Niespodziewanie dla siebie odpowiadam sobie - zasadzić drzewo. Nie tylko wykopać trochę ziemi i włożyć tam kawałek patyka z niemym okrzykiem: "Niech rośnie!" Nie. Najpierw - ściąć jedno, może dwa smutne już wiekiem i owocowaniem drzewa. Później uprzątnąć teren, nie do końca jednak, nieważne, co uczynimy, korzenie zostaną. Jest jesień. Trzeba więc chłonąć nozdrzami zapach jabłek i orzechów, słońca i liści, ziemi i powietrza, tego tak różnego nie składem, lecz właściwościami od samego siebie. Trzeba zgrabić liście. Przyciąć to i tamto. I, na koniec już, to, co najważniejsze, to, co ukoronowaniem, by zamknąć łańcuch niepozytywny "ściąć - przyciąć" ogniwem pozytywnym "stworzyć". By nie zachwiać żadnej równowagi, by nie być skrajnym, by nie przechylać szali na stronę destrukcji, by nasze destrukcyjne działanie nie dosięgło swoją destrukcyjną mocą nas samych. Palenie mostów z rozwagą, jedynie tych przerzuconych opodal brodu.
Zapach słońca, tego, które przez cały rok jedynie świeci, nie wiadomo dlaczego tylko o tej porze, jesienią, pachnie! Pozostaje rozkoszować się zapachem, patrząc na wątły kształt młodego drzewka, wierząc, że w przyszłości potężny trzon będzie kosturem dającym oparcie, rozłożysta korona kapeluszem chroniącym przed zbyt nachalnymi promieniami, owoce wspomnieniami kładącymi się na języku słodkim posmakiem. Patrzę więc i pracowicie wentyluje płuca, pochłaniam ciepło złotego blasku, w ręku trzymam co jakiś czas podnoszony do ust świeży sok, owoc wysiłku całego roku, w głowie mam jedynie trwająca chwilę i wersy autorstwa Lucille Clifton:
Odczytuje sam sobie własną metaforę, próbuje ją przeniknąć, zrozumieć. Jak blisko są rozwiązania, jak nieukryte!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz