Nic mnie w niebycie nie trzyma - lecz czy jest to dostateczny powód do wyruszenia w tak szumnie zapowiadaną podróż?
Czy to ma sens, a jeśli tak, to jaki?
Czy to ma sens, a jeśli tak, to jaki?
Zadawanie sobie owego pytania w jednoznaczny sposób demaskuje człowieka uzależnionego, w skrytości ducha przedawkowującego myślenie. Nie tylko taki myśloman wygląda normalnie, a co więcej mądrze w wyrafinowanych nawet towarzystwach, ale daje sobie w mózg także w samotności, do lustra.
Od takich z daleka.
Więc ja od siebie z daleka, ja od siebie uciekam. Ucieczka również jest podróżą. Ale ja tu miałem próbować definiować podróż, nie ucieczkę, odnajdywać w niej sens i przy odrobinie szczęścia znaleziony sens także definiować.
Więc - podróż ma sens.
Pod warunkiem, że do nowych miejsc się odbywa. Wcześniej nieodwiedzanych. Na kilka dni one wystarczą. Potem dalej.
A jeśli wracać do lokacji już uprzednio nawiedzanych? Wtedy doba jest absolutnym maksimum, po dwudziestu czterech godzinach człowiek zamienia się w kamień niczym mityczne olbrzymy przyłapane przez niemniej mityczny wschód Słońca.
Człowiekiem jestem, więc wszystko, co po raz drugi, jest mi obce. Za to jutrzenkę lubię, bo też, przesypiając ją, prawie jej nie znam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz