wtorek, 30 października 2012

Granat odc. 3



Nie jestem lekomanem. Nie jestem ćpunem. Czy to powód do radości, kiedy, eliminując tę alternatywę, zyskuję pewność, że zostałem przestępcą? Jak? Dlaczego? Czy dowiem się tego kiedykolwiek?
            O co jednak chodzi z żółtym sklepem? Z owocem granatu? Zawsze nienawidziłem owoców egzotycznych. Co takiego, i gdzie, mogłem kupić za 69,99? W Biedronce? Lewiatanie? Kolporter mogę chyba wyeliminować, zakup był jeden, a reklamówka dosyć lekka, nabycie gazety za 69,99 wydaje się raczej wątpliwe. Spacer po galerii czy rekonesans w Internecie nie wchodzi w grę, boję się, że nagle znów znajdę się w innym wymiarze. Każde wyjście z próżni to chwila strachu i narastającego obłędu, jednak wybierając pomiędzy szaleństwem i pustką, wybieram szaleństwo.
            Jestem przestępcą. Gangsterem. Co zrobić? Jak dalej żyć z tą wiedzą?
            Nagle spokój. Uczucie odprężenia. Nieważne. Przecież prawie nie żyje. To nic nie zmienia. Wciąż zakręcony kran i gleba wciąż jałowa.


*      

            „Newsweek”. Okładka. Przed chwilą na nią patrzyłem. Była inna. Rozmazana. Gdzie podziały się moje oczy? Skąd nagle pojawił się na niej detektyw Rutkowski? Przecież… Wtem myśl. Oczywiście. Minął kolejny tydzień! Który?
            Obłęd. Coraz większy obłęd. Koniec z tym. Tylko śmierć może mnie ocalić. Wrzucam gazetę do kosza i podnoszę się  z ławki. Koniec. Definitywnie.

*      

            Czerń. Wszędzie dookoła czerń. Tak więc wygląda koniec. Ja i mrok? To zbyt banalne. Przecież tylko podjąłem decyzję. Co z tego, skoro na nic nie mam wpływu, wszystko dzieje się samo, drzwi do pokoju, w którym toczy się moje życie są zamknięte, pozostaje zerkanie przed dziurkę od klucza. Ziemia pamięci wciąż pozbawiona deszczu. Czy już na zawsze? Tak skończę? W pokoju bez klamek, odziany w kaftan? To zbyt banalne. Podobnie jak mrok dookoła.
            Nagle gdzieś z nieba światło, manna. Coś na mnie upada. Coś śmierdzącego. Próbuję się poruszyć. Jestem przyklejony. Znienacka ból i więcej swobody ruchu. Leżę w zaschniętej kałuży krwi. Znowu ciemność.

*      

            A jednak, nie umarłem. Siedzę oparty plecami o zielony kontener na śmieci. Mam na sobie czerwoną koszulę. Koszulę!? Dlaczego noszę koszulę, skoro ich nienawidzę? Czerwoną?! No tak. To zaschnięta krew.
            Gdzie ja w ogóle jestem? Co robiłem w kontenerze? Jak z niego wyszedłem? Co to za zaułek? Kim jestem? No tak. Gangsterem. Pewnie jakieś porachunki.
            Chwila. Coś nie tak. Ta krew bynajmniej nie jest zaschnięta. Świeża wciąż wypływa. I to w jakiej ilości! Ubrania przesiąknięte, dookoła wielka kałuża. Wykrwawiam się. Dlaczego? Skąd?

*     

            Ciemność. Noc. Światła latarni oświetlają mokry chodnik. Pada deszcz, a ja dokądś idę. Dokąd? Nie wiem. Idę dalej, wciąż przed siebie, póki nie muszę skręcić. Lewo? Prawo? Co za różnica.
             Nagle potykam się o szczerbę w chodniku. Nóż wypada mi z rękawa i z pluskiem wpada do studzienki ściekowej. Staję. Nasłuchuję. Pusto. Cicho.

*     

Próba podniesienia się z ziemi, oddalenia się od zakrwawionego placu wokół kontenera. Wtem ogłuszający ból. Piętno pulsuje. Cierpienie otępia zmysły, których jeszcze nie straciłem. Chwila zaćmienia. O dziwo, stoję na nogach i idę przed siebie. Pulsowanie się wzmaga.

*      

            Mrok i deszcz. Zamroczony stoję w deszczu. Rozglądam się. Ciemność. Ani jednego źródła światła w zasięgu wzroku. Nagle dreszcz. Zimno przenika ciało. Huk. Coś upadło.
            Łopata, którą trzymałem w ręku. W drugiej mam jakąś szmatę, a na głowie kominiarkę. Robię krok, chcąc podnieść narzędzie, które upuściłem. Tracę równowagę. Upadam. Wpadam do dołu. Na jego dnie coś… włochatego?!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz