piątek, 18 stycznia 2013

18.01.13



            Tytuł wiersza Marcina Świetlickiego, „Pogo”, oznacza taniec wywodzący się z subkultury punk, który polega na chaotycznym odbijaniu się od siebie i służy wyładowaniu negatywnych emocji . Monolog podmiotu lirycznego jest właśnie takim nieskoordynowanym wyznaniem, które jest próbą wyrzutu wobec otaczającej go rzeczywistości. Próbą, gdyż jego skargi nie są do końca skonkretyzowane, co wynika z tego, iż „spał źle”. Stąd, wciąż zamroczony i zmęczony, zaczyna analizować sytuację ogólną. Źle przespaną noc identyfikuje on z życiem „w tym kraju”, czyli Polsce. Świadczy o tym osoba autora i niuanse zawarte w tekście (wulgaryzm niechlubnie, lecz nieodzownie kojarzony z Polską; wysoka pozycja społeczna księży, a więc, przyjmując to określenie za synekdochę, całego kościoła katolickiego). Osoba mówiąca przeprowadza paralelę pomiędzy dniem codziennym a minioną nocą. Sen i życie nie są sferami rozdzielonymi, sen jest życiem, czy może raczej życie jest snem, oniryczne zamieszanie jest jednak oczywiste, gdyż obydwie sfery są identyczne, lecz, niestety, w negatywnym sensie. Ludzie żyją źle i jest to specyficzne „pełne porozumienie”, jakie ich łączy. Podobna zgodność charakteryzuje sen podmiotu lirycznego i towarzyszki jego życia, co zostaje dobitnie stwierdzone zdaniami łudząco przypominającymi formułki wzięte z elementarza: „Spałem źle. Ona spała źle. (...) Spało nam się źle.” Tak dobitne zasygnalizowanie nieudanej nocy ma na celu podkreślenie męki, jakiej przeżywa osoba mówiąca, a wraz nim jej partnerka. Powyższe stwierdzenie pociąga za sobą ogólniejsze refleksje (podążając za paralelą sen-życie). Wyłaniająca się z nich charakterystyka kraju nie pozwala z optymizmem patrzeć w przyszłość. Ludzie mało do tego predysponowani przez swoją inteligencję zyskują dostęp do broni, co pociąga za sobą postępującą militaryzację przeciętnej ludności i rodzi poczucie nieustannego zagrożenia, które może stać się przyczyną zdenerwowania czy nawet zaburzeń psychicznych. Przyczyny takiego stanu rzeczy podmiot liryczny szuka (lub udaje, że szuka) w niedostatku męskości, który odczuwają „palanty” i którą usiłują zatuszować, zagłuszyć w sobie posiadaniem broni mającej podbudować ich skarłowaciałe ego. Tak naprawdę przyczyna jest inna, osoba mówiąca przeczuwa ją, jednak nie chce dopuścić jej do swojej świadomości. Pozostaje się jedynie domyślać – może obawia się on aktów bandytyzmu, może przestępczości zorganizowanej, a więc zaistnienia sytuacji (kradzieże, zabójstwa, szantaże, wymuszenia itd.) niemających racji bytu w „normalnym” państwie?
Następna strofa zaczyna się od powtórzenia, niczym mantry, frazy o źle przespanej nocy „w tym kraju”. Zawarta w niej ogólniejsza refleksja dotyczy elit, czy raczej wzorca osobowości dla przeciętnych ludzi, którym jest ksiądz (uosabiający grzechy kleru i instytucji kościelnych m. in. chciwość, żądzę władzy i manipulacji, pedofilię) oraz handlarz (uosabiający materialną sferę rzeczywistości).
            Dalej określenie Polski jako miejsca zamieszkiwanego przez „nich” świadczy o braku identyfikacji osoby mówiącej ze społeczeństwem, które „znów ojczyznę a nie wiosnę” zobaczy. Ojczyzna w tej metaforze nie przedstawia, jak zwykle w literaturze, cech pozytywnych, lecz, zupełnie odwrotnie, uosabia przymioty negatywne. Są nimi nadmierne, prowadzące do mesjanizmu umiłowanie historii, bezowocne akty poświęceń, rozgrzebywanie zagojonych ran i nieustanne spoglądanie wstecz. Wiosna jest metaforą (tutaj nieróżniącą się od pojmowania jej na przesteni wieków) odrodzenia, czyli tego, czego ludzie w Polsce prędko nie zobaczą. Pesymistyczna wizja zostaje podkreślona w ostatnim wersie zacytowaniem (jak się wydaje, pomimo brak cudzysłowia) brutalnej odpowiedzi rzucanej przez zaciśnięte zęby ograniczonego (o czym świadczy użycie wulgaryzmu) społeczeństwa ku tym, którzy ośmielają się zwrócić uwagę na sytuację czy, nie daj Boże, spróbować ją zmienić – „Jak ci się nie podoba - to wypierdalaj!”
            Następna strofa, tuż po ostatecznym obnażeniu wad kraju i ludzi go zamieszkujących, to niespodziewany przeskok nastrojowy i  spojrzenie ku jasnym stronom rzeczywistości. Cóż jednak z tego, skoro są nimi... wytwory zagranicznego przemysłu spożywczego – czarne (najprawdopobniej hiszpańskie) oliwki i bułgarskie wino? Ponadto w 1991r. osoba mówiąca „skwapliwie” skorzystała z owoców „owej rewolucji seksualnej”. Dzień ten nie zapisał się w historii – czy podmiot ma na myśli datę istotną jedynie dla jego życiorysu? Jeśli tak, oznacza ona, jak można się domyślać, pewnego rodzaju,  ściślej niedookreśloną rozwiązłość, być może perwesję seksualną.
Takie są jedyne istniejące drogi ucieczki przed fatalną rzeczywistością – zagranica, a dokładniej jej „spożywcze” namiastki oraz rozpasanie wszystkich zmysłów. Druga możliwość nasuwa skojarzenie z Arthurem Rimbaudem i metodą, jaką sformułował w liście do Paula Demeny, dla poety pragnącego stać się jasnowidzem. Określił ją jako „długie, bezmierne i wyrozumowane rozregulowanie wszystkich zmysłów”. Uważam, że już ta strofa pozwala określić zawód podmiotu lirycznego, i, co za tym idzie, utożsamić go z autorem żyjącym w rzeczywistości tożsamej z rzeczywistością przedstawioną w utworze. Niemoc twórcza w szarym kraju jest tak silna, że jej pobudzenie jest możliwe jedynie za pomocą wina i/lub seksu. Ucieczka przed przytłaczającym pesymizmem, niczym stary wojskowy manewr, okazała się pozorowana, a tuż po niej nastąpił kolejny skomasowany atak na kraj, w którym „źle się śpi”. Ostatni wers napawa jednak nadzieją – rzeczywistość, pomimo wszystko, nie może odebrać miłości jej wartości, a nawet, co ważniejsze, zabić jej. „Ciebie nikt mi nie zabroni” – słowa te są skromną deklaracją gotowości do poświęceń w imię uczucia. W końcu „miłość nie unosi się pychą”, jak pisał św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian. Słowa podmiotu lirycznego, poza podkreśleniem opozycyjności wobec „kraju”, są ponadto ostrzeżeniem, warknięciem wilka uciekającego przed, jak określił to Jacek Kaczmarski w cyklu utworów „Obława”, „sforą płatnych łapsów” (w tym przypadku jest nią szarzyzna i defetyzm). Jego norą, bezpiecznym schronieniem są ramiona ukochanej. Nic nie utrzyma się wobec potęgi miłości – mówi osoba mówiąca, niejako grożąc palcem osaczającej go rzeczywistości.
            Następna strofa powtarza po raz kolejny zwrot „źle spałem”. Jest on tak często w myślach podmiotu, że bawi się nim, obraca w ustach, poddaje inwersji („spałem źle”).  Co  może śnić się podczas źle przespanej nocy? Osoba mówiąca twierdzi, że... idea oraz działacz. Słowo to nasuwa oczywiste skojarzenie z określeniem „partyjny”. W ten sposób we śnie pojawiają się przyczyny zła XX-ego wieku – chore idee i chorzy działacze wcielający je w życie. Czy na pewno jest to jedynie sen? Jest to jak najbardziej śniona rzeczywistość, wydarzenia, która naprawdę się wydarzyły. Strofa ta jest kolejnym potwierdzeniem onirycznego zamieszania w utworze – choć sen jest tym samym, co życie, czy może być jednocześnie bardziej realny? Czy sen tożsamy jest z przeszłością, a rzeczywistość z teraźniejszością i przyszłością? Jak najbardziej tak – wniosek, jaki można wysnuć z onirycznego pogmatwania jest kolejnym podkreśleniem pesymizmu wypowiedzi podmiotu. Prawie (wyjątkiem poprzednia strofa) całe życie było warte tak niewiele, że osoba mówiąca pragnie zamienić je w zły sen, o którym zapominamy nad ranem. Takim porankiem, czyli punktem, od którego nad powierzchnią życia wschodzi Słońce, może być każda chwila. Czy jednak jest to możliwe? Nad podmiotem ciążą „obowiązki i konieczność skruchy”, czyli to, co wcześniejsza epoka pozostawiła jemu i jego pokoleniu w spadku. Obowiązek odbudowy świata powojennego i bicie się w piersi za ludobójswa. Takie rozmyślania prowadzić mogą ku jeszcze większemu zniechęceniu czy nawet, w efekcie pomieszania fikcji z realnością, choroby psychicznej. Lecz właśnie tak się dzieje – podmiot liryczny wmawia sobie, że zła przeszłość była snem, że sam zaczyna wierzyć w tę poniekąd chorą projekcję swojego mózgu.
            Następna strofa jest ujawnieniem hipokryzji, do której sytuacja panująca w kraju zmusza osobę mówiąca. Jako niewierzący  (niebierzmowany, żyjący z partnerką bez kościelnego ślubu) „kolaboruje”, czyli pracuje dla katolickiego pisma. Fakt ten niewątpliwie ciąży podmiotowi. Dla pieniędzy jest zmuszony zdradzać swoje poglądy. Praca w gazecie potwierdza tezę o literackich uzdolnieniach podmiotu lirycznego i utożsamienie go z autorem.
            Chore warunki prowokują do zdrad, które wyzwalają w podmiocie lirycznym czerpanie przyjemności z popełnianych perwersji. Zdrady paradoksalnie czynią go „wiernym sobie”. Rzeczywistość kreuje sytuację, w której jedyną możliwością upewnienia się o realności własnego istnienia i posiadania duszy jest, paradoksalnie po raz kolejny, nieustanne zaprzeczanie sobie.  Instytucje, które są osią jego życia osoba mówiąca uznaje za niewarte uwagi. Są rozmyte w jego wyobraźni, ich kontury zamazane. Pomija je milczeniem i porzucając trudny temat własnej egzystencji, własnej psychiki i własnych zdrad przeskakuje na inny.
            Okazuje się nim kolejne światełko nadziei, lecz czy tym razem również pozorne? Podmiot czuje w sobie potencjał, którym jest „gorący detal”. Czy jest nim iskra wyższego ducha w ciele ziemskiego poety czy iskra nieposkromionej miłości w ciele ziemskiego kochanka? Dalsze wersy potwierdzają trafność drugiej hipotezy. Jedyną możliwością ucieczki jest miłość. Po tym stwierdzeniu następuje kolejne: o konieczności połączenia dwóch ogniw („teraz Cię muszę znaleźć”) w celu rozbicia muru rzeczywistości i duchowego przeniesienia się „w lepsze, gorące kraje”. Pojęcie o ich istnieniu daje właśnie miłość i, przede wszystkim, osoba ukochanej. Jej „zaistnienie”, czyli odnalezie na ogromnym świecie sprawiło, że osoba mówiąca niejako narodziła się duchowo. Całe wcześniejsze życie staje się w obliczu miłości nieważne – moment wybuchu uczucia staje się początkiem wszystkiego. Dopiero doświadczenie namiętnośći sprawia, że „już istniejemy”. Wcześniej, bez miłości, życie jest nic niewarte, jest niczym.
            Tutaj następuje przedzielenie utworu na dwa fragmenty za pomocą wielokropka umieszczonego pomiędzy strofami. Zwrot „I co?” sugeruje, że celem drugiej części będzie wyciągnięcie wniosków. Co widzi podmiot liryczny? Pożar. Pożar, który rodził się systematycznie i powoli, a oznaki jego rozniecania były widoczne. Ogień powoli i z dostojnością („poważnie”) „stawia swoje stopy”, pochłaniając coraz większe obszary. Czego? Szarości? Kraju? Rzeczywistości? Świata? Jest on na pewno symbolem zniszczenia, lecz czy również oczyszczenia, możliwości ucieczki z hermetycznej szarośći?
            Reakcja podmiotu jest zaskakująca – wykonuje on mianowicie... taniec. Taniec nietypowy. „Siedząc przed lustrem, nieruchomy, z zamkniętymi oczami”. Dlaczego siedzi przed lustrem z opuszczonymi powiekami? Czego symbolem jest owo zwierciadło? Strachu ujrzenia swojej twarzy odbijającej emocje i uczucia? Taniec staje się zrozumiały, jeśli utożsamimy go z zawartymw  tytule „pogo”. Nie jest to ruch fizyczny, lecz chaotyczne obijanie się myślami o ściany własnego umysłu. Jest on symbolem bezradności i rozpaczy. Tymczasem ogień, za którym podąża jest coraz bliżej. Podmiot nie usiłuje zawrócić. Tańczy. Czyli w fizycznym bezruchu poddaje się oszalałej, wewnętrznej rozpaczy, „wyjąc bezgłośnie”. Dogania ogień i niespieszy się z wejściem w płomienie. Panująca cisza potęguje wrażenie jego bólu. Żaden krzyk nie jest w stanie wzbudzić tylu emocji, ile... milczenie, zamknięte oczy, pogodzenie się z losem. Poddanie się – osobowa mówiąca „tańczy to sobie”, a więc akt unicestwienia nie budzi w niej żadnych uczuć. Świat wygrał z poetą, wygrał z miłością. Lecz czy na pewno? Czy ogień nie jest drogą do innego, lepszego świata?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz