niedziela, 10 lutego 2013

10.02.13

Jest we mnie kraj, ojczyzna myśli mojej, jest we mnie kraj, hermetyczny, z zamkniętymi szczelnie granicami, na których sam raz po raz szlabany muszę wyłamywać. Tam dążę, lecz nieustannie wypychany bądź może sam się wypychający, stamtąd uciekam, zalękniony o cumę łączącą ów kraj z moim powszednim wybrzeżem, moim codziennym portem, moim chybaistniejącym miastem, w domyśle portowym, moim moim-niemoim województwem, moim jarzącym się blaskiem szarozłotym (K)rajem, moim perfekcyjnie i perfidnie okrągłym światem.
Codzienna obserwacja prognoz pogody. Nie czas na spalanie cumy, gdy są one niejednoznacznie niepewne, a własna moja pogoda, nie żadnego ducha, nie daje gwarancji.
Więc potajemnie, nocami, zakradam się na pokład statku myśli mojej i dryfuję, poddaje się kołysaniu, pragnąc się ukołysać. Lecz czym jest łódź, która nieużywana stoi przy brzegu? Czy dać może ukołysanie, czy dać może przekołysanie?
Obskurny, krzykliwy port, bez wyjaśnienia i powodu, wabi. Cóż, jest magnesem, a więc przyciągać musi. Zaaferowany jego czarem, zaniedbuje to, co motywuje jego istnienie - statek głaskany delikatnymi falami, drzemiący u brzegu, czekający nie na Godota, lecz, mam nadzieję, wciąż na mnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz