czwartek, 3 stycznia 2013

03.01.13


            Dokąd zmierza współczesny świat i dzisiejsze społeczeństwo? Pytanie to jest niezwykle istotne dla nas, żyjących tu i teraz. Nie dotyczy ono, jak mogłoby się wydawać, tylko i wyłącznie naszych dzieci. Odpowiedź jest przed nami zakryta, tak jak zakryta jest przed nami cała przyszłość. Szkic ten nie aspiruje do roli przepowiedni, a autor – do roli Nostradamusa swoich czasów. Zamiast szukać przyszłości świata i ludzkości w gwiazdach czy wyobraźni, posłużę się lustrami, niczym, jak głosi legenda, Archimedes w obronie Syrakuz dowodzonych przez Marcellusa.
            Moim celem, podobnie jak wodza oblężonej twierdzy, będzie zatopienie floty, lecz w tym wypadku mam na myśli niezwykle potężną flotę złudzeń. Moim lustrem będzie przeszłość, odbijająca leżącą na przeciwnej stronie osi czasu przyszłość. Moim Archimedesem, ustawiającym je dla mnie, Marcellusa, pod odpowiednim kątem do promieni słonecznych będzie Zbigniew Herbert i jego wiersz pt. „Dlaczego klasycy”.
            Pytanie zawarte w tytule jest nieśmiertelnym pytaniem zadawanym przez kolejne pokolenia – dlaczego warto uczyć się historii? Co możemy z niej wydobyć? Okazuje się, że bardzo wiele, choć wypływające z jej analizy wnioski są jednoznacznie pesymistyczne. Jednak dzięki znajomości dziejów przeszłych podmiot liryczny jest w stanie wskazać drogę, która może nas ocalić. Nie w sposób bezpośredni, ale pośrednio, poprzez pokazanie skutków wybrania innej – pesymizm jego wizji skłania do refleksji nad możliwością uniknięcia takiego losu.
            Wiersz Herberta jest tryptykiem. Pierwsza część to opis konkretnej sytuacji z czasów antycznych, druga -  z czasów „ostatnich wojen”. Jest w niej również porównanie dwóch tych sytuacji wynikające z paralelnego ich zestawienia. Trzecia część jest przeniesieniem wyżej zarysowanych obrazów na grunt sztuki i rozważań jej dotyczących.
            Punktem wyjścia jest „księga czwarta «Wojny Peloponeskiej» / Tukidydesa”. Autor opowiada w niej o osobistej tragedii, tj. „swej nieudanej wyprawie” - nie zdążył z odsieczą i z tego powodu Amfipolis zostało zdobyte przez Spartan. Cena, którą przyszło mu zapłacić za spóźnienie, była niezwykle wysoka. Tukidydes został ukarany „dozgonnym wygnaniem”. Słowo „dozgonny”, najczęściej łączące się z wyrazem „wdzięczność” w zestawieniu z „wygnaniem” ma gorzko-ironiczny posmak. Autor „Wojny Peloponeskiej” zrobił przecież, co było w jego mocy - „miał siedem okrętów / była zima / i płynął szybko”. Świadomość uczynienia wszystkiego, na co było go stać nie jest powodem rozpaczy czy błagania o litość. Tukidydes zdaje się wzruszać ramionami na surowy wyrok i prostymi, żołnierskimi słowami próbuje wytłumaczyć powody swojego opóźnienia. Nie sili się na rozpaczliwą obronę, z godnością przyjmuje przeznaczony mu los egzula.
            Podmiot liryczny mówi, że „epizod ten jest jak szpilka / w lesie”. Dla uargumentowania swojego punktu widzenia zestawia go m.in. z „bitwami oblężeniami zarazami”. Dla ogromnej machiny wojennej los Tukidydesa nie był sprawą najwyższej czy choćby nawet średniej wagi. Pomimo marginalności przewinienia, przy zestawieniu z całokształtem wojny, wygnany wódz w pokorze zniósł surowy wyrok.
            Minęło wiele czasu od wojny peloponeskiej do „ostatnich wojen”, tj. wojen światowych. Znacznie zmieniła się również postawa dowódców. Nie charakteryzuje ich już prostota, pokora, godność, podniesiona głowa. Gdy „zdarzy się podobna afera” wojskowi przywódcy „skomlą na kolanach (…) oskarżają podwładnych (…) nieprzyjazne wiatry”. Stają się śmieszni i żałośni w próbach zrehabilitowania się, nie potrafią wziąć odpowiedzialności za popełnione błędy. Zamiast tego miotają bezpodstawne oskarżenia, a nawet obłudnie próbują odwrócić kartę „zachwalając swoje bohaterstwo”. Zestawienie ich rozpaczliwych, propagandowych działań w obronie własnego imienia z dzielnym, pokornym Tukidydesem jest widocznym ostrzeżeniem przed zanikaniem bezcennej wartości, jaką jest honor.
            Dowódcy wojskowi powinni odznaczać się męstwem i godnością. Tymczasem użycie przez podmiot słowa „skamlenie” odnośnie tych, którym „zdarzyła się (…) afera” sprawia, że przyrównani są oni do psów, co jest niezwykle uwłaczające. Czy taki rodzaj ataku jest uzasadniony? Moim zdaniem tak, wysoka ranga wojskowa zobowiązuje. Jej otrzymanie jest nie tylko wielkim osiągnięciem, ale, przede wszystkim, wielkim wyzwaniem. Hierarchia istnieje przecież po to, aby na najwyższe stanowiska powoływani zostawali ludzie o odpowiednich predyspozycjach. Oczywiście, zdarza się, że to awans jest powodem upadku moralnego.
            Sądzę jednak, że pod krytyką dowódców kryje się również krytyka ogólnej kondycji ludzkości - niehonorowi generałowie musieli zostać przez kogoś mianowani, a może po prostu nie było lepszych, bardziej odpowiednich kandydatów. Wniosek wydaje się jednoznaczny i przygnębiający - społeczeństwo skarlało. Wartości takie jak honor i prawda nic już nie znaczą, choć można je jeszcze spotkać na papierze, w wymiarze czysto teoretycznym. W praktyce jednak popełnienie błędu, niewywiązanie się ze swojego obowiązku nie jest żadnym dyshonorem. Przysłowiowe „odwracanie kota ogonem” jest codziennością, a słowa z Ewangelii św. Mateusza: „widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz” stały się przerażająco aktualne.
            Wizja przyszłości rysuje się w czarnych barwach. Wysnułem ten wniosek na podstawie historii Tukidydesa opisanej przez Herberta. I tutaj właśnie najjaskrawiej rysuje się odpowiedź na pytanie zadane w tytule: „dlaczego klasycy”? Tylko wiedza o prawdziwym honorze, obiektywnej prawdzie, nienaruszalnych wartościach może sprawić, że nie wymrą one niczym mamuty, ale rozmnożone w rezerwatach nieskalanych obłudą serc wrócą do życia w warunkach naturalnych. Lektura klasyków daje nam odczuć, że żyjemy w czasach gorszych i jesteśmy ludźmi gorszymi. Jest to niezwykle pouczające, lecz byłoby jedynie gwoździem do naszej współczesnej trumny, do której sami zdajemy się wchodzić, gdyby nie rysująca się między wierszami nadzieja. Nadzieja – ją bowiem przede wszystkim daje nam lektura klasyków. Jeśli pamiętamy o wielkich czynach, osobach i wartościach, wciąż możemy liczyć na ich ponowną, powszechną restaurację w naszym skarlałym świecie.
            Jak jednak wcielić pamięć w życie? Odpowiedzi dostarcza ostatnia część tryptyku. Jest ona krytyką filozofii egzystencjalnej, którą podmiot liryczny zdaje się oskarżać o upadek dzisiejszego społeczeństwa. Jej prekursor, Kierkegaard, próbował uporać się z absurdalnością istnienia jednostki w obliczu nieskończoności wszechmocnego Boga. Podmiot liryczny uważa to za przyczynę karlenia ludzkości – społeczeństwo rozszczepione zostaje na „małe rozbite dusze /  z wielkim żalem nad sobą”. Wobec poczucia absurdu krótkiej, śmiertelnej egzystencji niemożliwe jest uwierzenie w nieprzemijające wartości i ponadczasowe idee.
            Więc „co po nas zostanie”, pyta osoba mówiąca w wierszu, jeżeli wyizolowanie i pesymizm będą „tematem sztuki”? Odpowiedź na to pytanie porównuje do „płaczu kochanków / w małym brudnym hotelu / kiedy świtają tapety”. Obraz ten jest w moim odczuciu alegorią panującego obecnie stanu rzeczy. „Mały brudny hotel” to współczesny, zarysowany w negatywny sposób świat, kochankami zatopionymi w miłości cielesnej w obskurnych warunkach jesteśmy my, ludzie, zatopieni w miłości nędzy duchowej poprzez uczynienie przewodnim „tematem sztuki (…) malej rozbitej duszy”. Momentem „świtania tapet” jest śmierć.
Co wtedy stanie się z nami? Co stanie się z hotelem? Jest zaniedbany. Może kiedyś, dawno temu, w okresie antycznym, przedstawiał się okazale, lecz od tamtego czasu podupadł. Nie uda się podnieść go z ruiny rozczulając się nad sobą, błagając o pomoc w jego odbudowaniu czy oskarżając innych o jego upadek. Należy wspólnym wysiłkiem, krok po kroku, cegła za cegłą, konsekwentnie, z pokorą, lecz bez defetyzmu odrestaurować hotel-świat. Lektura klasyków daje nadzieję i wskazuję drogę do wcielenia jej w życie – poprzez sztukę. Fundamentem i budulcem w dziele odnowienia będą zatem owoce pracy literatów, malarzy, muzyków i innych artystów. Owoce sięgające w swoim założeniu tematów wyższych niż „dzbanek rozbity”, charakteryzujące się optymistycznym spojrzeniem na świat, bez zbędnego „żalu nad sobą”. Nieafirmowane, życie traci swoją wartość, wyparowuje z niego cała jego esencja zostawiając jedynie brudne naczynie. Teraz pozostaje je tylko napełnić. I właśnie dlatego, odpowiadając na pytanie postawione przez Herberta, właśnie dlatego klasycy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz