niedziela, 8 września 2013

08.09.13

Wracając jeszcze do "Zwrotnika Raka".

Rzuca przelotne spojrzenie przez okno, by zobaczyć, jaka jest pogoda, i wzdycha głęboko. Jeżeli pada, mówi: „Co za pierdolony klimat, ciągle ma się chandrę”. A gdy świeci słońce, powie: „Co za pierdolone słońce, oślepnąć można”. Kiedy zaczyna się golić, nagle przypomina sobie, że nie ma czystego ręcznika. „Co za pierdolony hotel, są zbyt skąpi, by codziennie dać ci czysty ręcznik”. Bez względu na to, co robi albo dokąd idzie, nic nie gra. I zawsze przyczyną jego niedyspozycji i niezadowolenia jest albo ten pierdolony kraj, albo jego pierdolona praca, albo jakaś pierdolona pizda.
- Mam całkiem spróchniałe zęby – mówi płucząc gardło. – To ten pierdolony chleb, który musimy tutaj jeść.

Przypis mój ogranicza się jedynie do korekty trzeciej osoby na pierwszą. Smutne? Tak, ale - co z tego? Co mi przychodzi z rozpoznania sytuacji? Nic, dopóki nie zdam sobie sprawy z tego, kim jestem naprawdę. Prawdziwie. 
Więc przypominam sobie, że nie jestem realny, że tutaj bawię się formą, treścią, językiem, samochodzikami, robię, co tylko zechcę i to ja wyznaczam definicje, a nie definicje mnie. Tak to wygląda. To Konwicki napisał, że

jedni już wymiotują z przejedzenia wolnością, inni do śmierci nie zobaczą jej wątłej zorzy

 i z tych skrajności wybieram pierwszą. Wybieram, bo mogę. Mogę, bo nie istnieję. Wszystko to takie ładne i proste, oczywiste i czarno-białe na papierze. Co więc sobie będę żałował, co się będę babrał w rzeczywistości, po co, jak nie muszę? Bo nie lubię czarno-białego, bo szarość moim kolorem. Ale żałować sobie, także szarości, nie będę.

Więc sobie teraz wyruszę w podróż. W końcu nic mnie tutaj, w niebycie, nie trzyma.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz