„Newsweek”. Pięć
złotych. Wciąż jestem na tej ławce. To chyba wciąż ten poniedziałek. Strzępy
miejsc, które przemknęły przez moją głowę, to były wspomnienia. To muszą być
wspomnienia, muszą mieć wspólny mianownik, muszę ułożyć te puzzle i sprawić, by
rzeka mojej świadomości popłynęła znów jednostajnym strumieniem. Znaleźć jej
źródło.
Zawsze
uwielbiałem oglądać okładki czasopism. Studiowałem dokładnie każdy szczegół ludzkich
twarzy, miejsc czy przedmiotów, które się na nich pojawiały. Być może dlatego
zdziwiła mnie niewyraźność okładki najnowszego wydania gazety, którą trzymałem
w ręku. Wciąż jednak nie mogę uwierzyć, że naprawdę była na niej twarz. Nie
byle jaka twarz. Ta twarz.
Ten facet. Jego oczy. Moje oczy.
*
Kuchnia. Kawa.
Chyba. Równie dobrze może to być coca-cola czy czernina, bez różnicy, i tak
straciłem węch oraz smak. To już dwa zmysły. Który będzie następny? Dotyk?
Wzrok? Słuch? Szóstego zmysłu nigdy nie miałem. Czy gdy następnym razem stanę
twarzą w twarz z rzeczywistością, będę widział otaczający mnie świat, słyszał
jego odgłosy? Jaką rzeczywistością? Czy istnieje jakakolwiek rzeczywistość?
Jestem taki zagubiony. Nie mam nawet pewności, czy istnieję, czy śnię, czy
egzystuję w przeszłości oglądając własne wspomnienia, czy tkwię w tu i teraz?
Czy świat i życie nie jest tylko złudą?
Uśmiechnąłem się
na myśl, jak wielu filozofów roztrząsało to zagadnienie i wysnuwało niezwykle
zawiłe twierdzenia, mające udowodnić realność istnienia fizycznego świata. Te
abstrakcyjne wywody jajogłowych zawsze wydawały mi się niezwykle bezsensowe,
bezcelowe, wręcz absurdalne. Teraz najchętniej przekopałbym wszystkie
biblioteki świata próbując porównać i zrozumieć te bzdurne rozmyślania. Może
pomogłyby mi się odnaleźć. W czym? Nie wiem. Po prostu odnaleźć. Odnaleźć coś,
w czym mógłbym się odnaleźć.
Strach przyćmił
mój umysł, już i tak wystarczająco przyćmiony, niemal zgaszony, przez coś
nieokreślonego, nieznanego, tajemniczego i przerażającego. Przez coś.
Łyk chyba-kawy.
Wzrok pada na jakąś kartkę. Moje pismo. Coś pisałem. Ciekawe, jak długo tak tu
siedzę nad tą chyba-kawą. Jaki dzisiaj dzień? Ma to jakieś znaczenie? Czas już
dawno przestał dla mnie istnieć. Nie tylko on. Ja sam przestałem istnieć dla
siebie.
Sherlocku Holmesie, Herculesie Poirocie, Adrianie
Monku, szanowny panie Krzysztofie Rutkowski, posłuchajcie:
Zaniki pamięci. Owoc granatu. Kominiarka. Zmywacz. Utrata
węchu. Pies tańczący z kotem wyrysowany nożem na klatce piersiowej. Zakupy w żółtym
sklepie. Sklep z bronią. Supermarket, noże w wózku. Apteka, dwie torby leków.
1.
Uporządkuj chronologicznie.
2. Znajdź wspólny mianownik. Klej do sklejenia
odłamków. Chędożony punkt odniesienia.
Absurdalność
notatki sprawiła, że wybuchnąłem śmiechem. Przestraszone i spięte ciało, skłębione,
splątane myśli ustąpiły miejsca uczuciu odprężenia i rozładowania. Śmiech neutralizujący
toksyny nagromadzone w głowie i ciele czy narkotyk w chyba-kawie?
Notatka do detektywów. „Chędożony”. Szkolne
polecenia. Naprawdę mi odbiło. Popadłem w obłęd.
*
Zapach cynamonu,
moczu i curry. Nagle uczucie, że coś jest nie tak. Bardzo nie tak. Przecież straciłem
węch. I smak. Więc śniłem zapachy. Jakaś dziwna mieszanka. Już nic nie jest
normalne, żadnego oparcia, żadnej pewności, normalności, stałości,
oczywistości. Sen, jawa, przeszłość, teraźniejszość, wszystko się pomieszało,
zlało w jedno i… zniknęło. Drzwi się zamknęły. Czasami tylko, w przebłysku
świadomości, spoglądam przez dziurkę od klucza.
Otwieram oczy.
Wciąż potrafię widzieć! Leżę z policzkiem przytulonym do podłogi. Spałem.
Zemdlałem. Nie wiem. Nie mam zębów, mam guza. Ale to pamiątka po upadku pod
prysznicem. Teraz coś innego. Nie wiem. Jestem w kuchni. Tak, jestem w kuchni.
Chyba wciąż. Szybko, szybko, ostatnie wspomnienie, jaki to był dzień, co się
stało?
Podnoszę się z
parteru i mętnym wzrokiem ogarniam pomieszczenie. Wzrok zatrzymuje się na
stole. Kubek z resztką chyba-kawy i kartka papieru. Komiczna notatka.
Cóż, sam spróbuję rozwiązać śmieszne polecenia
swojego autorstwa.
Dodam
kominiarkę, noże i broń, otrzymam napad, rozbój, przestępczy epizod. Nawet
wyjaśnia to genezę piętna na korpusie – więzienny tatuaż, symbol przynależności
do jakiejś grupy, podpis, nowa, gangsterska tożsamość? Utrata węchu i zaniki
pamięci mogłyby być efektem jakiejś bójki. Trochę naciągane.
Dodam
zmywacz, utratę węchu i leki, otrzymam lekomanię. Widocznie zmywacz mi nie
wystarczał, sięgnąłem po leki, coraz mocniejsze, stąd utrata węchu, smaku,
zaniki pamięci. Znamię nie pasuje. Cóż. Nadprzyrodzone moce? Może okaleczyłem
się sam? Brzmi prawdopodobnie.
Jak
ma się jednak do tego wszystkiego owoc granatu?
Więzienie
czy nałóg? Przestępczy incydent? Śmiem powątpiewać. Uzależnienie? Nigdy nie
byłem silnym człowiekiem. Całkiem możliwe, że coś prawiło, że pękłem. Absurdalne,
ale będę się tego trzymał. Czegoś muszę. Spróbować walki z obłędem. Z niczym. Z
pustką, która rozciąga się dookoła.
Łyk
niby-kawy. Nagłe uczucie sprzeczności. Żółty sklep. Granat. „Newsweek”.
*
Ławka.
Okładka „Newsweeka”. Rozmazane, niewyraźne, przybliżone zdjęcie faceta w
kominiarce. Jego oczy. Moje oczy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz