikt nie
Widzi różnicy, to jakby nie ma Drogi Mlecznej, nikt nie widzi różnicy, to
Jakby nie ma Wszechświata, nikt nie widzi różnicy, jako że nikogo nie ma
I nie ma czego niewidzieć, i nie istnieje pojęcie różnicy. On nieprzerwanie
Idzie i na drodze jego nie ma żadnego mostu, nic groźnego dlań nie istnieje,
Gdyż wszystko wymaga pomocy, apatia ratuje przed skutkiem weltschmertzu.
Nareszcie!
Wstępuje na kawę, gdzie, nie wie, lokal niedrogi, może obskurny, przeżarte
Drzewo, kurz i okruchy, podłoga w roli kosza na śmieci, ściany i sufit, nazbyt
Często oblewane kawą, herbatą, alkoholami i płynami ustrojowymi; to rodzi
Zagadkę, to powoduje naklejanie kolejnych wciąż warstw plakatów, odklejone
Dogorywają u zbiegu ścian i podłogi, prawie klepiska. Myli kelnera z menelem
Idącym do kibla, następną godzinę spędza zastanawiając się, skąd tu w ogóle
Instytucja kelnera (...)

piątek, 19 września 2014

19.09.14

Ile to już? Prawie trzy miesiące.
To niewiele. Niewiele w skali roku. Niewiele jak na projekt długofalowy. 
Tak, długofalowy, bo ja mam czas. Nim rytm złapię, wymrą pokolenia.
Pojawią się tu utwory nienarodzonych jeszcze poetów.
Literatura to jednak efekt uboczny życia i miesiące letnie służą innym celom niż dołujące refleksje, nierymowane wierszydła i bezrytmiczne strofy.
Bo można pojechać i w gorącym piasku kontemplować zranienie stopy, bo można zostać i można (choć lepiej nie) w mokrej od rosy trawie rozdeptać żuka, bo można gapić się w niebo, można mylić kroki.
Teraz trochę wrócę, z Miłoszem i Kapuścińskim, z jakimiś rozbitymi fragmentami.
Ale oczywiście nie tylko.
Albo może z czymś zupełnie innym.
I "teraz", "teraz" to też pojęcie względne.

Jednak zacznę już. Wierszem Miłosza.

Okno

Wyjrzałem przez okno o brzasku i zobaczyłem młodą jabłonkę przezroczystą w jasności.

A kiedy wyjrzałem znowu o brzasku, stała tam wielka jabłoń obciążona owocem.

Więc dużo lat pewnie minęło, ale nic nie pamiętam, co zdarzyło się we śnie.

I jeszcze Nicolas Bouvier, "Drogi i manowce":
Podróż i pisarstwo mają jedną wspólną cechę, dla mnie bardzo ważną. W obu przypadkach jest to nauka znikania. (...) A ponieważ cała egzystencja jest nauką znikania, zarówno podróż, jak pisarstwo są bardzo dobrymi szkołami.