Nie, nie obiecuję. Nic nie obiecuję.
Nie obiecywać.
Będę sobie pisał. Będę pisał, że hej.
Ale o czym?
O dniach, co jak krople?
O nocach, co, wstyd przyznać, przespane?
Nieruchawa biografia jako próba wystawienia sobie pomnika za życia?
Ja niematerialny zmaterializowany?
Teraz?
Nie.
Nie teraz.
(Nie powiem: nigdy, bo nie śmiem poczuwać się do odpowiedzialności za swoje czyny wczorajsze czy jutrzejsze; jeśli chodzi o dzisiejsze, kompromisowo, choć z niesmakiem, uznać je mogę za moje prawdziwie)
Bo, jak to ujął Borges:
I am not sure that I exist, actually. I am all the writers that I have read, all the people that I have met, all the women that I have loved; all the cities I have visited.
I jest to stan nieświadomości tak perfekcyjny, że żadna świadomość zakłócić go nie może. Nawet ta najbardziej zdawałoby się przytłaczająca, tak zobrazowana przez Henry'ego Millera w "Zwrotniku Raka":
Kiedy zdałem sobie sprawę, że nie można żywić żadnych nadziei, podziałało to na mnie wręcz zbawiennie. Tygodniami, miesiącami, całymi latami tak naprawdę przez całe życie oczekiwałem, że coś się stanie, że nastąpi we mnie przełom, który odmieni moje życie. I nagle teraz, pobudzony absolutną beznadzieją wszystkiego, poczułem ulgę, jakby mi zdjęto z ramion ogromny ciężar. (...) Idąc w kierunku Montparnasse, postanowiłem poddać się fali, nie stawiać najmniejszego oporu losowi, bez względu na postać, pod jaką się on objawi. Nic, co przydarzyło się do tej pory, nie zdołało mnie zniszczyć; właściwie nic nie uległo zniszczeniu poza moimi złudzeniami. Ja zaś pozostałem nienaruszony. I świat pozostał nienaruszony.
Pozostał nienaruszony. Już nie czekam, jeszcze nie jestem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz