poniedziałek, 5 listopada 2012

Granat odc. 4/4



            Moje łóżko. Jednak wciąż istnieje. I ja w nim. Telefon rozładowany. Brak zegarka. Jak odgadnąć datę? Wzrok pada na owoc granatu stojący obok buteleczki zmywacza do paznokci. Pod drzwiami buty, na nich jakaś szmata. Na mojej głowie kominiarka.
            Szmata. Kiedyś chyba biała. Wygląda trochę jak…

          *                 
           
            - To będzie 69,99 – powiedziała sprzedawczyni za ladą.
            Wziąłem reklamówkę z zakupem i spokojnym krokiem udałem się do żółtego wyjścia.
            No tak! Lekka reklamówka. Żółty sklep. Odzież. T-shirt. C&A. Chyba tak to się zaczęło.

*      

            Stoję obok mojego łóżka. W dłoni garść tabletek.
            Jednak jestem lekomanem?!
            Cóż pozostaje mi robić, połykam lekarstwa. Czuję zawroty głowy. Kładę się na podłodze. Kiedy po jakimś czasie drętwieje mi kark, przekręcam się na brzuch. Zetknięcie się przedniej części tułowia z posadzką wznieca iskrę, moja klatka piersiowa zaczyna płonąć, rozrywa się, krew, znowu krew, mnóstwo krwi. Ból, wielki ból, ogromny, jakim cudem jestem w stanie go znieść?! Krew płynie nieprzerwanie. Wykrwawiam się! Co robić?
            Łapię szmatę spod drzwi chcąc, chociaż minimalnie, zatamować krwawienie. Szmata prawdopodobnie była kiedyś białym T-shirtem. Z całą pewnością nie jest sterylna. Grudki ziemi, jakieś włosy, może sierść, plamy krwi, trudno, nie dbam już o nic. Wariuję. Zakładam ją. Wtem szarpnięcie. Potężne szarpnięcie, tępy ból w każdej komórce ciała, zapach zgnilizny i spalenizny. Zapach! Nie jestem w stanie zarejestrować tego wspaniałego faktu, faktu odzyskania zmysłu!
            T-shirt jest czysty. Idealnie biały. Ból minął. Krew zniknęła. Wzór na klatce piersiowej przedstawiający psa tańczącego z kotem również. Znajduje się teraz na przedniej stronie T-shirtu. Oszołomiony, rozglądam się dookoła tępym wzrokiem. To wszystko? Koniec? Powrót do normalności? O, pobłogosławiona niech będzie ta chwila.
            Nagle wzrok pada na drzwi. Na klamkę. Na ogon, który na niej wisi. Psi ogon.

*      

            Ławka. „Newsweek”. Ten facet. Moje oczy. Ja.
            „Niezidentyfikowany morderca psów kolekcjonuje ich ogony” – krzyczy tytuł.

*      

            Błysk kłów, ogony wiszące na sznurze niczym pranie. Chory sen? Zbyt pochopnie odrzuciłem nierealne jako nierzeczywiste.
            Zatarcie granicy między snem a rzeczywistością. Między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Między świadomością a niebytem. Niemożliwość sięgnięcia ku wspomnieniom, zaczerpnięcia tej zbawiennej wody, bez której nie ma niczego. Bezsens. Wyjałowienie ziemi pamięci. Zanik tożsamości. Brak możliwości powrotu. Na szczęście, teraz z odkręconego kranu płynie wreszcie woda. Tylko lodowata, ale jednak płynie.
            Zabijałem. Nie wiem jak długo pozostawałem zawieszony w próżni. Nie wiem, jak długi jest mój sznur.
            Niepoczytalność odeszła, czas płynie dla mnie ponownie. Mam go teraz wiele na rozmyślanie. Zbyt wiele. Izolacja sprzyja refleksji. Tak ma wyglądać zadośćuczynienie? A jeśli kara, to za co?

*      

            Popadłem w obłęd? Zostałem opętany? Odkryłem inny wymiar, inny świat? Jeśli tak, mam nadzieję, że wrócę tam wkrótce. Jednak nie chcę być samotny.
            Niech no tylko najpierw się dowiem, skąd, do ciężkiej cholery, wziął się ten granat?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz