Nie jestem lekomanem. Nie jestem
ćpunem. Czy to powód do radości, kiedy, eliminując tę alternatywę, zyskuję
pewność, że zostałem przestępcą? Jak? Dlaczego? Czy dowiem się tego
kiedykolwiek?
O
co jednak chodzi z żółtym sklepem? Z owocem granatu? Zawsze nienawidziłem
owoców egzotycznych. Co takiego, i gdzie, mogłem kupić za 69,99? W Biedronce?
Lewiatanie? Kolporter mogę chyba wyeliminować, zakup był jeden, a reklamówka
dosyć lekka, nabycie gazety za 69,99 wydaje się raczej wątpliwe. Spacer po
galerii czy rekonesans w Internecie nie wchodzi w grę, boję się, że nagle znów
znajdę się w innym wymiarze. Każde wyjście z próżni to chwila strachu i
narastającego obłędu, jednak wybierając pomiędzy szaleństwem i pustką, wybieram
szaleństwo.
Jestem
przestępcą. Gangsterem. Co zrobić? Jak dalej żyć z tą wiedzą?
Nagle
spokój. Uczucie odprężenia. Nieważne. Przecież prawie nie żyje. To nic nie
zmienia. Wciąż zakręcony kran i gleba wciąż jałowa.
*
„Newsweek”.
Okładka. Przed chwilą na nią patrzyłem. Była inna. Rozmazana. Gdzie podziały
się moje oczy? Skąd nagle pojawił się na niej detektyw Rutkowski? Przecież…
Wtem myśl. Oczywiście. Minął kolejny tydzień! Który?
Obłęd.
Coraz większy obłęd. Koniec z tym. Tylko śmierć może mnie ocalić. Wrzucam
gazetę do kosza i podnoszę się z ławki.
Koniec. Definitywnie.
*
Czerń.
Wszędzie dookoła czerń. Tak więc wygląda koniec. Ja i mrok? To zbyt banalne. Przecież
tylko podjąłem decyzję. Co z tego, skoro na nic nie mam wpływu, wszystko dzieje
się samo, drzwi do pokoju, w którym toczy się moje życie są zamknięte,
pozostaje zerkanie przed dziurkę od klucza. Ziemia pamięci wciąż pozbawiona
deszczu. Czy już na zawsze? Tak skończę? W pokoju bez klamek, odziany w kaftan?
To zbyt banalne. Podobnie jak mrok dookoła.
Nagle
gdzieś z nieba światło, manna. Coś na mnie upada. Coś śmierdzącego. Próbuję się
poruszyć. Jestem przyklejony. Znienacka ból i więcej swobody ruchu. Leżę w
zaschniętej kałuży krwi. Znowu ciemność.
*
A
jednak, nie umarłem. Siedzę oparty plecami o zielony kontener na śmieci. Mam na
sobie czerwoną koszulę. Koszulę!? Dlaczego noszę koszulę, skoro ich nienawidzę?
Czerwoną?! No tak. To zaschnięta krew.
Gdzie
ja w ogóle jestem? Co robiłem w kontenerze? Jak z niego wyszedłem? Co to za
zaułek? Kim jestem? No tak. Gangsterem. Pewnie jakieś porachunki.
Chwila.
Coś nie tak. Ta krew bynajmniej nie jest zaschnięta. Świeża wciąż wypływa. I to
w jakiej ilości! Ubrania przesiąknięte, dookoła wielka kałuża. Wykrwawiam się.
Dlaczego? Skąd?
*
Ciemność.
Noc. Światła latarni oświetlają mokry chodnik. Pada deszcz, a ja dokądś idę.
Dokąd? Nie wiem. Idę dalej, wciąż przed siebie, póki nie muszę skręcić. Lewo?
Prawo? Co za różnica.
Nagle potykam się o szczerbę w chodniku. Nóż
wypada mi z rękawa i z pluskiem wpada do studzienki ściekowej. Staję.
Nasłuchuję. Pusto. Cicho.
*
Próba podniesienia się z ziemi,
oddalenia się od zakrwawionego placu wokół kontenera. Wtem ogłuszający ból. Piętno
pulsuje. Cierpienie otępia zmysły, których jeszcze nie straciłem. Chwila
zaćmienia. O dziwo, stoję na nogach i idę przed siebie. Pulsowanie się wzmaga.
*
Mrok
i deszcz. Zamroczony stoję w deszczu. Rozglądam się. Ciemność. Ani jednego
źródła światła w zasięgu wzroku. Nagle dreszcz. Zimno przenika ciało. Huk. Coś
upadło.
Łopata,
którą trzymałem w ręku. W drugiej mam jakąś szmatę, a na głowie kominiarkę. Robię
krok, chcąc podnieść narzędzie, które upuściłem. Tracę równowagę. Upadam.
Wpadam do dołu. Na jego dnie coś… włochatego?!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz