Ile to już? Prawie trzy miesiące.
To niewiele. Niewiele w skali roku. Niewiele jak na projekt długofalowy.
Tak, długofalowy, bo ja mam czas. Nim rytm złapię, wymrą pokolenia.
Pojawią się tu utwory nienarodzonych jeszcze poetów.
Literatura to jednak efekt uboczny życia i miesiące letnie służą innym celom niż dołujące refleksje, nierymowane wierszydła i bezrytmiczne strofy.
Bo można pojechać i w gorącym piasku kontemplować zranienie stopy, bo można zostać i można (choć lepiej nie) w mokrej od rosy trawie rozdeptać żuka, bo można gapić się w niebo, można mylić kroki.
Teraz trochę wrócę, z Miłoszem i Kapuścińskim, z jakimiś rozbitymi fragmentami.
Ale oczywiście nie tylko.
Albo może z czymś zupełnie innym.
I "teraz", "teraz" to też pojęcie względne.
Jednak zacznę już. Wierszem Miłosza.
Okno
Wyjrzałem przez okno o brzasku i zobaczyłem młodą jabłonkę przezroczystą w jasności.
A kiedy wyjrzałem znowu o brzasku, stała tam wielka jabłoń obciążona owocem.
Więc dużo lat pewnie minęło, ale nic nie pamiętam, co zdarzyło się we śnie.
I jeszcze Nicolas Bouvier, "Drogi i manowce":
Podróż i pisarstwo mają jedną wspólną cechę, dla mnie bardzo ważną. W obu przypadkach jest to nauka znikania. (...) A ponieważ cała egzystencja jest nauką znikania, zarówno podróż, jak pisarstwo są bardzo dobrymi szkołami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz