poniedziałek, 8 października 2012

08.10.12

 
Czasem przypomina sobie Pan Cogito, nie bez wzruszenia, młodzieńczy swój marsz ku doskonałości, owe juwenilne per aspera ad astra. Otóż zdarzyło mu się pewnego razu, gdy spieszył na wykłady, że wpadł mu do buta mały kamyk. Umiejscowił się złośliwie między żywym ciałem a skarpetką. Rozsądek nakazywał pozbyć się intruza, ale zasada amor fati – przeciwnie, znoszenie go. Wybrał drugie, heroiczne rozwiązanie.
Z początku wyglądało to niegroźnie, po prostu doskwieranie i nic więcej, ale po jakimś czasie w polu świadomości pojawiła się pięta, i to w momencie, kiedy młody Cogito mozolnie chwytał myśl profesora rozwijającego temat pojęcia idei u Platona. Pięta rosła, nabrzmiewała, pulsowała, z bladoróżowej stawała się purpurowa jak zachodzące słońce, wypierała z głowy nie tylko ideę Platona, ale wszystkie inne idee.
Wieczorem przed udaniem się na spoczynek wysypał ze skarpetki obce ciało. Było to małe, zimne, żółte ziarenko piasku. Pięta była przeciwnie duża, gorąca i ciemna od bólu.

Czemu zamieszczam tutaj całego "Pana Cogito a perłę", tego nie wiem.
Tak naprawdę to wiem. Do dziennika pisanego własną ręką nigdy nie chciałoby mi się przepisywać tak długiego utworu czy fragmentu, tutaj jednak mogę sobie pozwolić na tzw. "kopiuj-wklej". A wystarczyłby wyjątek

 w polu świadomości pojawiła się pięta

by określić nieokreśloność mojego stanu. Wszystko, co piszę teraz, poniżej tego cytatu, jest zbędne. Mógłbym pokusić się o próbę zdefiniowania z natury niedefiniowalnej pięty, nużąc tym każdego intruza, który zbliżyłby się do jasnego ogniska moich zapisków, i, co ważniejsze, nużąc siebie samego. Tak więc nie uczynię tego, zadowalając się napiętnowaniem metaforycznej "pięty" blokującej mój umysł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz