wtorek, 25 czerwca 2013

25.06.13

Czesław Miłosz w "Widzeniach nad Zatoką San Francisco" stawia taką oto diagnozę:
Piętnem dzisiejszego stylu jest wściekłość wymierzona przeciwko Istnieniu.
 I dalej:
Ludzki labirynt mnie zachwyca, bo rozwija i uwyraźnia, co było zaledwie przeczute. Rozwija też i uwyraźnia każde głupstwo, które musi spiętrzyć się i przesilić. (...) Było wiele drzwi ukrytych w ścianach tak, zdawałoby się, spoistych, że prowadząc  po nich ręką nie trafiało się na żadną chropowatość powierzchni. Mogły być otwarte tylko we właściwym momencie: wtedy, za naciśnięciem nie zauważonego poprzednio guzika, obracał się na osi cały duży wycinek muru. Same nasze zdolności nie wystarczały, musiało nastąpić sprzężenie, tj. ogólna przemiana musiała dać znak, że już wolno. Skoro tak, skoro stawanie się ludzkiego labiryntu skłonne jest do samorewelacji, niezupełnie jałowe jest nasze pragnienie sensu. Jednak, żeby trzymać się tej samej metafory,  mamy teraz przed sobą spoistą ścianę. Nawet jeżeli wyczuwam dotykiem tu i ówdzie punkty, gdzie mogą być guziki otwierające sekretne przejście, nie mam obowiązku o tym mówić, bo nie pora.
 

 Czyżby? I dlaczego nie pora? Skąd ta tajemniczość? Jakie i czy nastąpiło już owo "spiętrzenie" i "przesilenie"? Czy dalej stoimy przed ścianą? A jeśli nie, dokąd zdążamy? "Wściekłość przeciwko istnieniu"? Dlaczego? Co w zamian? Więc przed "spoistą ścianą"? Więc "nie pora"? Lecz na co? Jaka jest alternatywa? Co napisałby dzisiaj Szekspir, jeśli w ogóle? Czy wiedziałby, kim jest? Czy są jeszcze jakieś możliwości, czy jednak "ściana"? Czy w końcu jednak ujawni się "sekretne przejście"? Dokąd?



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz