wtorek, 21 maja 2013

Metafizyka, czyli...


Metafizyka, czyli głową w mur


Koniec świata jest jednym z najbardziej trywializowanych tematów. Wystarczy "wróżba” czy „przepowiednia” zupełnie anonimowego, samozwańczego „wróżbiarza” czy „jasnowidza”, by pewna część społeczeństwa poddała się panice. Nowoczesne, globalne media ułatwiają sianie zamętu, nie one jednak są przyczyną całego problemu, o czym świadczy chociażby obchodzona hucznie każdego roku jego ostatnia noc – czyli popularny Sylwester. Obyczaj ten wywodzi się z przełomu lat 999 i 1000, a więc z matematycznego punktu widzenia niczym nie wyróżniającej się daty. Pierwsze tysiąclecie naszej ery potrwać miało jeszcze kolejny rok, a co za tym idzie, apokalipsa, antychryst czy Sąd Ostateczny nie powinny być przewidywane. Tymczasem, jak wiadomo, było inaczej – chrześcijański świat panikował i przygotowywał się na nadchodzący koniec. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział o istnieniu kalendarzu Majów, lecz nawet jeśli przyjąć by taką ewentualność, wiedza ta z całą pewnością nie złagodziłaby lęku ludzi tamtej epoki. Lęku irracjonalnego, jak irracjonalny jest każdy lęk przed każdym końcem, nie tylko końcem świata.
Dlaczego? Dlaczego go odczuwamy i tak łatwo mu się poddajemy, czego najświeższym przykładem jest panika przed domniemanym końcem 21 grudnia ubiegłego roku? Prosta odpowiedź na to pytanie nie istnieje, a próby jej poszukiwania można porównać z próbami przewidywania apokalipsy. Tłumaczenie procesów zachodzących w ludzkiej podświadomości jest zajęciem trudnym i ryzykownym, bardzo łatwo dokonać nadinterpretacji czy wręcz wymyślić własną, zupełnie oderwaną od rzeczywistości teorię. W swoim szkicu postaram się poszukać mniej lub bardziej satysfakcjonującej odpowiedzi na zadane wyżej pytanie poprzez jak najszersze spojrzenie na omawiane zagadnienie.
Pryzmatów przez które mogę analizować rozważaną problematykę jest nieskończenie wiele, choćby biologiczny, gospodarczy, historyczny, kulturowy, okultystyczny, oniryczny, polityczny, psychologiczny, religijny, socjologiczny i wiele innych. Dokładne skupienie się na którymkolwiek z nich wymagałoby dogłębnych studiów, a w efekcie, poza ujemnym wpływem na końcową syntezę rozważań wywołaną ograniczeniem ich pola do jednej dziedziny nauki, szkic stałby się nie tyle nużącą lekturą dla czytelnika, co katorgą dla autora. Dlatego wnikliwość będzie ceną, jaką pozwolę sobie zapłacić za możliwość szerokiego, choć z całą pewnością nie wystarczjąco szerokiego, spojrzenia.
Niemożliwe jednak wydaje się rozpoczęcie wywodu bez odpowiedzi na podstawowe pytanie - czym jest koniec świata? Powrotem do stanu przed jego powstaniem? Katastrofą wymazującą Ziemię z mapy Wszechświata? Wyginięciem życia? Wymarciem gatunku ludzkiego?  Śmiercią jednostki?
Z całą pewnością wiadomo, że kilka końców świata miała już miejsce, choćby dla non-avian dinosaurs, czyli nielatających dinozaurów. Lecz czy można przypuszczać, by te wielkie gady panikowały, czyniły jakieś przygotowania, a może nawet przewidziały kres swojej egzystencji? Oczywiście jest to czysta fantazja, choć nie można wykluczyć swego rodzaju instynktu biologicznego przenikającego owe organizmy. Czy w ubiegłym roku instynkt taki doszedł powszechnie do głosu u homo sapiens? Świat istnieje dalej, więc naturalnym wnioskiem jest stwierdzenie, że żaden instynkt wewnętrzny nikomu o końcu świata nie mówił, a jeśli tak, to był on sztucznie wyhodowany. (Istnieje jeszcze możliwość, że apokalipsa nadchodzi, a jej wewnętrzne  przeczucie wśród niektórych ludzi pokryło się z zakończeniem kalendarza Majów; hipotezę tę jako fantastyczną i wymykającą się możliwości racjonalnej analizy odrzucam.)
Gospodarcza katastrofa w związku z rosnącą liczbą ludności nie groziła nam w grudniu i rychło nie zagrozi. Gdyby jednak miała ona zajrzeć kiedyś społeczeństwu w oczu, nie byłaby już tak groźna, przede wszystkim ze względu na postęp technologiczny. Widmo niedostatku żywności spowodowałoby działania prewencyjne, w efekcie stając się jedynie problemem do rozwiązania, a nie przyczyną upadku cywilizacji, czyli swoistego końca świata. Czynnik gospodarczy nie mógł być więc przyczyną grudniowej paniki.
Z kolei, patrząc z historycznego punktu widzenia, można stwierdzić, że kolejna wojna stałaby się najprawdopodobniej wojną jądrową, stwarzając ryzyko wybicia całej populacji. Domniemanie ubiegłorocznego końca świata nie miało jednak oparcia na arenie politycznej, co skreśla czynnik historyczny jako możliwy powód zaistniałej paranoi.
Spojrzenie przez pryzmat kultury wydaje się zupełnie bezcelowe – „koniec świata” dla cywilizacji prekolumbijskich zaczął nastąpować wraz z przybyciem kolonizatorów, więc kalendarz Majów „spóźnił się” o jakieś 500 lat. Jak więc można było oczekiwać, że pokryje się z apokalipsą świata obcej jego autorom kultury europejskiej?
Czynniki okultystyczne, spirytystyczne czy oniryczne to czynniki zdecydowanie nieracjonalne. Sen, duch czy wizja teoretycznie mogą stać się zapowiedzią końca świata, lecz w praktyce takich zapowiedzi otrzymaliśmy niezliczone ilości, i jak wiadomo, nic z nich nie wynikło. Co więcej, najliczebniejsze religie nie określają terminu apokalipsy. Nic nie zapowiada więc boskiej interwencji w sprawy naszego świata, możemy więc spać spokojnie.
Socjologiczne ujęcie wymaga postawienia diagnozy współczesnemu społeczeństwu. Jakakolwiek jednak by ona nie była, z całą pewnością nie pozwalałaby na wysnucie teorii o zbliżającym się końcu świata. Człowiek nie stanie się nagle samotnym łowcą, a organizm społeczny, choćby toczony ciężkimi chorobami, nie ulegnie rozkładowi.
Dlaczego więc w 2012 roku ludzie masowo ulegli panice? Odpowiedź kryje się w ich głowach, umysłach. Nie trzeba jednak wyciągać średniej arytmetycznej z określonej liczby umysłów dla jej znalezienia. Wystarczy spojrzeć na statystycznego człowieka, „przeciętnego zjadacza chleba”. Człowiek taki usłyszał kilka razy, w radiu, telewizji czy od znajomych o nadchodzącym końcu świata. Idąc tym tokiem myślenia można stwiedzić, że to rozgłos był główną przyczyną paniki. Czy jednak na pewno? Przecież człowiek jest istotą myślącą i potrafi wyciągać wnioski z otrzymanych informacji. Zaprzeczył temu Joseph Goebells, który stwierdził, że kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą. Tak stało się i w tym przypadku – bezustanne trąbienie o końcu świata sprawiło, że ludzie w nie uwierzyli. Wiara ta pociągła za sobą rozkręcenie machiny biznesowej (produkcje filmowe, książki, t-shirty etc.), która z kolei jeszcze bardziej zwiększała rozgłos będący w jej intersie. Tak powstałe koło toczyło się z coraz większą prędkością, dopóki nie rozbiło się o datę – 21 grudnia 2012r.
Rozgłos zmusił wyżej wspomnianego szarego człowieka do stanięcia twarzą w twarz z zagadnieniem końca. Końca, czyli śmierci, a więc zagadnieniem, o którym za wszelką cenę każdego dnia stara się zapomnieć. Przede wszystkim zaczyna wyobrażać sobie, jak ten domniemany koniec będzie wyglądał. Ludzka wyobraźnia jest tutaj nieograniczona, lecz choćby apokalipsa równała się inwazji ludożerczych lodówek, koniec pozostanie końcem, a więc śmiercią. Perspektywa „przenosin na łono Abrahama” przeraża ludzkość od początku i będzie przerażać zawsze, choć odkrycie kamienia filozoficznego mogłoby wiele zmienić w tej materii. Jednak póki co musimy zadowolić się ewentualnym zbawieniem. Czy jednak na Sądzie Ostatecznym dobre uczynki przewyższą swoim ciężarem złe? Myśl ta sprawia, że człowiek zaczyna patrzeć na swoje życie „z lotu ptaka”, oceniając je tak obiektywnie, jak tylko potrafi. Rezultatem takiej oceny jest zwykle panika i rozpacz – „jak mogłem tak żyć?”, „Zostało zbyt mało czasu, by móc to wszystko naprawić”. W ten sposób nawet pomimo początkowego sceptycyzmu zaczynamy rozważać zupełnie na poważnie – a jeśli jednak koniec świata nastąpi? A jeśli jednak umrę tego 21 grudnia, to co wtedy?
Jest to oczywiście odpowiednio zmodyfikowany zakład Pascala – pomimo niewiary lepiej przygotować się na ewentualną apokalipsę poprzez pogodzenie się ze sobą, Bogiem i otoczeniem, poprzez zakupienie konserw, broni. Wielu zrobiło coś, czego nie zrobiłoby nigdy, gdyby nie perspektywa apokalipsy.
Właśnie dlatego ludzie uwierzyli w koniec świata mający nadejść 21 grudnia 2012 roku – dostosowując do istniejącej sytuacji zakład Pascala. Zachowanie oportunistyczne, małostkowe i nieszczere, bo przecież, jak twierdził Richard Dawkins w „Bogu urojonym”, wiara w Boga (w tym przypadku koniec świata) nie jest przedmiotem wyboru, a Pascal zachęca do jej udawania.
Pragnienie złudnego poczucia bezpieczeństwa jest według mnie główną przyczyną, dla której wielu przyjęło, że apokalipsa nadejdzie 21 grudnia 2012 roku. W mniejszym stopniu stało się to z powodu ich ignorancji i łatwowierności oraz niezdolności do samodzielnego myślenia.
W ten sposób odpowiedź na pytanie postawione na wstępie znalazłem w metafizyce – dziedzinie obalonej już przez Kanta. Czy jednak możliwe jest znalezienie na nie jakiejkolwiek racjonalnej, nie oderwanej od naukowego gruntu odpowiedzi? Jej poszukiwanie przypomina raczej pogoń za mgłą unoszącą się nad ziemią. Nie wiadomo, co może się w niej kryć. Jedynym pewnikiem jest fakt, że jej nieostrożne przeczesywanie może się skończyć nagłym, bolesnym uderzeniem głową w mur.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz