Kraków. To tutaj Miłosz napisał "W Warszawie".
Lecz cóż to za podróż? I czy podróż w ogóle? Przecież się odgrażałem, że będę się wypuszczał daleko, dalej niż sięgam.
Nie, nie Kraków. To żadna zmiana, jeśli jakąkolwiek zmianą można określić stan bycia tym samym sobą w innym miejscu.
Zdanie to wbrew pozorom nie skazuje mojej idei wyruszenia w podróż z niebytu na porażkę. Nie dążę "dokądś", lecz mknę/pełznę przez czas i przestrzeń do siebie, do punktu, w którym jestem i którym jestem. Banalne oczywiście, lecz taka właśnie jest idea podróży. W nieskończoność można powtarzać za Montaignem, że cel życia kryje się w tym, by "przebieżyć piękniejszą drogę". Nie, nie, w żadnym tam praktycznym, namacalnym sensie. Żadnych tam wymiarów w życie prawdziwe mieszać nie należy. A co trzeba? Mi trzeba dalej. Spróbuję. Jak pisał w tomie "Prosto w twarz" wenezuelski pisarz Luis Britto Garcia:
jutro może być niebieskie, mieć smak orzechów, może być zielone, mieć smak żelaza lub siarki i zostać wyplute, ale nigdy nie będzie miało smaku minionej chwili, ale nigdy, nigdy.
I dobre jest to niewątpliwie dla dążących, którzy właśnie dlatego są dążącymi, że nigdy, nigdy nie chcą poczuć więcej smaku chwil minionych i chwil trwających.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz