niedziela, 5 października 2014

05.10.14

Jak zawsze przy wpisywaniu daty konieczne jest, bym spojrzał na kalendarz.
Jesień.
Jesień, więc żeby daleko nie szukać, to będzie Jesienin. Jeden z tych doskonałych utworów, które sprawiają, że gdy używa się słowa "piękno", jest się pewnym, że wyraz ten oznacza to, co oznaczać powinien. Tłumaczył Wiktor Woroszylski.
I to na tyle, bo, cóż, giętkość pióra choćbym udawał, nie rozgrzeję siebie na pewno.

Więc jesień. A to Jesienin:

***
Oziębłością mnie, droga, nie dręcz
I nie pytaj, czy lat mam wiele.
Przez okrutną trawiony febrę,
Wyschłem duszą na czarny szkielet.

W czasach sielskich, nie bardzo dawnych,
Tak dziecinnie mi się przyśniło,
Że, bogaty jak król i sławny,
Wszystkich kobiet zdobędę miłość.

Tak, bogatym! Wspominam czule
Swój cylinder wbity na bakier.
Jeszcze został mi półkoszulek
I zdeptanych półbutów lakier.

Sława — owszem, także niezgorzej:
Wszystkich miast szanowna hołota
Przed imieniem mym pierzcha w zgrozie,
Jak przed wrzaskiem dziwki spod płota.

Miłość... Ach, to najlepszy kawał!
Całujemy, a wargi — drewno.
Młodość uczuć choćbym udawał,
Nie rozgrzeję ciebie na pewno.

Wpadać w rozpacz chyba za wcześnie,
No, a o smutku trochę — nie szkodzi!
Od twych włosów złocistszym chrzęstem
Szumi kurhan w młodej lebiodzie.

Ja bym chciał z powrotem w tę stronę,
Gdzie z pogodnym sercem i myślą
W bezimiennej ciszy utonę
I dziecinne sny mi się przyśnią.

Ale sny o czymś innym, nowym,
Nieznajomym ziemi i trawie,
Czego nikt nie wyrazi słowem,
Czego nazwać sam nie potrafię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz