O ile dobrze pamiętam, jednym z moich początkowych założeń było
odlepienie się od życia i przejawów jego codziennej monotonii przy pomocy
pewnej abstrakcji postaci i formy. Własne wiersze przeplatałem znakomitymi
cytatami i wypiskami, poezją wielkich i mniej znanych autorów, czasem dodając skromny
komentarz czy drobną refleksję.
Nieregularność notatek nieplanowanych i dokonywanych zawsze tuż
przed publikacją (oczywiście nie licząc utworów z moleskinów i knajpianych
serwetek poplamionych kawą i popiołem) powodowała pewne poczucie winy, czy może
raczej, bo czemu się przecież miałbym obwiniać, nie ma za co, po co jeszcze
bardziej się męczyć ze sobą?
Więc, kontynuując, raczej było tak, że z powodu nieregularności wpisów
myśl moja ogniskowała się wokół częstotliwości notatek, bierności ich autora
czy dziennikowego autotematyzmu. Szturchanie kijem wątków tak strasznie
poobijanych, szczególnie w ostatnim stuleciu, zakrawać może na samobójstwo,
którego w planach nie miałem i nie mam – żeby poważniej rozważyć taką możliwość
musiałbym mieć już za sobą pewnego rodzaju opus magnum, przynajmniej we własnym
mniemaniu – czy to osiągnięcie wyżyn umysłowych, sercowych czy mięśniowych
(tak, wiem, że serce to też mięsień, ale tu jest figurą stylistyczną, ot co!).
Żem daleki od tego, nietrudno zgadnąć. Nie jest jednak tak, że
rzucam się z mostu mając związane kończyny – teoretyczna podbudowa moich czynów
jest solidna, nieustannie ubezpieczana i korygowana, zmierzająca w stronę kruchego
i na pokaz, ale jednak monumentalizmu. W końcu konstrukcje umysłowe mają do
siebie to, że może je budować każdy szaleniec.
Jest wiele drogich mi cytatów, maksym, dialogów, zdań etc., na
których pomysł napisania wpadłbym może sam pod koniec własnej nieśmiertelności,
gdyby z jakichś absurdalnych powodów była mi dana. Pierwszym i podstawowym
mottem jest ten oto cytat z francuskiego pisarza, który zwie się Gide, i brzmi (cytat)
w oryginale: Toutes choses sont dites déja; mais comme personne n’écoute, il
faut toujours recommencer; w języku angielskim zaś: Everything has been
said before, but since nobody listens we have to keep going back and beginning
all over again; a po naszemu będzie to: Wszystko zostało już
powiedziane, ponieważ jednak nikt nie słucha, trzeba wciąż zaczynać od nowa.
Tedy, zamiast na słabe czytelnictwo utyskiwać, ręce nad głupotą
ludzką łamać, o upadku wartości wszelkich krzyczeć, ja wołam: chodźcie do mnie,
ja tu takie fragmenciki z grubych tomów wynajdę, takie wiersze odkopię, takie
klasyki odświeżająco zaprezentuję, że wam w pięty pójdą, serca bić przyspieszą,
umysły zakwaszenia dostaną, że was uleczą, obudzą, pocieszą czy zgnębią – to
już nie moja broszka, ja tu tylko milczę.
Czasem pewnie napiszę też coś od siebie, ale co? Trudno mi określić:
może będzie to przyjemne wspomnienie, bolesna retrospekcja, obserwacja z ulicy
lub dyskontu, myśl złapana pod prysznicem czy przy zmywaniu naczyń, anegdota
rodzinna bądź knajpiana, historia prawdziwa, przywłaszczona albo wymyślona, przyjemne
wspomnienie, pobieżna recenzja, wstydliwy wiersz, bezładne opowiadanie,
refleksja o śniadaniu, względnie o śmierci? A może za temat obiorę kino, muzykę,
sztukę, kulinaria, modę, pielęgnację włosów? Nie mówię nie. Na wszystko
przyjdzie czas, a czym się znudzę, na bok odłożę, radośnie porzucę.
Banał! Absurd! Patos! Antyczna archaiczność! Renesans
neopostmodernizmu! Ręce urobione po łokcie! Łeb nieobciążony gramem myśli! Do
bólu! Do deprywacji sensorycznej! Do porzygu! Do śmierci głodowej! Do starcia w
pył! Do wypiętrzenia gór!
Robi mi się z tego jakaś deklaracja programowa, confiteor
mimowolny, a przecież zacząłem zupełnie inaczej i miałem o czymś innym pisać,
poruszyć temat odmienny, który pchnął mnie do pisania notki w pierwszej
kolejności. Ta tymczasem już tak się rozrosła, że dalej pisać ani chce się, ani
sensu nie ma.
Wkrótce będzie o miastach, lasach, rozpaczach i nadziejach. O
błahych wydarzeniach i przełomowych incydentach, czasem nawet bardziej prawdziwych.
Na pełnokrwisty skandal bym nie liczył, ale możliwe, że przynajmniej ktoś
poczuje się obrażony? Obracanie się na obrzeżach świata osoby arealnej, na co
dzień niemal niezauważalne, może stać się zarzewiem wojny podjazdowej –
pomiędzy rzeczywistością a fikcją, kamieniem a mgłą, źrenicą a powieką,
złudnością chwili a trwaniem w wieczności.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz