poniedziałek, 23 listopada 2015

23.11.15

Może w końcu coś od siebie? 
No ale co? Jest jesień. Miasto jest szare, spowija je mgła. Tak, jest mokro, deszcz pada tu często, a w nocy szczypie przymrozek. Mam nowe książki, stary płaszcz, gustowny szalik i rękawice narciarskie. Drzewa są już łyse, moja głowa zaczyna iść w ich ślady.
Na rozłożystym, (przyjmijmy) dębowym biurku leżą rozbebeszone i rozsypane poematy, zakurzone dzieła - skończona Odyseja, zaczęta Eneida, Boska komedia, jest Iliada, Antologia tragedii greckiej, Liryka starożytnej Grecji i Wojna galijska Gajusza Juliusza, Wyprawa Aleksandra Wielkiego Flawiusza Arriana, jest też Biblia Brytyjskiego i zagranicznego Towarzystwa Biblijnego, Warszawa 1975.
W tle leci koncert skrzypcowy Telemanna (g major), Labirynt Babel, soundtrack z Twin Peaks, Curtis Harding.
O lepsze walczy rozjaśniająca myśli herbata czarna z pomarańczą, kardamonem i cynamonem (skończył się imbir) z pobudzająca zieloną i, powiedzmy, leczniczą czerwoną, obok nich kawa zbożowa.

Koncept się posypał, kiedy zaczął sypać śnieg.
Pierwszy raz od lat nie mam przy sobie Księgi niepokoju, ale ile Pessoi może znieść człowiek?
Więc powracam do Konwickiego, sięgam po Pamflet na siebie.

Chciałbym jeszcze raz złożyć hołd banałowi. Tak sponiewieranemu i ośmieszonemu przez banalnych intelektualistów. Temu uniwersalnemu językowi, filozoficznemu esperanto, który jednoczy nasz skłócony świat, wielką, globalną wieżę Babel.
Banał jest chyba jedyną wartością, co ją rozumie każdy: aborygen australijski i Jakut z Syberii, nomada afrykański i polski literat, laureat Nobla i mafioso z Odessy. Dzięki banałowi możemy się porozumieć w sferze intelektualnej i artystycznej. Banał jest najłatwiej przetłumaczalny, w każdym narzeczu ma doskonałe i przystające odpowiedniki.
Banał, jak dawniej pieniądz, rządzi światem. Na banale można robić biznes i wielu ludzi robi. Powstają całe fortuny z tej złotej żyły. Literaci, filmowcy, muzykanci, politycy, dziennikarze, kaznodzieje, plastycy, aktorzy, filozofowie, nawiedzeni – to wszystko gorliwi producenci banału, który jak coca-cola (napój gazowany) podbił wszystkie kontynenty i wyspy na oceanach.
Mnie sprawia rozkosz widok namarszczonego osobnika, z ogniem w oczach, z patetycznym gestem, prawiącego podniosłe i uroczyste banały w przekonaniu, że wytycza nowe szlaki ludzkości na bezdrożach mozolnej ewolucji gatunku.
Czy nie należałoby wprowadzić do szkół podstawowych banału jako przedmiotu i uczyć go tak, jak się uczy religii.

Ja także, jak wielu przede mną, ulegam pokusie, żeby zapisać prawdę o moich współczesnych. Oczywiście moją prawdę, choć korygowaną moimi dobrymi obyczajami i moją dumą. Ta moja prawda byłaby może bliska prawdzie i pozwoliłaby następnym pokoleniom spojrzeć wnikliwiej na nasz skomplikowany czas. Ale ja przecież tego nie napiszę. Nie pozwoli na to mój honor i moja pobłażliwa pogarda wobec tych stworzeń, śród których żyję, tych osobników gnanych animalnymi odruchami. Przede wszystkim nie dopuści do tego moje lenistwo, ta dziwna potęga kierująca od dawna moimi postępkami.

Wszystko poszło inaczej. Inaczej chciałem wyglądać, inaczej chciałem pisać, inaczej mocować się z życiem.
Ale mogło być gorzej. To jest nasza odwieczna pociecha, z której zbyt rzadko korzystamy.
Może w ogóle na tę krótką wizytę nie warto uruchamiać całego luksusu egzystencji i stroić się w niebotyczne doskonałości

Obudzę się o czwartej. W straszny czas przed świtem. Czarne myśli wypełzają z czarnej nocy. Jazgotliwy zgiełk pragnień, starań, ambicji, nienawiści, rozpaczy, żądz, klęsk i strachów w cieniutkiej jak papier biosferze, w której pełga życie, i wielka pustka pełna tajemnic nad nami.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz